Dziennik Gazeta Prawana logo

Były ksiądz zdradza tajemnice Watykanu

26 stycznia 2008, 01:32
Ten tekst przeczytasz w 14 minut
Na początku lat 90. rządząca Tyńcem klika doprowadziła do odejścia bodaj kilkunastu osób, wśród nich mojego brata, jednak dla mnie to nie był odpowiedni moment odejścia - mówi DZIENNIKOWI Maciej Bielawski, były ksiądz.


I: Cóż ja mogę panu powiedzieć? Dla mnie to nie jest kłopotliwe.


Tak.


Między innymi dlatego, że poznałem Rzym na wskroś.


(śmiech) Co innego wiedzieć, a co innego tego doświadczyć, żyć w tym. Dotknęły mnie do żywego rozmaite aspekty życia kościelnego, w pewnym momencie uznałem, że jestem do nich całkowicie nieprzystawalny, że męczą mnie ci ludzie, ich styl życia.


Tak trochę żyłem, próbowałem to robić i po odejściu z Kolegium Rumuńskiego w Rzymie, którego byłem wicerektorem, wróciłem do benedyktynów. To było bolesne lądowanie, ale trwałem tak przez pięć lat i funkcjonowałem w obrębie tej struktury całkiem dobrze. Myślałem o zmianie klasztoru, jeździłem z wykładami po Bałkanach, Ukrainie, Indiach. Byłem rzeczywiście przemęczony, miałem mnóstwo obowiązków i w pewnym momencie pękłem.


No i brałem ten odpoczynek. Mimo to przeżywałem kryzys egzystencjalny, filozoficzny.


Bardzo możliwe.


Miałem iść na jakąś terapię? Szukałem pomocy, ale to nie było proste.


To prawda. I co z tego?


Posługujemy się słowem i racjonalizujemy nasze przeżycia, bo inaczej nie moglibyśmy rozmawiać.


…kochanka, ojca i tak dalej? Na pewno brakowało mi kobiety, domu i kiedy nastąpiło spiętrzenie rozmaitych kryzysów w moim życiu, doszło do tego moje zakochanie się.


Zdarzyło mi się odczuwać silne emocje do kobiety, przeżyłem to. Teraz może i nie potrafiłem, ale też i nie chciałem odrzucać tego uczucia.


Nie wiem, czy będzie pan miał takie prawo, nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć, ale skądinąd wiem, że takie rzeczy się zdarzają.


To nie jest tak oczywiste, jak pan mówi, naprawdę nie jest. Znając biografie wielu ludzi, naprawdę nie uważam, że tak łatwo można to ocenić.


Powiedzmy, że rodzi zło, cierpienie.


Tak. Wiązało się z pewnym cierpieniem wewnętrznym, z poczuciem zdradzania czegoś, z niepewnością, czy to dobra decyzja i co nastąpi potem, jak poradzić sobie w normalnym świecie bez protekcji instytucji.


Nigdy nie czytałem Heideggera.


No tak, ale to tylko jeden cytat.


To nie jest główny argument, że byłem nagle zgorszony Kościołem. Ja siebie nie od-winiam.


Mam pewne poczucie winy, bo jeśli ktoś mi zarzuci, że swoim zachowaniem wyrządziłem mu krzywdę, to jestem za to odpowiedzialny i czuję się winny.


Dlatego kiedy ksiądz zastanawia się nad odejściem, to możliwość, że może to kogoś zranić, jest jednym z hamulców. Ja też zastanawiałem się nad tym, miałem myśli, że może lepiej nie odchodzić, by nie sprawić komuś bólu. Choć nie uważam, że postąpiłem źle, to w książce nie przytaczam żadnych argumentów, że moje odejście było słuszne.


Dokonuje pan bardzo daleko posuniętej interpretacji mojej książki i ja się z tym stanowczo nie zgadzam.


Przytaczam tylko jeden jego cytat.


To pan tak właśnie robi z moją książką.


To nie jest temat do rozmowy, rozmawiajmy o czymś poważniejszym! Nie podoba mi się, w jaki sposób mnie pan traktuje i nie pozwolę panu nic opublikować, jeśli dalej będzie pan tak prowadził tę rozmowę.


Bardzo mi przykro, ale to pan mnie atakuje i jest pan niegrzeczny! Rozumie pan? Niegrzeczny. Może ma pan jakiś problem, w każdym razie jest pan niegrzeczny i nie wiem, dlaczego mnie pan nieustannie atakuje.


Proszę pozwolić sobie wytłumaczyć. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek usłyszałem w instytucjach kościelnych o odejściach i przypomniałem sobie wywód profesora Świeżawskiego, że ksiądz, który odkrył brak powołania, powinien się modlić, by mu to powołanie zostało dane post factum. I to nazwałem swoistym rozumowaniem, bo znaczyłoby to, że w momencie święceń ten ktoś nie miał powołania, co jest warunkiem ważności święceń.


