Może chciał uderzyć w dawny swój polityczny obóz, który nie potraktował go dobrze? Ale jeśli tak, to dlaczego tak szybko zbagatelizował własne sugestie? A może padł ofiarą swoich
nieprecyzyjnych sformułowań? Ale przecież jako premier umiał się posługiwać językiem polskim nie tylko z polotem, ale i zręcznie.
Londyński dystans
Całkiem możliwe, że Marcinkiewicz spróbował po raz kolejny tego, co jest chyba jego celem od wielu miesięcy. Okazać swój dystans wobec tego, co dzieje się obecnie, na tyle miękko, aby nie
zniechęcać obecnych wyborców PiS, a na tyle stanowczo, aby przedstawić się jako przyszła alternatywa dla obecnego stylu rządzenia. Tyle że tym razem nie wybrał najlepszego narzędzia.
Dla obrońców obecnego układu rządowego takie sugestie to oszczerstwa wypowiadane na dokładkę nie wprost, więc tym bardziej dwuznaczne. Dla tych, którzy obecnych rządzących krytykują, Marcinkiewicz mówiący "nie mam nic do powiedzenia komisji śledczej" jest postacią drażniącą i niewiarygodną. W tej akurat ponurej sprawie wywołanej oskarżeniami Janusza Kaczmarka na półcienie, aluzje, uniki jest coraz mniej miejsca. Zwłaszcza gdy nadciąga kampania wyborcza, która z pewnością zniszczy do końca język polskiej debaty publicznej.
Mimo to nie grzebałbym Marcinkiewicza, nawet jeśli skuszony przez media i własną naturę powie jeszcze niejeden raz coś nieostrożnego, a potem zostanie zmuszony do kluczenia. Dlaczego? Właśnie ze względu na tę nadciągającą kampanię, która pozostawi po sobie najprawdopodobniej zgliszcza. Także zgliszcza zaufania polskiego społeczeństwa do polityki.
Na tle tych zgliszczy Marcinkiewicz to ciągle człowiek, który zachował jeden poważny atut - normalność. Spokój. Zdrowy dystans. Nieprzypadkowo wciąż duża grupa Polaków - według ostatnich sondaży blisko 30 procent - wskazuje go jako najlepszego premiera. I to w poprzek partyjnych sympatii (on już całkiem oderwał się w ludzkiej świadomości od Prawa i Sprawiedliwości) i wbrew realiom, bo jest przecież politykiem na zesłaniu.
Dziś ta sympatia czy tęsknota to tylko temat socjologicznej ciekawostki. Swoisty ornament, który może dawać byłemu premierowi satysfakcję jako człowiekowi. Ale w przypadku nowych, całkiem
prawdopodobnych wstrząsów na scenie politycznej może się okazać przepustką. Tylko dziś jeszcze nie wiadomo, do czego.
Czy czeka go rola pośrednika między dwiema, przypuśćmy że osłabionymi formacjami - PiS i PO?
Współtwórcy nowego obozu politycznego, który powstałby gdzieś na ich styku - po nieuchronnym wypaleniu się przywództw Kaczyńskich i Tuska? A może pretendenta do prezydentury
wykorzystującego swoją umiejętność podobania się? Na spekulację o każdej z tych ról dziś jest jeszcze za wcześnie. A jednocześnie każdą z nich warto brać pod uwagę.
Narciarz w garniturze
Gdy próbuję zrozumieć fenomen Marcinkiewicza, jego stosunkowo późnego i trochę przypadkowego, politycznego sukcesu, przypominam sobie anegdotę. On sam opowiadał, że bardzo późno - w wieku
40 lat - nauczył się jeździć na nartach. A co zabawniejsze, swoje pierwsze zjazdy po górskich stokach wykonywał... w garniturze. Dlaczego? Po prostu jako nauczyciel fizyki z Gorzowa
Wielkopolskiego przez lata nie używał w zasadzie innego stroju. Nawet gdy przeniósł się do Warszawy jako urzędnik i polityk.
W tej historii jest cały Marcinkiewicz. Z jednej strony człowiek przez wiele lat skromny i trochę sztywny, ukształtowany przez pracę w gorzowskiej podstawówce i działalność w gorzowskim duszpasterstwie, czyli tak zwany polityk przykościelny, Z drugiej - ktoś, kto nawet jeśli późno, uczy się chętnie i łatwo. Kto raźno pokonuje kolejne przeszkody, również własne ograniczenia. Bo przecież już w rok później Kazimierz Marcinkiewicz wybierał się na narciarskie trasy już w pięknym swetrze.
