MARCELI SOMMER: Czy zgadza się pan z prognozą zarysowaną na łamach DZIENNIKA przez blogerów, że media tradycyjne w dłuższej perspektywie są skazane na porażkę w starciu z blogosferą polityczną?
STANISŁAW JANECKI*:Tylko pod warunkiem, że blogerzy byliby zawodowcami. Na razie na blogach politycznych są tylko wycinki z tego, co pojawia się w dziennikarskim obiegu. Nie widzę tam żadnej wiedzy tajemnej. Dziennikarze zawodowi mają dostęp do wiedzy niedostępnej dla wszystkich, nie zawsze mogą o tym napisać, bo często są to rzeczy trudne do udowodnienia, ale posiadają na co dzień zakulisowe informacje, które ustawiają im różne rzeczy w szerszym kontekście.

Reklama

Oczywiście można skorzystać z tego, co już zostało upublicznione na medialnym rynku, odpowiednio to skompilować. Jednak nie sposób zastąpić w ten sposób tego, co jest istotą dziennikarstwa. Blogi polityczne przyczyniają się do niebezpiecznego procesu, który ma miejsce także w dziennikarstwie instytucjonalnym, procesu zastępowania dziennikarstwa żywego, terenowego, śledczego dziennikarstwem „zabiurkowym”, które polega na mądrzeniu się.

Zwykle jednak dziennikarz spotyka się z ludźmi, rozmawia z nimi, uzyskuje informacje, które może później mniej lub bardziej udolnie syntetyzować. Mądrzenie się zza komputera bywa zabawne, budzi emocje, bo umożliwia wyrażanie ostrych, często niepoprawnych politycznie i nieestablishmentowych opinii, bez jakichś szczególnych zobowiązań, ale w dalszym ciągu są to tylko opinie. Gdyby na tym miało polegać dziennikarstwo, byłby to jego koniec.

Gdyby zaś jego miejsce zajęła blogosfera, to i ona umarłaby śmiercią naturalną, bo nie byłaby zasilana tym, co jest najbardziej w dziennikarstwie żywotne. Trochę mnie dziwi, że blogerzy mają aż tak dobre samopoczucie, znając przecież swoje ograniczenia. To jest trochę tak, jak gdy w redakcjach gazetowych czy telewizyjnych ludzie od reklamy mówią, że właściwie „wasze teksty są dodatkiem do naszych reklam i z tego żyjecie”.

No to proszę bardzo - niech wydają biuletyny z reklamami, nie sądzę, żeby bez tekstów się sprzedały. Tak samo byłoby z gazetą, w której są wyłącznie opinie pisane sprzed komputera, nawet przez bardzo przenikliwych ludzi. Po krótkim czasie wszyscy się tym znudzą, bo dziennikarstwo nie polega przecież wyłącznie na wyrażaniu opinii.

Rozmówcy DZIENNIKA twierdzą, że przewaga dziennikarzy nad blogerami jest tylko i wyłącznie logistyczna i że wynika z tego, że płaci się im za ich pracę. W momencie komercjalizacji blogosfery, tak jak się to stało w USA, dojdzie, ich zdaniem, do wyrównania szans.
Na pewno w jakimś sensie ich możliwości wzrosną, natomiast bycie zawodowym dziennikarzem, jeśli się nie jest leniem śmierdzącym, daje narzędzia do dochodzenia do prawdy. Ludzie bez tego zaplecza mogą mieć poważne trudności, ponieważ zwyczajnie można im będzie odmówić rozmowy. Jeśli nie zmieni się prawo, postacie publiczne nie będą miały powodu tłumaczyć się ze swoich poczynań zwykłym obywatelom.

Jest oczywiście ustawa o powszechnym dostępie do informacji, ale my dziennikarze wiemy dobrze, że oznacza to tak naprawdę komunikaty rzeczników prasowych. Nie mam dobrego samopoczucia, nie twierdzę, że dziennikarze są super - jest mnóstwo dziennikarstwa wtórnego, opartego na informacjach z trzeciej ręki.

