Mikołaj Wójcik: Czy w Polsce istnieje możliwość przeprowadzenia procedury impeachmentu prezydenta?
Ryszard Piotrowski: Zasadniczo nie. Bo ten termin oznacza możliwość usunięcia prezydenta z urzędu w wyniku zastosowania specjalnej procedury parlamentarnej - na skutek oskarżenia złożonego przez izbę niższą przed izbą wyższą. W Polsce jest inaczej. Decyzję o usunięciu prezydenta z urzędu podejmuje Trybunał Stanu. Prezydent może przed nim stanąć za naruszenie konstytucji, ustawy lub za popełnienie przestępstwa. Jednak postawienie go w stan oskarżenia przed Trybunałem może nastąpić w wyniku podjęcia uchwały przez Zgromadzenie Narodowe. Wniosek składa co najmniej 140 posłów lub senatorów, a decyzję podejmuje się większością 2/3 ustawowej liczby posłów i senatorów.

Żeby więc postawić prezydenta przed Trybunałem Stanu, potrzeba tylko i aż 374 głosów. Wystarczy tylko znaleźć jakiś zarzut.
Ale jeśli zarzut okaże się słaby, to nawet jeśli uda się zebrać tyle głosów, Trybunał Stanu i tak nie orzeknie o usunięciu prezydenta z urzędu. A ci, którzy wszczęli ten proces, zostaną osądzeni przez opinię publiczną.

Ale jest jeszcze inny zapis art. 145 konstytucji. Z chwilą, gdy Zgromadzenie Narodowe postawi prezydenta w stan oskarżenia, jego uprawnienia zostają zawieszone. Kto wówczas podpisuje ustawy? Kto je wetuje?
Wszystkie uprawnienia prezydenta wykonuje wtedy, z mocy konstytucji, marszałek Sejmu.

Czyli raczej podpisuje niż wetuje. Kusząca wizja dla rządzących. Wystarczy tylko zebrać większość i kłopot z blokowaniem ustaw przez prezydenta mamy z głowy.
Przynajmniej do czasu orzeczenia Trybunału Stanu. Wizja może i kusząca, ale bardzo ryzykowna. Jeśliby okazało się bowiem, że z powodów czysto politycznych, drugorzędnych lub nawet wymyślonych, narażono powagę i bezpieczeństwo państwa, uchybiłoby to godności biegu spraw publicznych w Polsce. Nie ma chyba żadnych powodów, by tak nisko oceniać klasę polityczną w Polsce i formułować takie supozycje.

Jeśliby ktoś spróbował pójść tą drogą, szukałby pewnie mocnego uprawdopodobnienia zarzutów stawianych prezydentowi.
Jeżeli faktycznie prezydent naruszyłby konstytucję, a postępowanie w Sejmie potwierdziłoby ten fakt, i jeżeli byłoby to naruszenie tak poważne, że wymagające postawienia go w stan oskarżenia, to konstytucyjnie rzecz biorąc, wszystko będzie w porządku.

Czy każde naruszenie konstytucji czy ustawy kwalifikuje się do usunięcia prezydenta z urzędu?
Nie, musi być poważne. Co innego, gdy mamy naruszenie konstytucji w postaci wysłania wojsk do Iraku, a co innego, gdy chodzi o publikację raportu z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych.

Ale i tak oceniają to politycy.
Najpierw oni, potem Trybunał Stanu. I ta instancja zmniejsza ryzyko odwołania prezydenta tylko dlatego, że nie podoba się on wyraźnej większości w parlamencie.

Nie zapominajmy o tym, że to Sejm powołuje członków Trybunału Stanu według partyjnych parytetów.
Tyle że to jednak są prawnicy. Podlegają więc pewnej ocenie swojego środowiska. W końcu na czele TS stoi I Prezes Sądu Najwyższego.

A w czasie procesu funkcję prezydenta pełni marszałek Sejmu.
Bo trudno wyobrazić sobie sytuację, w której oskarżony prezydent mógłby dalej wypełniać swoje uprawnienia. Przecież ma wpływ na wiele instytucji w państwie. Jeśli jednak Trybunał Stanu oczyści go z zarzutów, wraca do sprawowania urzędu.