Dziś jest znawcą warszawskich knajp i całkiem zręcznym bywalcem europejskich politycznych salonów, a ostatnio z powodzeniem uczy się tajników światowych finansów, będąc w tej dziedzinie amatorem, w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju. Pewnego rodzaju "podwójność" cechowała Marcinkiewicza na każdym etapie jego działalności. W latach 80. działacz podziemnej "Solidarności", drukujący całe noce podziemne pisemka.
Człowiek, którego Służba Bezpieczeństwa wyprowadziła kiedyś ze szkoły na przesłuchanie - na oczach uczniów. A z drugiej strony ktoś, kto nie przenosił do pokoju nauczycielskiego
politycznych podziałów, ale kolegował się z PZPR-owskim historykiem Tadeuszem Jędrzejczakiem. W wolnej Polsce Marcinkiewicz stanie się działaczem Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego.
Jędrzejczak - posłem SLD i prezydentem Gorzowa z rekomendacji tej partii.
Centrysta z ZChN
W ZChN był kojarzony z najbardziej twardą w sprawach światopoglądowych frakcją Marka Jurka. To jednak nie wystarczy, aby opisać jego ówczesny styl uprawiania polityki. "W czasach
kiedy ZChN był partią antyestablishmentową, hałaśliwą, Kazik unikał hałasu, używał spokojnych argumentów i zachowywał się tak, jakby należał do establishmentu" - opisuje
obrazowo eurodeputowany PiS, a wówczas działacz Zjednoczenia Konrad Szymański. "Ci, którzy mówią, że Marcinkiewicz ewoluował ku centrum, nie mają racji. Zawsze taki
był".
Ryszard Czarnecki, wtedy prominentny polityk ZChN i trochę konkurent Marcinkiewicza, znajduje na to wytłumaczenie. "Trzymał się ludzi ze swego regionu" - objaśnia. I rzeczywiście - Marek Jurek także urodził się i wychował w Gorzowie, obaj kształtowali swoje przekonania w tamtejszym duszpasterstwie pod kierunkiem charyzmatycznego księdza Witolda Andrzejewskiego. Gdy jednak przychodziło do uprawiania realnej polityki, mówili różnymi językami.
Gdy w 1992 roku z gorzowskiego kuratora został wiceministrem edukacji, Marcinkiewicz jawił się od początku jako człowiek otwarty. W tym podminowanym ideologicznymi konfliktami resorcie łatwo znalazł wspólny język z wiceministrem z Unii Wolności Anną Urbanowicz. Miał też dobre kontakty z dziennikarzami - inaczej niż jego mrukliwy szef minister Zdobysław Flisowski.
Znalazł uznanie w oczach szefa URM i faktycznego twórcy polityki tej ekipy Jana Rokity. Ponownie będą blisko współpracować w AWS-owskim Sejmie 1997-2001. Rokita wymienia go w swoim wywiadzie rzece jako utalentowanego przedstawiciela tego samego pokolenia - są z jednego rocznika 1959. Opisuje go jako państwowca - to kategoria, której chętnie używa w opisach innych ludzi, w tym samego siebie, także i Marcinkiewicz.
Jego debiutem w świecie władzy nad całym państwem stała się roczna praca na stanowisku szefa politycznego gabinetu premiera Jerzego Buzka. Marcinkiewicz snuł plany "nowego otwarcia": wymiana składu rządu, ogłoszenie jego nowych celów i wielki objazd po Polsce przez szefa rządu. Miała to być ucieczka do przodu, ratunek dla dołującej już w 1999 roku AWS. Buzek zgodził się, a potem w ostatniej chwili zrezygnował z całego pomysłu.
Marcinkiewicz odszedł ze stanowiska. Na odchodnym - warto o tym pamiętać, bo trochę to podważa jego wizerunek człowieka zawsze miękkiego i ustępliwego - w rozmowie z dziennikarzem Radia
ZET sugerował, że minister Teresa Kamińska ma zbyt wielki nieformalny wpływ na premiera. Zdaniem wielu zrobił to w sposób zbyt brutalny i złośliwy. "Nie mógł znieść atmosfery
tracenia czasu, wielogodzinnych seansów psychoterapeutycznych między Buzkiem i Kamińską. Chciał zaszczepić tej ekipie odrobinę profesjonalizmu. Nie dało się i stąd emocje" -
tłumaczy go jego ówczesny współpracownik.
Zaufany Kaczyńskich
Kadencję kończył już w innym klubie parlamentarnym - Prawie i Sprawiedliwości. Wszedł do niego jako członek Przymierza Prawicy, dość ekskluzywnego środowiska skupiającego rozłamowców z
ZChN i SKL. Był wśród nich jednym z najgorętszych zwolenników szybkiego i bezwarunkowego stopienia się z reszt PiS w jedną partię. W związku z tym zwolennicy zachowania odrębności -
Kazimierz Ujazdowski i Marek Jurek - popadli w niełaskę braci Kaczyńskich. Za to Marcinkiewicz pozyskał ich zaufanie na kilka następnych lat.
Przez kolejną kadencję umacniał swoje wpływy jako pracowity poseł zajmujący się głównie tematyką gospodarczą. Trochę podobnie jak w ZChN - był członkiem radykalnej partii, ale zachowywał zawsze olimpijski spokój i kultywował dobre kontakty z politykami różnych opcji. To zapewniło mu w 2005 roku nieoczekiwaną nominację na premiera, w momencie gdy Jarosław Kaczyński zrezygnował po wygranych wyborach z tej posady, żeby ułatwić bratu zwycięstwo w wyborach prezydenckich.
Według kuluarowych plotek twórcami tego pomysłu byli dwaj specjaliści od PiS-owskiego PR Adam Bielan i Michał Kamiński, którzy przeszli wraz z nim przez Przymierze Prawicy. Ale niewykluczone, że pomysł narodził się w głowie samego lidera partii. Bywa on traktowany jako koronny dowód na to, że Kaczyński chciał serio porozumienia z Platformą Obywatelską - mało kto pasował do tej koalicji tak bardzo, jak wolnorynkowy, otwarty na liberałów Marcinkiewicz. Z drugiej strony w tym pomyśle można też widzieć makiawelizm strategów PiS.
Wysunięcie na pierwszy plan tego właśnie polityka mogło ułatwiać Kaczyńskim podbieranie PO wyborców w końcowej fazie kampanii prezydenckiej, a potem zbudowanie ekipy. W której znalazło
się wielu ludzi krążących wcześniej w orbicie partii Tuska - jak Zbigniew Religa, Grażyna Gęsicka, wreszcie również Zyta Gilowska.
Premier wszystkich Polakow
Marcinkiewicz-premier podpisał się pod wszystkimi głównymi postulatami PiS - takimi jak likwidacja WSI, powołanie Centralnego Biura Antykorupcyjnego czy zmiany w wymiarze sprawiedliwości
firmowane przez Zbigniewa Ziobro. Podczas kampanii Lecha Kaczyńskiego powiewał też sztandarem obietnic społecznych - na przykład 3 milionów mieszkań dla Polaków. Ale równocześnie to on
przywiązywał szczególną wagę do reformy finansów publicznych czy do odbiurokratyzowania gospodarki, a w pewnych sprawach - na przykład zwiększenia uprawnień samorządu wojewódzkiego -
mówił nawet innym językiem niż Kaczyński.
Większość pomysłów tego rządu pozostała w sferze deklaracji. Projekty grzęzły w ministerstwach lub międzyrządowych uzgodnieniach. Albo rozmywały się w parlamencie. Na dokładkę rząd Marcinkiewicza przez prawie cały czas nie miał sejmowej większości - poza dwoma ostatnimi miesiącami, kiedy weszli do niego politycy Samoobrony i LPR.
Te trudności nie wynikały przeważnie z braków samego Marcinkiewicza. Przeciwnie - nowy premier prowadził rady ministrów zwięźle, w swoim urzędzie zgromadził ekipę sprawnych i oddanych współpracowników, a w najtrudniejszych momentach (walka na szczycie w Brukseli o kształt budżetu Unii Europejskiej) sam wykazywał się tytaniczną pracowitością i wytrwałością - prawie nie śpiąc i nie jedząc.
Kłopoty były pochodną słabości politycznej całego układu rządowego oraz wad poszczególnych członków rządu. Przykładowo - powtarzane do znudzenia przez Marcinkiewicza obietnice wniesienia ustawy naprawiającej publiczne finanse kończą się niczym, bo Gilowska nie nadąża z jej przygotowaniem, a w swoich pomysłach, aby redukować publiczne agencje i fundusze, natrafia od początku na opory polityków, także i tych z PiS.
