Zasadniczo nie. Bo ten termin oznacza możliwość usunięcia prezydenta z urzędu w wyniku zastosowania specjalnej procedury parlamentarnej - na skutek oskarżenia
złożonego przez izbę niższą przed izbą wyższą. W Polsce jest inaczej. Decyzję o usunięciu prezydenta z urzędu podejmuje Trybunał Stanu. Prezydent może przed nim stanąć za naruszenie
konstytucji, ustawy lub za popełnienie przestępstwa. Jednak postawienie go w stan oskarżenia przed Trybunałem może nastąpić w wyniku podjęcia uchwały przez Zgromadzenie Narodowe. Wniosek
składa co najmniej 140 posłów lub senatorów, a decyzję podejmuje się większością 2/3 ustawowej liczby posłów i senatorów.
Ale jeśli zarzut okaże się słaby, to nawet jeśli uda się zebrać tyle głosów, Trybunał Stanu i tak nie orzeknie o usunięciu prezydenta z urzędu. A ci, którzy wszczęli ten proces,
zostaną osądzeni przez opinię publiczną.
Wszystkie uprawnienia prezydenta wykonuje wtedy, z mocy konstytucji, marszałek Sejmu.
Przynajmniej do czasu orzeczenia Trybunału Stanu. Wizja może i kusząca, ale bardzo ryzykowna. Jeśliby okazało się bowiem, że z powodów czysto politycznych, drugorzędnych lub nawet
wymyślonych, narażono powagę i bezpieczeństwo państwa, uchybiłoby to godności biegu spraw publicznych w Polsce. Nie ma chyba żadnych powodów, by tak nisko oceniać klasę polityczną w
Polsce i formułować takie supozycje.
Jeżeli faktycznie prezydent naruszyłby konstytucję, a postępowanie w Sejmie potwierdziłoby ten fakt, i jeżeli byłoby to naruszenie tak poważne, że wymagające postawienia go w stan
oskarżenia, to konstytucyjnie rzecz biorąc, wszystko będzie w porządku.
Nie, musi być poważne. Co innego, gdy mamy naruszenie konstytucji w postaci wysłania wojsk do Iraku, a co innego, gdy chodzi o publikację raportu z likwidacji Wojskowych Służb
Informacyjnych.
Najpierw oni, potem Trybunał Stanu. I ta instancja zmniejsza ryzyko odwołania prezydenta tylko dlatego, że nie podoba się on wyraźnej większości w parlamencie.
Tyle że to jednak są prawnicy. Podlegają więc pewnej ocenie swojego środowiska. W końcu na czele TS stoi I Prezes Sądu Najwyższego.
Bo trudno wyobrazić sobie sytuację, w której oskarżony prezydent mógłby dalej wypełniać swoje uprawnienia. Przecież ma wpływ na wiele instytucji w państwie. Jeśli jednak Trybunał Stanu
oczyści go z zarzutów, wraca do sprawowania urzędu.