Andrzej Mężyński: Jaka jest geneza konfliktu polsko – ukraińskiego na Wołyniu. Czy można powiedzieć, że to wywodzi się jeszcze z czasów wojen kozackich z okresu Rzeczypospolitej Obojga Narodów?

Piotr Zychowicz: Nie, ja jestem przeciwnikiem takiego poglądu, który wyznaje część historyków ukraińskich. Zgodnie z tym poglądem, rzeź na Wołyniu była kontynuacją rzezi Chmielnickiego. Czyli ostatnim krwawym akordem „walki klasowej” uciemiężonego chłopstwa ukraińskiego przeciw „polskim panom”. W takiej optyce rzeź na Wołyniu jawi się jako walka narodowo-wyzwoleńcza, jak walka Algierczyków przeciw Francuzom albo Kongijczyków przeciw Belgom. Ja uważam, że było inaczej. To ludobójstwo to zjawisko, które mogło zajść tylko w XX wieku. Jego podłożem nie były konflikty religijne czy kastowe. Jego podłożem był nacjonalizm. A to zjawisko nowe, które pojawiło się na przełomie XIX i XX wieku. Ofiary Wołynia nie ginęły bo były katolikami czy „panami”. Tylko dlatego, że były Polakami. To było ludobójstwo wymierzone przeciwko grupie narodowej.

Pisze pan jednak w książce, że postępowanie II Rzeczpospolitej wobec Ukraińców mogło się przyczynić do rozdmuchania ukraińskiego nacjonalizmu.

II RP popełniła oczywiście kolosalne błędy. Polityka państwowa, szczególnie późnej sanacji, była nie tylko niemoralna, ale i głupia. Ukraińców szykanowano i traktowano jak obywateli drugiej kategorii. Zamiast skłaniać ich do przychylności wobec Polski, antagonizowano ich. Wychowano sobie kilka milionów wrogów wewnętrznych.

Czyli trzeba było Ukraińców asymilować?

Ja w asymilację nie wierzę. To była mrzonka, że 4 miliony ludzi wyrzeknie się swojej narodowości. Trzeba być nacjonalistą, by wierzyć w takie mrzonki.

Czy zatem polska polityka przedwojenna mogła być jedną z przyczyn rzezi?

Z mówieniem takich rzeczy trzeba być bardzo ostrożnym. Tak, Polska popełniła katastrofalne błędy, ale nie usprawiedliwiają one nabijania dzieci na sztachety płotów. A takie przypadki były podczas banderowskiego ludobójstwa na Wołyniu. Nawet najgorsze błędy Polski nie usprawiedliwiają tego, co zrobili banderowcy w 1943 na Wołyniu. Nie można przerzucać odpowiedzialności z katów na ofiary. To tak jakby powiedzieć, że Żydzi byli winni Holocaustowi.

Jakie więc były jej przyczyny?

Po pierwsze - bardzo radykalny ukraiński nacjonalizm, który czerpał wzorce z III Rzeszy. Po drugie - chłodna i zimna kalkulacja dowództwa OUN na Wołyniu.

Mówi się, że "banderowcy" mordowali Polaków. Bandera jednak nie wydał rozkazu rozpoczęcia rzezi, bo siedział w niemieckiej niewoli.

Mówimy "banderowcy", bo ludobójstwo było przeprowadzone przez OUN-B, czyli frakcję, która powstała w wyniku rozłamu w szeregach ukraińskich nacjonalistów. Jej przywódcą był Stepan Bandera. Oczywiście Bandera w trakcie ludobójstwa na Wołyniu siedział w obozie w Sachsenhausen, ale mimo to jest odpowiedzialny za to, co się stało. Bo to on był twórcą ideologii OUN-B, on nadał organizacji  antypolski kurs. Przed wojną był przecież jednym z organizatorów zamachu na ministra Pierackiego.

Dlaczego Ukraińcy "czekali" do lat 43-44 z rzezią? Dlaczego nie zaczęli czystki w 41, gdy podczas inwazji niemieckiej na ZSRR, hitlerowcy zajęli Ukrainę?