W efekcie Marcinkiewicz nie zapewnił przedsiębiorcom większych swobód, choć z zapałem zupełnie niepodobnym do innych PiS-owców spotykał się z nimi, rozmawiał, uświetniał różne uroczystości. Czy polityczny marketing zastępował Marcinkiewiczowi realną politykę? "Poza może paroma ostatnimi miesiącami, zdecydowanie nie" - odpiera zarzut rzecznik i najbardziej poza samym premierem znana twarz tego rządu Konrad Ciesiołkiewicz. "Dlaczego francuski prezydent Jacques Chirac jadł na targach drobiowych kurczaki podczas epidemii ptasiej grypy?".
Bo to był element polityki państwa. Także i my staraliśmy się tylko o odpowiednią oprawę konkretnych decyzji. Na przykład ogłaszając dofinansowanie posiłków dla dzieci w szkołach w ośrodku pomocy społecznej.Tak czy inaczej Marcinkiewicz okazał się mistrzem w podbijaniu serc Polaków. Wcześniej uchodził za milczka i człowieka o kamiennej twarzy. Jako premier zachował nadal oblicze Bustera Keatona. Ale mówił dużo, a jego gesty (na przykład słynne "Yes! Yes! Yes!" po szczycie w Brukseli) były powtarzane przez media setki razy. Co więcej jego współpracownicy starannie reżyserowali jego podróże i zachowania. Z tego punktu widzenia Marcinkiewicz przebił nawet takich mistrzów jak Aleksander Kwaśniewski
Gdy był gościem na meczu siatkówki w Gdyni, rzucał podczas przerwy (w dodatku celnie) piłkę do kosza, co zarejestrowały kamery. Kiedy zapowiadał ustawę o ratownictwie medycznym, dał się sfilmować podczas ćwiczeń na noszach. Te sytuacje wyglądały na spontaniczne, ale tak naprawdę były wymyślone od początku do końca. W każdym miejscu, w którym się pojawiał, chętnie spotykał się z ludźmi. Było go pełno w mediach. Miał czas, aby odwiedzić Radio Maryja, ale nie zaniedbał żadnej wizyty w studiu niezbyt przyjaznej rządzącej partii TVN. I tu, i tam mówił miękko, perswadował, nikogo nie urażał.
Dziś otwarcie przyznaje się, że jest politykiem, który łączy, zamiast dzielić. I opowiada z pasją o wystąpieniu pani Thatcher podczas koalicji z polskimi parlamentarzystami w Gdańsku pod koniec lat 90. "Ona była zdumiona, gdy jej mówiliśmy, że realizujemy trudne reformy odrzucane przez społeczeństwo. Mówiła: ja podejmowałam tylko takie, które miały akceptację większości" - dla Marcinkiewicza to dewiza jego politycznego działania.
Ta medialna aktywność stała się w końcu zaczynem jego nieporozumień z braćmi Kaczyńskimi. Premier bił rekordy popularności, prześcigając jeszcze niedawno bardzo popularnych prezydenta
i prezesa partii. Co więcej Marcinkiewicz rzadko bywał ostro atakowany - nawet przez zdeklarowanych oponentów PiS. Owszem, czasem dostawało się i jemu, Tomasz Lis wysłał ekipę Polsatu, żeby
zrobiła materiał o tym, że premier źle mówi po polsku, akcentując nieprawidłowo słowo "matematyka". Ale to były nieliczne sytuacje - skądinąd zresztą nieszkodzące
Marcinkiewiczowi. Szeroka publiczność uwielbiała go również za niedoskonałości. Był w jej oczach skromnym nauczycielem z Gorzowa, który zrobił karierę, ale pozostał jednym z nas.
Układ Marcinkiewicza
To musiało irytować Kaczynskich, którzy cały czas pozostawali przedmiotem zmasowanej politycznej kanonady - ze strony opozycji i mediów. Co więcej, mieli oni coraz mocniejsze pretensje o to,
że Marcinkiewcz nie zawsze staje z nimi w jednym szeregu. Owszem, aby ich zadowolić, na jednej z konwencji PiS nazwał polityków Platformy Obywatelskiej cieniasami. Ale kiedy w maju 2006 roku
rodziła się w bólach koalicja z LPR i Samoobroną, wprawdzie jej nie krytykował, ale pozwolił sobie na nagłośnione przez media hamletyczne rozterki, czy pozostać premierem. To Kaczyńscy
mają być tymi złymi, on jest tym lepszym - taka jest przynajmniej ich interpretacja.