Jest tylko kilku takich, co dostarczają źródłowych informacji, myśli i opinii - reszta to konsumuje. Nie jest jednak tak, że wszyscy są wtórni. Cenię inteligencję i przenikliwość wielu blogerów, ale oni są zależni od informacji i ograniczeni przez sam charakter swojej działalności. Gdyby dobrych dziennikarzy postawić obok blogerów, to oni by ich zabili wiedzą, którą nie mogą się wykazywać między innymi z powodu obaw prawnych. Blogerzy absolutnie tego nie mają, za to mogą bez konsekwencji publikować, co im tylko ślina na język przyniesie.

W Salonie24 zawodowi dziennikarze występują obok amatorów i to nie zmienia dobrego samopoczucia blogerów. Często słyszy się narzekania, że dziennikarze nie uczestniczą w dyskusjach na temat swoich wpisów, że to jest takie łże-blogerstwo, że puszczają tylko w obieg swoje poglądy, ale nie są w stanie ich skonfrontować z opiniami internautów.
Oczywiście, to jest łże-blogerstwo, a to dlatego, że dziennikarze nie mają tak naprawdę czasu, a chcą uszczknąć trochę ze sławy tych najbardziej znanych blogerów, takich jak np. Kataryna. Wielu nie ma lepszego forum, rekompensuje sobie to, że na łamach prasy nie pojawiają się za często, i dlatego łże-blogują, przyjmując konwencję innych blogów politycznych.

Blogi dziennikarzy są raczej marnej jakości, bo nie ma w nich zaangażowania, ducha, tylko naśladownictwo. Mogłyby być dużo lepsze, oryginalne, ale na to nie ma zwykle czasu. Sam próbowałem przez krótki czas prowadzić bloga, ale nie mogłem znaleźć tych dwóch godzin dziennie, żeby siedzieć w internecie i odpowiadać na komentarze pod tekstami, które firmuję przecież jako szef redakcji. Dziennikarze tworzą blogi, żeby sobie poszerzyć liczbę odbiorców, ale robią to na zasadzie chałupniczej chałturki. Blogerzy mają rację, że to jest w jakimś sensie nieuczciwa konkurencja, przytulanie się do formuły, ale robienie tego byle jak.

Bloger Jacek Jarecki stwierdził, że autorzy blogów nie mogą w pełni zastąpić dziennikarzy w dostarczaniu informacji, ale że blogi z powodzeniem konkurować mogą z prasową publicystyką polityczną.
To prawda. Jednak większe nadzieje wiązałbym z czymś, co się w internecie nazywa dziennikarstwem obywatelskim: ktoś ma pasję, żeby coś rozszyfrować, ujawnić korupcję, zrobić jakiś barwny reportaż. To jest dla mnie cenniejsze niż samo blogowanie, które jest najczęściej wylewaniem żółci, śledzeniem, co tam ktoś powiedział.

To często nie ma większego sensu. Dyskusje internetowe przypominają kłótnie pomiędzy Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością, bo każdy ma bardzo wyraziste poglądy. A to tak zwane dziennikarstwo obywatelskie, w którym mogą się zdarzać błędy warsztatowe, ale które jednak próbuje rozwiązać jakiś problem, spełnia taką populistyczną trochę funkcję, ale cenną.

Można wybrzydzać na Elżbietę Jaworowicz w telewizji publicznej, ale ona ma całą rzeszę zwolenników, bo odpowiada na jakieś ludzkie potrzeby. Blogowanie samo w sobie to jest, jak dla mnie, robota na jałowym biegu - jest to oczywiście obieg myśli, ale z drugiej i trzeciej ręki. Z całym szacunkiem dla blogerów: jest to jednak forma grafomanii.

Blogerzy twierdzą, że ich dużym atutem jest poruszanie tematów czy prezentowanie poglądów nieobecnych w medialnym mainstreamie.
Tak, tylko do czego konkretnego to prowadzi? Jasne, że w Polsce intensywność kłótni, przez to, że się różnimy wartościami, jest duża. Bardzo łatwo można jednak pokazać, że na Salonie24 dominuje pewna opcja, na Prawym.pl inna opcja - nikt tam nikogo nie przekonuje.

To jest tylko rozszerzanie kłótni, które i tak mamy w publicznym dyskursie. Ja tu specjalnie antyestablishmentowych rzeczy nie widzę, to nie jest wcale aż tak oryginalne. W Stanach Zjednoczonych w oficjalnym obiegu zdarzają się rzeczy o wiele ciekawsze. Kataryna jest niewątpliwie świetną systematyczką pewnych rzeczy, wychwytuje różne nielogiczności u polityków i dziennikarzy, ale to jest działalność trochę eklektyczna.