Bardzo mi przykro, że tak pan to zrozumiał. Mógłbym znaleźć wiele innych, gorszych cytatów z ludzi Kościoła, ale ich nie wyszukiwałem.


Jeśli ktoś powie, że to kłamstwo, że to niewiarygodne, to nic na to nie poradzę. Szczerze mówiąc, pisałem tę książkę dla siebie, bez zamiaru publikowania jej, chciałem sobie pewne rzeczy wytłumaczyć.


Jest w niej taki wątek. Nie główny, ale pojawia się, to prawda. Nie pisałem autobiografii, bo nie potrafiłbym połączyć wszystkich wątków. Zastanowiłem się, dlaczego nikt nie potrafił znaleźć języka, którym można byłoby mówić o odejściach, dlaczego nie ma dobrej literatury na ten temat, bo jej szukałem. Ludzie, którym się to przytrafiło, często boją się własnego cienia.


Ale nikt tych argumentów nie porusza, nikt nie pisze takich książek. Nie chciałem pisać o kościelnych skandalach ani o księżach, którym odejście łamie życie. Szukałem biografii afirmatywnych, bo wydały mi się inteligentne, ciekawe. Uważam też, że w seminariach powinny być prowadzone, i to przez tych, którzy odeszli, spotkania na ten temat, bo to może zdarzyć się każdemu i ludzie są na to nieprzygotowani.


(śmiech) Na tym polega cały tragizm i zakłamanie ludzi Kościoła.


Nie zgadzam się z tezą postawioną w pańskim pytaniu. Mówię w swoim imieniu: ja nie zdradziłem Kościoła, nie można powiedzieć, że ktoś zaparł się Kościoła, tylko dlatego, że przestał być kapłanem.


To niechże się ta logika zmieni, bo to skrajnie złe podejście, dramatycznie złe! Dobrze, że problem odejścia od kapłaństwa został unaoczniony i Kościół też musi się z nim zmierzyć inaczej, niż do tej pory to czynił.


Nigdy nie powinien wypowiedzieć tych słów. Oceniam to jednoznacznie negatywnie i od strony teologicznej, i ludzkiej. W problemie odejścia zawarte jest przesłanie. Nie chodzi mi o to, że potrzebne jest jakieś szczególne wychylenie się hierarchii wobec eksów. Nie robię z nich proroków.


Ależ ja do tego wcale nie namawiam, ale uważam, że zjawisku należałoby poświęcić więcej uwagi, niż dotąd to czyniono.


Ja niczego nie oczekuję!


Kościół też nie prowadzi z nimi żadnego dialogu.


Jasne, że nie ze wszystkimi byłoby to możliwe.


Miałem pobożnych dziadków i matkę, ale ojciec był przez pewien czas wiceprezydentem Bydgoszczy z ramienia SD. W związku z tym przestałem chodzić na katechezę i gdzieś po kryjomu, w parafii dziadków, udzielono mi Pierwszej Komunii Świętej. Później, w liceum, zastanawiając się nad sensem życia, poszukując transcendencji, doszedłem do wniosku, że jakiś bóg musi być.


Raczej nazwałbym to olśnieniem, bo nie wiązało się to z jakimiś dramatycznymi zmianami w moim życiu, decyzją przystania do czegoś. Po prostu w pewnym momencie mojego życia pojawił się wątek religijny, obecności Boga - jakkolwiek to nazwać. Jednocześnie poznałem ludzi związanych z bydgoskimi jezuitami, z oazą, pojechałem z nimi na kilka dni do ośrodka w Suchej i od tego moment zacząłem ponownie praktykować: chodzić regularnie do kościoła, czytać Biblię, modlić się.


Zupełnie nie potrafiłem odnaleźć się na studiach. Przeżywałem kryzys młodzieńczy i zacząłem szukać zakonu, do którego mógłbym wstąpić. Myślałem o jezuitach, ale oni byli zbyt rozpolitykowani, oraz o dominikanach, u których raziła mnie intelektualna pycha. Kiedyś zaczepił mnie jeden z uniwersyteckich profesorów i powiedział, że sam myśli o pójściu do zakonu, więc zaczęliśmy szukać razem. On był bardzo zaangażowany politycznie, chodził z tą wałęsowską Matką Boską w klapie.


(śmiech) Tak, ale w Poznaniu nazywano to wtedy "wałęsówką".


