Żeby zrozumieć motywy tamtej decyzji, trzeba cofnąć się przynajmniej do stycznia 2003 r. Jako premier podpisałem wówczas "list ośmiu" (list
przywódców ośmiu państw europejskich popierający amerykańską politykę wobec Iraku - red). Głównymi autorami tego dokumentu byli Tony Blair i Jose Maria Aznar, którzy zaproponowali mi
wspólne wystąpienie w tej sprawie. To była z naszej strony dyplomatyczna reakcja na sojusz francusko-niemiecki o wyraźnym antyamerykańskim charakterze. Podpisałem list po konsultacji z szefem
MSZ Włodzimierzem Cimoszewiczem. Byliśmy zgodni, że Francja i Niemcy chciały odegrać rolę hegemonów - nie pytając nikogo o zdanie, narzucić swoją wizję i wolę całej Europie. To właśnie
potem prezydent Chirac wypowiedział znane słowa, że straciliśmy okazję, aby siedzieć cicho. Chirac zapomniał, że Polska nie może i nie chce być cicho. To prawda, że jesteśmy za mali, by
odgrywać decydującą rolę w globalizującym się świecie, ale jednocześnie za duzi, aby stać z boku lub być rozstawiani po kątach. Alternatywa wyglądała wtedy następująco: albo
przyłączymy się do proamerykańskiej koalicji brytyjsko-hiszpańsko-włoskiej, albo do antyamerykańskiej koalicji francusko-niemiecko-rosyjskiej. Uznałem, że pierwsze wyjście jest dla nas
zdecydowanie lepsze, bo wzmacniało naszą pozycję we wspólnocie euroatlantyckiej.
Stało się tak pod wpływem wyborów, które wyłoniły inny układ sił w tych krajach. Wyborcy, decydując się na zmianę władzy, nie byli obojętni na sytuację międzynarodową. Gdyby dziś
miała miejsce podobna sytuacja, zarówno Niemcy, jak i Francja nie wystąpiłyby przeciw USA. To już zupełnie inne kraje. Obsesje Chiraca miały charakter wyjątkowy. Francuzi nie chcieli nawet
rozmawiać po angielsku, mimo iż znali ten język. Obawiali się, że jeśli francuska telewizja pokaże to widzom, zaszkodzi im to.
W Niemczech z kolei czerwono-zielona koalicja była bardzo sceptyczna wobec dalszej obecności amerykańskiej w Europie. Schroeder dawał do zrozumienia, że nie widzi już w Europie miejsca dla Amerykanów. Jego zdaniem ani niczego nie stabilizowali, ani nie stanowili dla nikogo przeciwwagi.
Nie. Kiedy zatelefonowałem do niego, aby powiedzieć mu o "liście ośmiu", śmiejąc się powiedział: "Stara Europa wita nową Europę", co było aluzją do
niepotrzebnych słów Rumsfelda. Niedawno podczas naszego spotkania w Berlinie powiedział: "Przed Irakiem krzywiliśmy się, ale ja wiedziałem, że ty nie masz innego wyjścia".
Schroeder nie robił z tego problemu.
Z Chiracem nigdy na ten temat nie rozmawiałem. Ale w związku z Irakiem miałem z nim inne przykre doświadczenia. Kiedy wybuchła sprawa rolandów (polscy żołnierze odkryli francuskie rakiety,
które miały być dowodem na uzbrajanie Iraku przez Francję w 2003 r., czyli w roku inwazji przeciw Saddamowi. Później rok 2003 okazał się datą gwarancji pocisków, a nie ich produkcji - red.)
na szczycie Unii w Rzymie wybuchła awantura. Chirac groził, że Francja wycofa swojego ambasadora z Warszawy i zerwie stosunki dyplomatyczne z Polską. Wszystko wyglądało dość dramatycznie.
Wszedłem z Cimoszewiczem na salę obrad. Chirac mówi, że chciałby ze mną porozmawiać. Odeszliśmy na bok, a on do mnie z pretensjami: "Polski rzecznik wydał oświadczenie i posądził
Francję o te rakiety, żądam przeprosin, Francja została znieważona. Francja nie może być podejrzewana!". Powiedziałem, że się tym zajmę. Zacząłem dzwonić. Szmajdziński
potwierdził - pomyliliśmy się i będziemy prostować. Powiedziałem to Chiracowi. Ale on był wyraźnie pobudzony i coraz bardziej zdenerwowany. Podejrzewał, że w coś gramy, coś kombinujemy.