Decyzja zapadła po klęsce Wehrmachtu pod Stalingradem. Niemcy zaczęli się cofać, potem była bitwa pod Kurskiem i dla wszystkich jasnym się stało, że III Rzesza przegra wojnę. Dla nacjonalistów to był sygnał, ze przyszłe granice Europy będą kreślić Amerykanie i Brytyjczycy, czyli sojusznicy Polski. Istniało - z ich perspektywy - niebezpieczeństwo, że Wołyń wróci do Polski. Temu chcieli przeciwdziałać, bo nadal wierzyli, że po wojnie powstanie samostijna Ukraina. Chcieli żeby Wołyń i Galicja Wschodnia znalazły się w jej granicach.

Co postanowiono?

Jedynym argumentem, jaki Polska mogła wysunąć na rzecz powrotu tych ziem do Polski było powołanie się na zamieszkująca ją polską społeczność. Jeżeli Polaków tu nie będzie – kalkulowali przywódcy OUN - to Polska straci ten argument. Postanowili więc Polaków wymordować.

Czyli teza, że to były spontaniczne powstania ukraińskich chłopów, jest fałszywa? To była z góry zaplanowana masakra?

Tak, nie mam w tej sprawie żadnych wątpliwości. Nie zgadzam się z tezą części ukraińskiej historiografii, która mówi o Wołyniu jako o spontanicznym buncie chłopskim, wymierzonym w polskich panów. Choćby dlatego, że ofiarą padli głównie zwykli, polscy chłopi. Nie ma też mowy o żadnej spontaniczności. Zgodnie z planami, snutymi jeszcze przed wojną, kierownictwo OUN postanowiło zamaskować, zakamuflować antypolską czystkę etniczną poprzez nadanie jej symptomów lokalnej chłopskiej ruchawki. Chodziło o wciągnięcie mas włościańskich w dzieło zbrodniczego mordu.

Czym pchano te masy ukraińskie do mordowania Polaków?

Po pierwsze stosowano ostrą indoktrynację. Po drugie obiecano im przejęcie polskiej ziemi. Zapomina się o tym, że ukraińscy nacjonaliści przeprowadzili reformę rolną – rozparcelowali ziemię zamordowanych Polaków między ukraińskich chłopów. To pchnęło kolejnych włościan do udziału w mordzie. Nie przez przypadek na fladze banderowców jest czerwień i krew. Ta czerwień to socjalizm. Symbol rewolucji.

Jednak przed rzezią trwały rozmowy z polskim rządem w Londynie o wspólnej walce z Niemcami.

O ile Ukraińcy dążyli do rozwiązania konfliktu najbardziej radykalnymi, ludobójczymi metodami, o tyle polskie państwo podziemne robiło wszystko, by ten konflikt załagodzić. Długo oszukiwano się, że Polakom na Wołyniu nic nie grozi, a z OUN-B można się porozumieć na drodze negocjacji. W tym zawiera się jedna z głównych przyczyn katastrofy. Tego, co nazwano w jednym z dokumentów państwa podziemnego "klęską na Wołyniu". W momencie, gdy banderowcy szykowali się do krwawej rozprawy, Polacy nie robili nic, bo wierzyli, że konflikt uda się rozładować poprzez osiągnięcie kompromisu.

Kompromis nie był tam możliwy?

Obie strony nie miały sobie nic do zaoferowania. Polacy chcieli, by Wołyń i Galicja Wschodnia znalazły się po wojnie w Polsce, a nacjonaliści ukraińscy chcieli, by te tereny należały do przyszłej Ukrainy. Jedyną rzeczą, która mogła banderowców usatysfakcjonować, była kompletna kapitulacja strony polskiej. A to było oczywiście niemożliwe. Ponurym symbolem naiwności Polskiego Państwa Podziemnego jest sprawa Zygmunta Rumla, który został wysłany na negocjacje z banderowcami… w przededniu "krwawej niedzieli". W geście dobrej woli nie zabrał ze sobą broni. Został brutalnie zamordowany. Jak głosi jedna z wersji – rozerwano go końmi.

Niektórzy historycy uważają jednak, że próba wysłania tam AK wcześniej, mogłaby być odebrana jako pokazanie światu, że Polacy walczą z tymi, którzy walczą z Niemcami.