Reklama

Mnie po dłuższym niż pół godziny przebywaniu w blogosferze to wszystko nudzi po prostu, to niekończące się, jałowe przelewanie z pustego w próżne. Co wynikłoby z tego, że debata sejmowa na przykład na temat polityki zagranicznej trwałaby 17 godzin zamiast dwóch, gdyby było to tylko mnożenie wciąż tych samych argumentów? Jak się spojrzy na komentarze pod blogami, to widać, że jest to już zjadanie własnego ogona.

Bloger Foxx współtworzy portal, na którym znajdować się będą rozmowy z politykami. Może w wielu obszarach blogosfera będzie jednak wypierała tradycyjne dziennikarstwo?
Politycy są próżni i wejdą na każde nowe forum, które da im więcej miejsca na autopromocję. W Polsce i tak jest zwyrodnienie, jeśli chodzi o obecność polityków w mediach. Istnieją programy 24-godzinne, w których mogą ględzić przez 20 minut czy pół godziny, a w takim BBC, jak dostają minutę czy półtorej, to przynajmniej muszą w tym czasie powiedzieć coś sensownego.

Polscy politycy są więc i tak zdemoralizowani pod tym względem i jak ktoś da im jeszcze więcej miejsca, to będą z tego korzystać. Tylko że to do niczego nie prowadzi. Dziennikarstwo jest między innymi selekcją, nie jest tak, że media są miejscem do zapełnienia przez polityków, bo im więcej polityk ma czasu, tym ma mniej do powiedzenia. Powiedziałbym, że to będzie zabójcze dla blogosfery, jeśli oni będą tam występować bez limitu czasu.

Takie wywiady będą miały tylko charakter terapeutyczny dla społeczności, która będzie w nich uczestniczyć – będą się wyżywać na tym polityku albo na sobie nawzajem. Jasne, będzie to popularne, bo są miliony ludzi, którzy chcą zaistnieć, tysiące zgłaszają się do nowych, często bardzo głupich programów, z których wybiera się później ludzi do pokazania na antenie. Tylko czy coś z tego wynika, czy to pogłębia debatę społeczną?

A czy taka forma blogowania nie przybliża dziennikarstwa do zwykłego człowieka?
Przybliża, ale nie dziennikarstwo. Po prostu powoduje, że ludzie ze sobą więcej gadają, nie siedzą w knajpie, jak to ma miejsce na przykład w Pradze czeskiej, gdzie politycy przychodzą do znanych pubów i rozmawiają z ludźmi. To jest zupełnie inna funkcja i nikt nie wpadł na to, żeby to nazywać dziennikarstwem.

Jasne, można wszystko zamienić w gadanie, ale dziennikarstwo ma tę zaletę, że selekcjonuje, i jak dziennikarz ma bardzo mądrego profesora, to nie daje mu dwóch godzin ani dwudziestu stron, tylko wybija dwie myśli, bo zwykle 2-3 rzeczy są ciekawe, a wszystko inne jest dość męczące. My i tak cierpimy na przytłoczenie niepotrzebnymi informacjami, a jak wszyscy będą sobie gadać bez końca, to będzie poczucie, że ludzie uczestniczą w debacie publicznej, tylko jakość tej debaty będzie żadna.

Oczywiście w czasach, kiedy ludzie niewiele czytają, niewiele wiedzą, jakakolwiek forma zmuszająca do wysiłku intelektualnego jest pożyteczna, ale nie widzę w tym żadnego bezpośredniego przełożenia na kwestię dziennikarstwa. W średniowieczu szło się na bazar i wymieniało informacje, a teraz takim bazarem stała się blogosfera. Nie ma w tym nic zdrożnego, ale też nic nadzwyczajnego - to wynik odwiecznej potrzeby, żeby zaistnieć i upewnić się, że myśli się prawidłowo. Wielu blogerów jest tam tylko po to, żeby sprawdzić, czy są w mainstreamie, czy są oryginalni, ale przecież nie na tym polega dziennikarstwo.

*Stanisław Janecki – dziennikarz, publicysta, redaktor naczelny tygodnika „Wprost”