Spór był jednak głębszy i dotyczył różnych segmentów rządowej polityki. Kaczyńscy są niezadowoleni z ministra zdrowia Religi. Marcinkiewicz - Religi broni, Kaczyńscy dają zielone światło przejmowaniu spółek Skarbu Państwa przez ludzi rządzącej koalicji. Marcinkiewicz opiera się czystkom. Kaczyńscy forsują jeden model likwidacji WSI. Marcinkiewicz - inny, ten, którego zwolennikiem jest minister obrony Radek Sikorski. Gdyby spróbować sprowadzić te różnice do wspólnego mianownika - oni są zwolennikami radykalniejszych zmian, ale też szybszego zwiększania wpływów partii rządzącej. On broni bardziej kontynuacji, a jednocześnie zaleca PiS pewną wstrzemięźliwość we własnych apetytach.
Ten konflikt ma jednak także drugą stronę medalu. Marcinkiewicz obejmował władzę jako polityk mający więcej niż poprawne relacje z przedsiębiorcami. Jeszcze jako poseł AWS chadzał do Polskiej Rady Biznesu, a jako szef sejmowej komisji skarbu ponawiązywał wiele znajomości w tych kręgach. W oczach Kaczyńskich to atut - zwłaszcza w rywalizacji z PO - ale też i obciążenie. Marcinkiewicz forsuje koncepcję obsadzania czołowych stanowisk w resortach gospodarczych ludźmi pozyskanymi "z rynku". Ma tu znakomite trafienia - na przykład Anna Streżyńska - szefowa Urzędu Kontroli Elektronicznej - do dziś dziarsko walcząca z monopolem TP SA. Ale ma też i wpadki.
Pierwszy minister skarbu w rządzie Marcinkiewicza Andrzej Mikosz, skądinąd wybitny znawca giełdy, odszedł po kilku miesiącach w atmosferze skandalu - jako człowiek, który przyjął pożyczkę od człowieka o podejrzanej reputacji. Zanim to się stało, lider PiS naciskał, aby się go pozbyć. Marcinkiewicz, prywatny znajomy ministra, opóźniał dymisję. Dla Kaczyńskich takie historie to dowód na to, że gdzieś w urzędach zajmujących się gospodark rodzi się znowu układ, no, może układzik - Marcinkiewicza. Zwłaszcza, że i w samej kancelarii najbliższe otoczenie premiera składało się nie z polityków PiS, a z młodych ludzi w jakiejś mierze "wziętych z rynku".
Do tego dochodziły drobne, ale kłopotliwe spekulacje i plotki. Tygodnik "Wprost" przypomniał na przykład na samym początku rządów Marcinkiewicza, że spędzał on wakacje w szwajcarskim kurorcie na koszt swojego znajomego Jana Łuczaka, kontrowersyjnego biznesmena, którego działalnością interesowała się prokuratura, zresztą bez żadnych następstw. Marcinkiewicz naciskany przez media tłumaczył, że aby nie uzależniać się od przyjaciela, zabrał ze sobą w podróż weki robione przez żonę.
Do tego doszły prestiżowe zatargi, zwłaszcza z prezydentem, który tak naprawdę nigdy nie zaakceptował kogoś innego niż swój brat na stanowisku premiera. Przez wiele miesięcy Marcinkiewicz próbował go zmiękczać ostentacyjną grzecznością podczas wizyt w prezydenckim pałacu. A jednak w przededniu kolejnego szczytu Unii Europejskiej w czerwcu 2006 roku, gdy prezydent wezwał Marcinkiewicza na konsultacje, ten odmówił, wymawiając się udziałem w procesji Bożego Ciała. "Uważałem, że negocjacje europejskie to według konstytucji kompetencja premiera" - tłumaczy dzisiaj.
Czara goryczy przepełnia się, kiedy po dymisji Gilowskiej Marcinkiewicz wybrał nowego ministra finansów bez konsultacji z braćmi Kaczyńskimi. CV Pawła Wojciechowskiego zostało przesłane do
Pałacu Prezydenckiego i do biura szefa PiS późnym wieczorem, gdy żadnego z nich nie można już tam było zastać. Rano kandydata na ministra zaprezentowały gazety, Marcinkiewicz tłumaczy
dziś, że Jarosław Kaczyński zostawił mu wolną rękę, a sposób powiadomienia go wynikał z "technicznego błędu pracownika". Kaczyńscy nie wierzą jednak w takie
pomyłki.