Było odwrotnie. Niechęć polskiego podziemnego państwa do stworzenia na Wołyniu silnych jednostek partyzanckich i podjęcia walki z UPA nie wynikała z obawy przed bolszewicką propagandą, tylko z obawy przed opinią aliantów. Jak powiedział płk Jan Rzepecki – „zły duch" gen. Grota-Roweckiego - "nie chcieliśmy rozpalać ognia wojny domowej przez przesłanie broni na ziemie wschodnie. Bo co by świat sobie o nas pomyślał? Że Polacy są ciemiężycielami Ukraińców".

Mówi się u nas, że AK była jedną z najpotężniejszych armii podziemnych. Jak to się zatem stało, że tej silnej, zdyscyplinowanej i dobrze uzbrojonej armii "leśnych", nie ma na Wołyniu?

Przyzna pan, że to jest dysonans. Z jednej strony każde polskie dziecko wychowuje się w przekonaniu, że Polskie Państwo Podziemne było najsilniejsze w Europie, wszechmocne. A z drugiej strony mamy do czynienia z sytuacją, w której kiepsko uzbrojone oddziałki UPA, wspierane przez masy włościan uzbrojonych w siekiery i kosy, przez kilka miesięcy, całkowicie bezkarnie polskie wsie. Nie napotykając na opór ze strony AK.

Dlaczego tak się stało?

Popełniono szereg błędów. Pierwszym z nich było zlekceważenie groźby, jaką stanowili banderowcy. Wszystkie alarmujące raporty, meldunki i listy (sporo z nich przytaczam w książce), które ostrzegały przed zagrożeniem, trafiały w Warszawie do kosza. Uznawano je za czarnowidztwo i panikarstwo. A skoro nie było zagrożenia, to nie szykowano na nie odpowiedzi. Okręg Wołyń zaczęto organizować zbyt późno, już gdy rozpoczęły się czystki.

Jaki był drugi błąd?

To była kwestia priorytetów. Armia Krajowa była zdumiewająco mało elastyczna. Całą koncepcja, jaką sobie narzuciła, była "koncepcją warszawską".

Szykowano się na powstanie?

Niemcy byli jedynym wrogiem, jakiego dostrzegała AK. Podstawowym jej celem było powstanie powszechne, zrealizowane ostatecznie w formie akcji "Burza". Czyli wielkie wystąpienie przeciwko Niemcom na koniec wojny. To był cel nadrzędny, któremu podporządkowano wszystko inne. Warszawa nie potrafiła zrozumieć wołyńskiej specyfiki, tego, że tu wrogiem nr 1 byli ukraińscy nacjonaliści.

Jakie były tego konsekwencje?

Na Wołyniu nie stworzono oddziałów partyzanckich, nie zmobilizowano żołnierzy, nie przerzucono broni. Gdyby ludobójstwo było jedną wielką eksplozją przemocy, trwającą np. miesiąc, to moja książka nigdy by nie powstała. Można byłoby uznać, że AK nie miała czasu by zareagować.

Jakie daty określają więc tragedię Wołynia?

Mordy zaczęły się już 9 lutego 1943 r. UPA wymordowała wówczas mieszkańców pierwszej polskiej wsi - Parośli. Naszych rodaków ułożono na podłogach chałup i - łącznie z kobietami i dziećmi - wymordowano ciosami siekier w głowy. Potem te zbrodnie zaczynają narastać. Ofiary idą w setki, a nawet tysiące. Płoną Lipniki, Janowa Dolina i kolejne miejscowości. Fala terroru rozlewa się na kolejne powiaty.

Przecież meldunki o tych mordach musiały docierać do Warszawy?

Oczywiście, ale tam nikt nie reagował. Aż wreszcie 11 lipca doszło do "krwawej niedzieli". Apogeum mordów. Banderowcy nie napotkali na opór AK. Wyrzynali Polaków bezkarnie. Polskie podziemie miało pięć miesięcy na podjęcie stanowczych kroków. Gdyby wiosną lub wczesnym latem 1943, tak jak błagali Wołyniacy, stworzono na Wołyniu silne oddziały partyzanckie, można byłoby powstrzymać eksplozję przemocy. Ofiar ludobójstwa byłoby znacznie mniej. Polacy mieliby swoich obrońców.