Na zakończenie obrad podszedł do mnie i zapytał, czy sprostowanie jest gotowe. Powiedziałem, że jeszcze nie, a on: "To skandal!". Przywołał Dominika de Villepina (wówczas
szefa MSZ Francji): "Jutro wydasz polecenie, żeby nasz ambasador wrócił z Warszawy". Osłupiałem i pomyślałem: jeszcze tego nam brakowało. De Villepin, pisarz i dystyngowany
arystokrata, zaczął go uspokajać. Mówił: "Panie prezydencie, wszystko będzie dobrze, porozmawiam jeszcze z panem Cimoszewiczem". Ale Chirac nie ustępował. W czasie obiadu u
prezydenta Włoch dostałem wreszcie ten dokument i zaaprobowałem jego treść. Po obiedzie podszedłem do Chiraca. Przeczytałem mu oświadczenie, a on odpowiedział: "Dziękuje panie
premierze, Francja jest teraz usatysfakcjonowana" (śmiech). I ambasador francuski został w Warszawie. Schroeder nigdy na taką egzaltację by sobie nie pozwolił.
Wszyscy sygnatariusze "listu ośmiu" wzięli udział w operacji irackiej. To był wyraz konsekwencji, a nie sprzeczności. A co do ONZ - w listopadzie 2002 r. Rada Bezpieczeństwa
przyjęła rezolucję nr 1441, która dawała Irakowi 30 dni na ostateczne zastosowanie się do wcześniejszych rezolucji ONZ, a w szczególności przedstawienie dowodów zniszczenia zapasów broni
masowego rażenia i dopuszczenie inspektorów Narodów Zjednoczonych do wszystkich obiektów na terenie Iraku. Przedostatni punkt rezolucji groził Irakowi "poważnymi
konsekwencjami", co było dyplomatyczną zapowiedzią użycia siły. Zarówno ja, jak i prezydent Kwaśniewski, podejmując decyzję w sprawie Iraku, powoływaliśmy się na ten dokument.
Także szczyt NATO w Pradze był poświęcony wprowadzeniu w życie rezolucji 1441.
No tak, ale wtedy nie było wiadome, czy ta broń jest, czy nie. W rezolucji chodziło o to, aby właśnie to zweryfikować, aby Husajn pokazał inspektorom międzynarodowym swój arsenał. On tego
nie chciał uczynić mimo żądań ONZ.
Kwaśniewski mówił później, że czuł się oszukany, bo Colin Powell (wówczas szef dyplomacji USA - red.) coś mu tam pokazał, powiedział, że dowody są, ale później narodziły się
wątpliwości. Ze mną było inaczej. Nie rozmawiałem na ten temat z Powellem. Działałem w oparciu o rezolucję ONZ i przekonanie, że we współpracy z innymi europejskimi państwami trzeba
stworzyć koalicję antyterrorystyczną. Amerykanie byli jednym z elementów tej układanki, ale nie jedynym. Poza tym mieliśmy do czynienia z okrutnym reżimem, który nie wahał się użyć gazów
bojowych w stosunku do własnej ludności, torturować i zabijać kobiety i dzieci. Było dla mnie jasne, że Irak bez Husajna będzie lepszy niż z nim. Upewniłem się o tym, kiedy 11 listopada
2003 r. stałem przed frontem polskich oddziałów i słuchałem gubernatora prowincji Babil. Dziękując naszym żołnierzom, powiedział, że mieszkańcy Iraku pamiętają jęki męczonych i losy
pomordowanych. "Nie mamy nadziei, iż nasze rodziny i przyjaciele są wśród żywych, ale wierzymy, że znajdziemy chociaż ich kości".
Musiałbym mówić o działalności operacyjnej wywiadu, a tego nie wolno mi robić. Proszę pamiętać, że wtedy chodziło o walkę z terroryzmem i zajęcie pozycji w Europie oraz świecie po
właściwej stronie.
Wywiad robił to, co do niego należało. W czasach Husajna nie można było powiedzieć jednoznacznie, że broń jest lub że jej nie ma.
To nie była wojna. Z prawnego punktu widzenia nie byliśmy w stanie wojny. Uczestniczymy w operacji mającej na celu wyegzekwowanie zobowiązań ONZ. Z tego punktu widzenia była to operacja
rozbrojeniowa.
