Wiadomość o artykule w „Spieglu” dotarła do instytutu za sprawą mieszkającej w Londynie Joanny Belin, siostrzenicy prof. Hirszfelda – wspomina prof. Janusz Boratyński z Instytutu Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN im. Ludwika Hirszfelda. –– dodaje. Taka reakcja na tekst Franka Thadeusza „Der Blutwahn” (Szaleństwo krwi), który w maju 2013 r. ukazał się w niemieckim tygodniku „Der Spiegel”, nie powinna dziwić. Autor ogłosił, że odpowiedzialność za narodziny teorii stanowiących późniejszy fundament nazistowskich tez o czystości krwi ponosi polski immunolog Ludwik Hirszfeld.
Dziennikarz powołał się na publikację szwajcarskiej historyczki z Uniwersytetu w Zurychu Myriam Spörri. W monografii „Reines und gemischtes Blut: Zur Kulturgeschichte der Blutgruppenforschung, 1900–1933” (Czysta i mieszana krew: Kulturowa historia badań nad grupami krwi 1900–1933) stwierdziła, że polski uczony, kierując się eugenicznymi przekonaniami, wprowadził „pojęcie czystości krwi”. A co więcej, określając występowania grup krwi wśród różnych społeczności, stworzył teorię praras. Wedle niej posiadacze grupy A wywodzili się z północy oraz zachodu Eurazji, a ludzie z grupą B osiedli na wschodzie i południu. Po czym wędrówki plemion doprowadziły do zmieszania obu grup krwi. Spörri, powołując się na artykuł Hirszfelda zamieszczony w 1919 r. na łamach czasopisma „Lancet” oraz jego późniejsze wspomnienia, uznała, że propagował rasistowskie teorie o większej wartości krwi aryjskiej. I dał początek późniejszemu szaleństwu III Rzeszy.
– napisał Thadeusz, nie omieszkając wskazać, kto jest temu winien. – podkreślał niemiecki dziennikarz. Dodając, że .
Również pochodzenie etniczne światowej sławy naukowca i jego żony nie musiało, zdaniem Thadeusza, stanowić przeszkody w tworzeniu rasistowskich teorii, ponieważ .
Bicie głową w mur
– – mówi prof. Boratyński. –– uzupełnia. Niemiecki tygodnik zignorował racje naukowców z Instytutu Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN. Skończyło się na wpisach Polaków dodanych w komentarzach na anglojęzycznej stronie internetowej tygodnika. Czyli czymś, co mało kto zauważa.
– – wspomina prof. Boratyński. Uderzał więc kolejno do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ambasady polskiej w Berlinie ze swoim pomysłem. Ale wydaniem w języku niemieckim napisanej przez Ludwika Hirszfelda „Historii jednego życia” nikt nie był zainteresowany. Pomocy doczekał się dopiero od prof. Roberta Traby, dyrektora Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie. Dzięki ich wspólnym staraniom znalazło się wydawnictwo, które wzięło na siebie druk i dystrybucję „Historii...”, rezygnując z jakiegokolwiek dofinansowania.
– – podkreśla prof. Boratyński – – irytuje się naukowiec. „Książka Hirszfelda to beletrystyka najwyższej próby. Dlatego proszę, aby osoby, które podjęły negatywną decyzję, PRZECZYTAŁY książkę” – napisał Boratyński w e-mailu do ówczesnego dyrektora Instytutu Książki Grzegorza Gaudena. Niczego tym nie uzyskał. Dopiero długie starania w Ministerstwie Kultury dały efekty i fundusze się znalazły. Sprawa ukazania się na rynku niemieckim „Historii jednego życia” może mieć więc swój szczęśliwy finał. Wedle planów książka powinna trafić do sprzedaży po drugiej stronie Odry jesienią tego roku.
Tyle że bez środków na promocję może się ona łatwo rozpłynąć wśród setek podobnych pozycji. Trudno też przypuszczać, by wywołała podobny oddźwięk jak artykuł w „Spieglu”. Z kolei cztery lata, które minęły od jego publikacji, najlepiej pokazują naszą bezradność, gdy ktoś na Zachodzie zaczyna pisać historię od nowa, przeinaczając fakty. Nawet gdy te przeinaczenia przekraczają granice absurdu.
Narodowa posoka
Gdyby szukać głównych propagatorów nazizmu, wzorując się na pracy Myriam Spörri i artykule Franka Thadeusza, to głównym winowajcą powinien być Karol Darwin. Anglik w dziele „O powstawaniu gatunków” zaprezentował teorię selekcji naturalnej. W przyrodzie najlepiej przystosowani przedstawiciele danego gatunku łatwiej pokonywali zagrożenia i posiadali więcej płodnego potomstwa. W ten sposób powielali w kolejnych pokoleniach atuty ułatwiające dominację. Kuzyn Darwina, sir Francis Galton, tezy te odniósł do świata ludzi. Zauważył z przerażaniem, że ci biedniejsi i mniej inteligentni zazwyczaj mają więcej potomstwa. Stąd jego postulat, by państwa zadbały o rozmnażanie się wartościowych obywateli, jednocześnie odbierając ten przywilej osobom upośledzonym. Chroniłyby tym samym społeczeństwo przed degeneracją. Swoje idee nazwał eugeniką, co w języku greckim oznaczało „osobę dobrze urodzoną”.