Kiedy powołano pierwsze oddziały?

Rozkaz o sformowaniu pierwszych oddziałów partyzanckich na Wołyniu wydany został… 20 lipca 1943. A więc dziewięć dni po "krwawej niedzieli". Kolejne tygodnie trwała organizacja tych jednostek. Była to oczywiście decyzja słuszna, ale tragicznie spóźniona.  Polscy partyzanci wyruszyli w pole, kiedy olbrzymia część ofiar ludobójstwa już nie żyła. Było za późno.

Jak wyglądały działania polskie?

We wspomnianych oddziałach partyzanckich znalazło się około 1300 ludzi. To za mało na cały Wołyń.

Może możliwości mobilizacyjne były małe?

Niestety nie. Te możliwości były większe. W styczniu 1944 ogłoszono bowiem wreszcie pełną mobilizację wołyńskich struktur AK i nagle znalazło się 6,5 tysiąca ludzi. Nagle pojawiła się broń, która do tej pory leżała w magazynach. Wołyńskiej AK udało się wystawić słynną 27 Dywizję Piechity. Czyli ludzie i broń byli, tylko wyciągnięto ich z podziemia pół roku za późno.

A co, gdyby ta mobilizacja nastąpiła po pierwszych mordach?

Nie byłoby "krwawej niedzieli". A już na pewno nie pochłonęłaby ona tak wielu ofiar. Tak jak mówiłem, oddziały UPA napotkałby w terenie na silnie polskie jednostki, które broniłyby polskich wsi.

Dlaczego więc zmobilizowano oddziały dopiero na początku stycznia 1944?

Dlatego, że Armia Czerwona przekroczyła wtedy dawną polskie granicę i znalazła się na Wołyniu. AK zmobilizowała się więc po to aby przeprowadzić akcję "Burza". Czyli bić się z Niemcami.

Czyli 27 dywizja nie została sformowana, by rozbić oddziały UPA?

Na tym polega właśnie dramat. Mimo ludobójstwa na Wołyniu, mimo potwornych zbrodni na naszych rodakach, AK do końca  trzymała się kurczowo koncepcji antyniemieckiego powstania. Żołnierzy wołyńskiej AK zmobilizowano nie do obrony Polaków (choć oczywiście podejmowali oni walkę z UPA), tylko do akcji "Burza". To było ich główne zadanie.

A co z rządem w Londynie? Czy tam nie docierały meldunki?

Inicjatywa i punkt ciężkości przeniosły się do już wówczas do kraju. Winnych za te błędy należy szukać w Komendzie Głównej AK. Wskazuję przede wszystkim na pułkownika Rzepeckiego i jego stronników, którzy zablokowali pomoc dla Wołynia. Oficerowie ci przyjęli złe priorytety.

Jakie?

Na wschodzie można było postawić sobie dwa cele. Pierwszy, to utrzymanie Galicji Wschodniej i Wołynia przy Polsce poprzez walkę przeciwko Niemcom i pomaganie  bolszewikom. Czyli akcja "Burza". Drugi cel, to ocalenie nie terytorium, ale ludzi.  Cel pierwszy był celem nierealnym. Pomaganie bolszewikom i walka z Niemcami nic nie mogły już zmienić. Los Polski był przypieczętowany. Niezależnie od krwawych, patetycznych gestów AK – Wołyń i Galicja Wschodnia były stracone.

Sprzedano nas Stalinowi...

Tak. To było już dawno przypieczętowane.

Czyli cel drugi był lepszy?

Tak, cel drugi – czyli obrona Polaków - był celem realnym, do osiągnięcia. To leżało w zasięgu możliwości AK. Mówiąc brutalnie, AK nie była przeciwnikiem dla uzbrojonego w najnowocześniejszą broń Wehrmachtu. Ale była za to bardzo poważnym przeciwnikiem dla ukraińskich nacjonalistów z UPA.

Dlaczego więc tego nie zrealizowano?

Oficerowie Komendy Głównej AK uprawiali tak zwane wishfull thinking. Czyli – chciejstwo.  Próbowali zrealizować cel nierealny i zaniedbali cel realny. Powinni mieli mieć odwagę spojrzeć w oczy faktom. Gdy rozpoczęły się mordy na Polakach na Wołyniu, szalone plany powstańcze powinny były natychmiast trafić do kosza. Należało rzucić wszystko i pędzić na ratunek rodakom. Niestety – postąpiono inaczej. Działania 27 Dywizji Wołyńskiej to ostatni akt tragedii wołyńskich Polaków.

Dlaczego?

Każdemu polskiemu patriocie, gdy czyta o działaniach tej jednostki, serce musi krwawić. Z tego biednego, skrwawionego Wołynia, Armii Krajowej udało się wyciągnąć jeszcze 6,5 tysiąca dzielnych patriotów. To jak wykorzystano tych ludzi woła o pomstę do nieba.

Jak?

W momencie podjęcia walki z Niemcami w ramach "Burzy" - rozpoczyna się gehenna. 27 Dywizja została po prostu przez Niemców zmiażdżona. Ta młodzież została rzucona pod Kowel, gdzie musiała toczyć regularne, frontowe boje z liniowymi oddziałami Wehrmachtu i Waffen SS. Została pobita i dostała się w okrążenie. Ci chłopcy byli bombardowani, ostrzeliwani, tropieni.  Tonęli w bagnach Wołynia, ginęli od tyfusu. Niemiecki pociąg pancerny zmasakrował Dywizję na torach pod Jagodzinem, żołnierze potopili się podczas dramatycznej przeprawy przez Prypeć… Jeden wielki koszmar.

Co się z nimi ostatecznie stało?

Resztki Dywizji w lipcu 1944 w Skrobowie zostały rozbrojone przez Sowietów. Żołnierze 27. Dywizji byli wielkimi bohaterami, walczyli jak lwy. Ale wojsko to zostało zmarnowane przez dowództwo.

Jak można było lepiej tę jednostkę wykorzystać?

Ci chłopcy mogli spełnić na Wołyniu wspaniałą rolę. Z tą samą bronią i z tymi samymi dowódcami mogli zrobić coś pożytecznego – czyli bić się z UPA. Ratować Polaków przed banderowskim nożami. Ratować swoje rodziny, sąsiadów.

Jak ocenić więc takie działania dowódców AK?

Mówiąc po żołniersku – zawalono sprawę na wszystkich odcinkach.

Wracając jednak do walki z UPA. Czy AK nie mogła przerzucić jednostek z Generalnej Guberni, czy innych regionów Polski na Wołyń?

To jest kolejna bolesna rana. W momencie, gdy rozpoczęły się rzezie, mądrzy patrioci z Wołynia domagali się dostaw broni i przysłania posiłków z Generalnego Gubernatorstwa. Niestety - nie doczekali się tego. Odsiecz nie nadeszła. Polska tych wspaniałych patriotów porzuciła, zawiodła. Mimo apeli, próśb i błagań o ratunek.

Ilu ludzi mogło przysłać AK?

Oczywiście to nie mogłyby być jakieś kolosalne oddziały. Ale tu się liczył każdy żołnierz, każdy karabin i każdy pocisk. Można było choćby przerzucić jednostki z sąsiedniego okręgu lubelskiego. Były takie plany, byli nawet chętni – nie tylko wśród miejscowych oficerów AK, ale i wśród oficerów Batalionów Chłopskich. Niestety nie pozwolono im pójść na Wołyń, mimo, że przejście przez Bug było względnie łatwe.

Co zrobili Wołyniacy?

Szukali ratunku wszędzie, gdzie się dało. Nawet u wrogów. Smutne jest to, że doprowadzeni do rozpaczy Polacy zwracali się o ochronę do  Niemców i Sowietów.

Jak wyglądała ta pomoc?

W zależności od regionu. Na terenach opanowanych przez sowiecką partyzantkę, Polacy oddawali się pod jej opiekę. W zamian za jedzenie i noclegi - Sowieci chronili polskie wioski. Na innych terenach Polacy wstępowali do stworzonej przez Niemców "zielonej policji", powstałe spontanicznie polskie samoobrony brały też od Niemców broń.

Jak pan ocenia takie działania lokalnej ludności?

Nie można ich, broń Boże, za to winić. Nie robili tego dlatego, że kochali Stalina czy Hitlera. Robili to dlatego, że chcieli przeżyć. Nie można im więc niczego zarzucić. Winę za to ponosi Polskie Państwo Podziemne, które nie udzieliło im pomocy.

Czy można postawić bardzo kontrowersyjną tezę, że Niemcy w pewnym okresie pomogli Polakom bardziej niż AK?

Do apogeum rzezi 11 lipca 1943 - tak. I to jest potworny dramat. Wielki paradoks. AK nie przysłała na Wołyń posiłków, a Niemcy sprowadzili na Wołyń polski 202. batalion policyjny z Generalnego Gubernatorstwa Niemcy stworzyli polską policję, która dzielnie stawała przeciw UPA. Przekazywali  broń samoobronom całymi furmankami. Trzeba również dodać, że większość Polaków, która przeżyła ludobójstwo, przeżyła w miastach.

Dlaczego?

W miastach banderowcy nie mordowali bo znajdowały się tam niemieckie garnizony. Pod ich skrzydłami można było przetrwać.

Dlaczego Niemcy podjęli takie działania?

Oczywiście nie z dobrego serca czy miłości do Polaków. Niemcy mieli w tym interes. Była to czysta kalkulacja.

Chodziło o wciągnięcie Polaków do walki z bolszewikami?

Nie, cel był doraźny. Ludobójstwo Polaków dokonało się w ramach powstania ukraińskiego. Wybuchło ono w marcu 1943, kiedy na rozkaz OUN ukraińska policja pomocnicza poszła do lasu z bronią. Wybuch tej rebelii całkowicie zdezorganizował Wołyń.

Jakie były zatem cele Niemców?

Niemcy chcieli przywrócić dostawy kontyngentów płodów rolnych. Dawali więc broń polskim samoobronom, aby opanowały teren. I aby na terenie tym nastąpił powrót produkcji rolnej. Tak też się działo. Była to więc transakcja wiązana. Trzeba też pamiętać, że część uchodźców, która napływała do wołyńskich miast, była wysyłana na roboty do Niemiec. Paradoksalnie – wielu ludziom uratowało to życie.

Jak podsumować to wszystko, co stało się na Wołyniu?

Bilans jest dramatyczny. Niczego nie udało się tam osiągnąć. Wołynia dla Polski nie udało się zachować. Nie udało się też uratować Polaków. Ludzie ci konali w samotności, w poczuciu osamotnienia, porzucenia. W ocalałych z Wołynia ten żal, rozgoryczenie siedzą do dzisiaj. Trzeba o tym zacząć wreszcie głośno mówić. Nie wolno tego zamiatać pod dywan. Jesteśmy to winni ofiarom i ich zawiedzionym nadziejom.

Święto jest związane z rocznicą wydarzeń z 11 i 12 lipca 1943 r., kiedy UPA dokonała skoordynowanego ataku na polskich mieszkańców w ok. 100 miejscowościach w powiatach włodzimierskim, horochowskim, kowelskim i łuckim. Wykorzystała gromadzenie się w niedzielę 11 lipca ludzi w kościołach. Badacze obliczają, że tylko tego jednego dnia mogło zginąć około 8 tys. Polaków – głównie kobiet, dzieci i starców. Akcja UPA była kulminacją trwającej już od początku 1943 r. fali mordowania i wypędzania Polaków z ich domów, w wyniku której na Wołyniu i w Galicji Wschodniej zginęło około 100 tys. Polaków. Sprawcami zbrodni wołyńskiej były Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów – frakcja Stepana Bandery i podporządkowana jej Ukraińska Powstańcza Armia, dowodzona przez Romana Szuchewycza. Między Warszawą i Kijowem od wiosny 2017 r. trwa spór wokół zakazu poszukiwań i ekshumacji szczątków polskich ofiar wojen i konfliktów na terytorium Ukrainy, wprowadzonego przez ukraiński IPN. Zakaz został wydany po zdemontowaniu nielegalnego pomnika UPA w Hruszowicach, do którego doszło w kwietniu 2017 r.

Książka Piotra Zychowicza "Wołyń zdradzony" ukazała się w 2019, nakładem wydawnictwa Rebis