Jeszcze raz powtórzę, że gdyby Polska wypowiedziała wojnę, musiałaby być zastosowana inna formuła prawna. Ale nie spieram się z panami, że w potocznym języku mówiło się i mówi o
wojnie. Na początku operacja iracka nie angażowała wielkich sił. Brali w niej udział tylko komandosi z GROM-u, żołnierze z plutonu likwidacji skażeń i marynarze z okrętu ORP
"Ksawery Czernicki".
Nasz wywiad również realizował swoje zadania. I robił to świetnie.
Lepiej zachowywać się konsekwentnie, jasno i klarownie. Powtarzam: mieliśmy wybór po czyjej stanąć stronie. Wybraliśmy właściwie i w czasie głosowania w Sejmie nad informacją rządu w tej
sprawie tylko Samoobrona i LPR uważały inaczej. Przypominam o tym, bo panowie już w pierwszym pytaniu postawili tezę, że nie było konsultacji w Sejmie.
Nie mam żadnych ambicji militarnych i nie paliłem się do wysyłania wojska. Po rozmowie z prezydentem Kwaśniewskim, który poinformował mnie, że Amerykanie zwrócili się o pomoc, mając
stanowisko ONZ i partnerów europejskich, a także świadomość, że świat po 11 września wygląda zupełnie inaczej, doszedłem do wniosku, iż należy tak postąpić.
Rada Ministrów dyskutowała nad tą sprawą trzy godziny. Wypowiedzieli się wszyscy członkowie rządu. Uznaliśmy jednomyślnie, że wystąpimy do prezydenta z wnioskiem o wysłanie polskiego kontyngentu do Iraku w składzie koalicji międzynarodowej. Tego samego dnia Aleksander Kwaśniewski podpisał stosowne postanowienie. Postąpił słusznie.
Oczywiście.
Panowie, współpraca wywiadów to coś zupełnie innego niż współpraca wojskowa czy polityczna. Wywiady mają swoje metody, które są zwykle niewidoczne. Zdziwiłbym się, gdyby niemiecki wywiad
BND nie pomagał zlokalizować jakichś budynków, obiektów, namierzać Saddama, skoro miał tam swoich agentów.
Kiedy rozmawiałem ze Schroederem u mnie w domu, zapytałem go, dlaczego nie przyłączyli się do operacji w sensie wojskowym. Wiecie panowie, co odpowiedział?: że Niemcy już tyle razy
maszerowali, że już im wystarczy. Ale wywiad to przecież nie maszerujący żołnierze.
To dwie różne sprawy. Na ówczesnym etapie można było jedynie omawiać szczegóły operacji wojskowej i inwestycji w polskie wojsko, a nie toczyć negocjacje handlowe. Zresztą z kim? Koalicja
międzynarodowa składała się z 24 państw, a w Iraku rządził Husajn. Amerykanie nie chcieli podejmować żadnych zobowiązań, uważając słusznie, że to sprawa przyszłych władz irackich.
Wiedząc o tym, wysłaliśmy do Iraku Marka Belkę, który zajmował się gospodarką w tymczasowych władzach koalicyjnych i miał lobbować na rzecz polskich firm. Niestety, dość prędko
wrócił, aby zostać szefem rządu, a na jego miejsce nikt już nie pojechał. Poza tym przed interwencją wszystko działo się bardzo szybko.
Brytyjczycy i Turcy mają wieloletnie umowy strategiczne z USA. Ich warunki nie są wynikiem negocjacji, tylko właśnie owych umów.
Wszyscy byli dostatecznie twardzi. Zadziwia mnie minister obrony narodowej Bogdan Klich, kiedy podaje za wzór negocjacje o tarczy antyrakietowej. Zapomina, że rokowania w tej sprawie trwały tyle
lat, ile cała nasza obecność w Iraku. Maskując własne niedołęstwo, głosi, że brak korzyści gospodarczych z polskiej obecności w Iraku wynika z braku umów z Amerykanami w okresie mojego
rządu. Uważa też, że każdy następny gabinet miał węższe pole do działania.
To oburzające, że polski minister traktuje Irak jak amerykańską kolonię, która miała być pozbawiona własnej władzy państwowej i instytucji zdolnych do biznesowych kontraktów. Niesłychane też, że Klich uważa, iż można było pominąć Irakijczyków w planach odbudowy ich kraju, że ustalenia w tej sprawie mogły nastąpić przed wyłonieniem nowych władz.
*Leszek Miller jako premier w latach 2001 - 2004 zdecydował wraz z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim i ministrami swojego rządu o udziale polskich wojsk w koalicji antyterrorystycznej, która obaliła Saddama Husajna