" Marcinkiewicz prowokował los, pociągał tygrysa za wąsy, bo uwierzył w potęgę sondaży" - relacjonuje ważny polityk PiS, który reprezentował wówczas racje
kierownictwa partii. "Miał już dosyć sytuacji, w której zmuszają go do piętrowych konsultacji w sprawie każdego głupstwa, a i tak pewnych segmentów rządu nie kontroluje, bo są one
wyłącznie pod kontrolą partii, jak na przykład działalność ministra rolnictwa Krzysztofa Jurgiela" - replikuje bliski współpracownik Marcinkiewicza. Jego zaskakującą dymisję
poprzedziła krótka, szeptana kampania ludzi z otoczenia Kaczyńskiego. Przedstawiała ona dotychczasowego premiera jako lekkomyślnego amatora, który zamiast rządzeniem zajmował się
gospodarskimi wizytami, a na dokładkę uwierzył, że jest niezastąpiony.
Odlot czy lądowanie?
Czy Marcinkiewicz rzeczywiście "odleciał"? Z jednej strony w kluczowym dla siebie momencie zachował zimną krew, inaczej niż wielu polskich polityków, zwłaszcza prawicowych, w
podobnych sytuacjach. Gdy decyzja o jego dymisji została zaakceptowana przez kierownictwo partii, nie wykonywał gwałtownych ruchów, dbając o pozory partyjnej jedności i godząc się z
wymuszonym uśmiechem na kandydowanie na prezydenta Warszawy.
A równocześnie ten zrównoważony, zimno kalkulujący człowiek potrafił się też pogubić. Wybrać działania zaskakujące i delikatnie mówiąc, mało przemyślanie. Od spotkania z Donaldem Tuskiem - tuż przed dymisją - nagłośnionego z wielką satysfakcją przez lidera PO, które skłóciło Marcinkiewicza ostatecznie z PiS-owskimi funkcjonariuszami, poprzez niefortunny udział w konkursie na prezesa PKO BP, gdy Kaczyński uwikłał go najpierw w dwuznaczny wyścig do tego stanowiska i w towarzyszącą mu debatę o kwalifikacjach kandydata, a następnie odmówił pomocy. Aż po takie wypowiedzi jak ta ostatnia - o inwigilacjach.
Nie zmienia to zasadniczego faktu - rozmieniający się chwilami na drobne Marcinkiewicz to człowiek, który nieźle, czasem wręcz instynktownie wyczuwa trendy przyszłości. Wystarczy, aby siedział w Londynie i nadal rozprawiał o własnych niezliczonych spotkaniach z Polakami pracującymi w Anglii, a unikał jak ognia udziału w politycznej bieżączce. Mógłby, ba jeszcze nadal może, na tym zapewne zbić solidny polityczny kapitał. Znamienne było zwłaszcza jego zachowanie po wielkiej sejmowej batalii wokół antyaborcyjnej poprawki do konstytucji. Jurek rozstawał się z Kaczyńskim, a w londyńskim studiu TVN były premier opowiadał, jak odległe wydają mu się polskie konflikty na tle europejskich wyzwań.
Rzecz w tym, że samemu Marcinkiewiczowi trudno jest uznać miasto nad Tamizą za swój Sulejówek. Odmawiając wejścia do rządu Kaczyńskiego, a teraz kandydowania z list głównych partii - a
jak słychać w PiS, Kaczyński naprawdę myślał o nim serio jako o jednej z wyborczych lokomotyw - skazuje sam siebie na strategię długiego marszu. Co ta strategia miałaby oznaczać, tak
naprawdę nie wiadomo. To szlak dziewiczy i w polskiej polityce kompletnie nieprzećwiczony.
Jest i inny problem. Dzisiejszy Marcinkiewicz to człowiek, którego przechodnie pozdrawiają równie chętnie na ulicach Warszawy co Londynu (autor niniejszego tekstu był wielokrotnie świadkiem
takich sytuacji).
Pytanie, kogo pozdrawiają poza sympatycznym ekspremierem, który zajął się bankowością? Obrońcę tradycyjnych wartości z czasow ZChN-owskich? Czy zwolennika europejskich standardów? Twardego rzecznika wolnego rynku? Czy piewcę solidarnego państwa? Zwolennika tezy, że korupcyjny układ trzeba u nas wypalić ogniem i żelazem? Czy kogoś, kto uznaje ten problem za wyolbrzymiony? Zbyt twarde odpowiedzi na te pytania skazują każdego polityka na wiele niewygód. Brak takich odpowiedzi grozi jednak politycznym narcyzmem.