Tyniec był z boku, nie był polityczny, nachalny. Poszedłem do klasztoru, bo interesowała mnie pewnego rodzaju droga duchowa i zastanawiałem się, czy przyjmować święcenia, ale to przyszło niejako automatycznie. Nigdy nie myślałem, żeby być księdzem, ba, nawet nie wiedziałem, że istnieją diecezjalne seminaria. Śmieszne, ale o ich istnieniu dowiedziałem się dopiero w klasztorze. Zresztą niemal nigdy nie funkcjonowałem jako ksiądz, duszpasterz, nie miałem ani takiej tożsamości, ani takich doświadczeń. Byłem mnichem, a potem profesorem teologii.


Żaden wewnętrzny głos nie mówił mi "masz być księdzem", nie miałem żadnych wizji. Mnie to pociągnęło raczej jako alternatywa życia, droga poszukiwania. Kiedy przyszedłem do Tyńca, przyznałem się ojcu Adamowi Kozłowskiemu, że nie wiem, jak będzie, na co on mi powiedział: "To zostań, zobaczymy".


To wcale nie jest tak łatwo. Wbrew pozorom, o wiele łatwiej jest wstąpić niż wystąpić. Miałem rozterki i chciałem, by wydarzyło się coś, co spowodowałoby moje odejście, bo sam w sobie nie miałem tyle siły, determinacji. Nie czułem się zbyt dobrze, ale trwałem. Ludzie wplątują się czasem w jakieś związki i wiedzą, że to nie to, ale trwają, bo nie mają siły zrezygnować. A jeśli nie jesteś nieposłuszny, to cię z zakonu nie wyrzucą. Do tego dochodzi utożsamienie się z pełnioną funkcją. Nie znajdujesz też innego pomysłu na życie, więc tkwisz.


Nie, miałem ambiwalentne uczucia. Miałem wątpliwości, ale ani go nie namawiałem, ani go nie zniechęcałem. Miło mi było, że będzie bliżej mnie.


To była bardzo skomplikowana sytuacja wewnątrz opactwa. Na początku lat 90. rządząca Tyńcem klika doprowadziła do odejścia bodaj kilkunastu osób, wśród nich mojego brata, jednak dla mnie to nie był odpowiedni moment.


Mieliśmy odejść razem?


Na swój sposób moje odejście wtedy się dokonało, bo nastąpiło moje faktyczne zerwanie z klasztorem. Po moim powrocie ze studiów w Rzymie opat dał mi do zrozumienia, że nie ma dla mnie miejsca w Tyńcu. Nie wiedząc, co robić, zadzwoniłem do profesora ze studiów w Rzymie i pojechałem do jego klasztoru w Oregonie nad Pacyfikiem. Podobało mi się tam, a profesor mówił: "Skoro tak daleko Pan Bóg cię przysłał, to znaczy, że to musi mieć sens". I kiedy tak zastanawiałem się, czy się nie zamerykanizować, dostałem list z Watykanu z nominacją na wicerektora wspomnianego Kolegium Rumuńskiego, które miało przygotowywać księży dla Kościoła greckokatolickiego w Rumunii. Musiałem nauczyć się języka, rytu, tamtej tradycji, wszystkiego. I wpadłem w kierat, bo ciągle było coś do zrobienia.


To wszystko mi się przydarzyło. Nikt nie pytał, czy mam jakiekolwiek kompetencje, by pracować z Rumunami. Ja sobie później te kompetencje wyrobiłem, ale na początku nie miałem żadnych. I tak samo było z Instytutem Monastycznym - przecież ja w chwili nominacji nawet nie żyłem w klasztorze, ale brakowało profesorów, więc się zgodziłem. Zajmowałem się w Rzymie teologią i znalazłem sobie pewien modus vivendi.


Tak, uważam się za katolika, jestem człowiekiem religijnym.


Mieszkam w Weronie. Piszę, tłumaczę, maluję.


Jestem szczęśliwszy.

p

Maciej Bielawski, doktor teologii. Przerwał studia polonistyczne na UAM i wstąpił do klasztoru benedyktyńskiego w Tyńcu, gdzie złożył śluby i przyjął święcenia kapłańskie. Absolwent teologii na PAT. Był wicerektorem Papieskiego Kolegium Rumuńskiego w Rzymie, wykładał na uczelniach Rzymu. Przewodził Instytutowi Monastycznemu na benedyktyńskiej uczelni św. Anzelma w Rzymie, gdzie był profesorem nadzwyczajnym. Jan Paweł II mianował go doradcą Papieskiej Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich.

W 2004 odszedł z zakonu. Pracuje w wydawnictwie Homini, mieszka w Weronie. Autor kilkunastu książek w językach: polskim, angielskim i włoskim; pisze, tłumaczy, maluje. Ostatnio wydał "Odejścia" (2007) o tym, dlaczego duchowni odchodzą z Kościoła

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj