Sojusz, jak przystało na partię pogrążoną w kryzysie, nie może narzekać na polityków znających cudowne lekarstwo na chorobę, która ją toczy. Jedynie tymczasowym remedium na kłopoty partii okazał się Wojciech Olejniczak, a nowy szef Grzegorz Napieralski, choć stara się wprowadzić ją na bardziej wyraziste tory ideowe, nie wykazuje się spodziewaną skutecznością. SLD niebezpiecznie zbliżyło się do marginesu sceny politycznej. Słabość młodych działaczy jest siłą "starych", skompromitowanych rządami Leszka Millera. Tych, którzy jakoś przetrwali bolesny upadek roku 2005, który ostatecznie wyeliminował z polityki takich tuzów, jak Józef Oleksy, Leszek Miller, Jerzy Jaskiernia czy Krzysztof Janik.

Reklama

Kennedy z SLD

Są jednak tacy, którzy nie podzielili ich losu. Jednym z nich jest z pewnością Jerzy Szmajdziński - weteran partyjnych i sejmowych bojów, bliski Leszkowi Millerowi, jak i cieszący się również zaufaniem Aleksandra Kwaśniewskiego. Ten okazał je choćby w ubiegłym tygodniu, gdy oświadczył, że w perspektywie wyborów prezydenckich z nadzieją spogląda właśnie na Szmajdzińskiego.

"To jakieś kompletne nieporozumienie, nie ma takiego tematu. Jerzy Szmajdziński jest rozsądnym politykiem, który będąc wicemarszałkiem i wiceprzewodniczącym SLD, wie, że obie te funkcje dają wystarczające wpływy i nie potrzebuje nic więcej" - uważa Piotr Gadzinowski. Jednak informacja poszła w świat i była szeroko komentowana. Również przez byłych liderów lewicy.

"Kwaśniewski ma taką skłonność do wymieniania w tym kontekście kilku nazwisk z rzędu. Ostatnio mówił o Pawlaku, wcześniej o Cimoszewiczu, więc nikt nie powinien tego traktować poważnie" - uważa Leszek Miller. Innego zdania jest Józef Oleksy, który uważa, że Szmajdziński nie powinien spocząć na laurach i jeszcze wiele przed nim. Wypowiedź Kwaśniewskiego odczytuje nie tylko jako rekomendację, lecz również sygnał do "seniora", by zadbał o "wysokie walory przyszłego kandydata na prezydenta".

Szmajdziński dzisiaj wciąż jeden z najważniejszych polityków SLD i głównym zagrożeniem dla obecnego lidera tego ugrupowania. Tymczasem jako partyjny autorytet i senior, był dla Olejniczaka kimś w rodzaju łącznika z prezydentem Kwaśniewskim. Potem ten odwdzięczył mu się partyjną nominacją na wicemarszałka Sejmu. To najwyższa jak dotąd państwowa funkcja, jaką przyszło pełnić Szmajdzińskiemu. Czy rzeczywiście czterdziestoletnią karierę polityczną chciałby ukoronować startem w wyścigu prezydenckim? Znany z małomówności i powściągliwości zabiera głos, gdy ma coś do powiedzenia lub skomentowania. Nazwany przez partyjnych kolegów milczkiem, dobrze czuje się w kuluarach polityki.

"Człowiek rzeczowy, małomówny, chwilami nawet bardzo małomówny, bez publicznej wylewności" - ostrożnie charakteryzuje Józef Oleksy, by po raz kolejny nikt nie wypominał mu, że nazwał "Szmaję" "nadętym bucem".

To chyba za mało, by sięgać po coś więcej niż tylko kluczowe funkcje partyjne i ministerialne teki. Pomysł z wystawieniem go na prezydenta nie jest nowy i pojawił się już kilka lat temu. Kiedy w 2005 roku lewica nie wiedziała, na kogo postawić w zbliżających się wyborach prezydenckich, Józef Oleksy rzucił pomysł, by był to właśnie Szmajdziński. "Trzeba zapewnić kontynuację prezydentury Kwaśniewskiego i powstrzymać zwolenników <szarpnięcia za cugle>" - mówił Szmajdziński i sam poważnie podchodził do tego projektu. Pomysł jednak upadł, a do wyścigu prezydenckiego stanął Włodzimierz Cimoszewicz.

Niektóre działaczki lewicy mówiły kiedyś, że przypomina Paula McCartneya, a inne, że Johna F. Kennedy’ego, co potwierdzał sam zainteresowany. Podobno wiele lat temu na szkoleniu wizerunkowym dla kandydatów na posłów wizażystka zaproponowała mu zmianę fryzury. Ten jednak stanowczo odmówił.

Zawód: działacz

Szmajdziński urodził się we Wrocławiu i tam skończył Akademię Ekonomiczną. Jednak miasto, z którego pochodzi, od lat jest bastionem centroprawicy. Właściwie nigdy nie było w nim klimatu dla polityków z PRL-owską przeszłością. Spotykał się tam nawet z wyraźną niechęcią. Zmienił więc obszar swojej aktywności na Jelenią Górę - tam czuje się pewniejszy, bo w tym okręgu SLD zawsze cieszyło się większym poparciem wyborców. A on odwdzięczał się mu m.in. dyskretnym patronatem dla tamtejszych klubów sportowych, głównie koszykówki. Nigdy nie był entuzjastą tzw. historycznego kompromisu między solidarnościowymi dysydentami a lewicą postkomunistyczną, do którego dążyli Kwaśniewski, Cimoszewicz. Dlatego w przeciwieństwie do choćby Millera nie przepraszał za swoją przeszłość, nie łamał stereotypów, np. fraternizując się z ks. Jankowskim. W SLD posiadał jednak na tyle silną pozycję, by wejść do kierownictwa LiD, choć - co zrozumiałe - nie był tam dobrze widziany.

Należy do tych z polityków, którzy w 1990 r. tworzyli SdRP i przekształcali upadająca PZPR w nowy podmiot polityczny. Od tego momentu przez następne lata był kojarzony z grupą Millera, Jaskierni, Janika, Oleksego.

Po wyborach czerwcowych z 1989 miał dwa lata przerwy w parlamencie. Jednak, począwszy od 1991 roku, a więc pierwszych prawdziwie wolnych wyborów, zdobywał mandaty poselskie w każdej kolejnej kadencji. Mimo, że Kwaśniewski i Cimoszewicz nie chcieli jego, Janika ani Jaskierni wpisać na listę wyborczą SdRP. "Zdecydowałem jednak inaczej. Był to dla niego dramatyczny moment. Gdyby wówczas nie został posłem, to zakończyłaby się również jego kariera polityczna" - wspomina Miller, wtedy przewodniczący tego ugrupowania.

Szefem MON po raz pierwszy chciał zostać w 1995 r., ale stanowisko to ostatecznie powierzono Stanisławowi Dobrzańskiemu z koalicyjnego PSL. Udało się dopiero w rządzie Millera. "Kadra oficerska dobrze go oceniała" - podkreśla były premier. Innego zdania jest były szef elitarnej jednostki specjalnej GROM gen. Roman Polko, który gdy szefem MON został Szmajdziński, po raz pierwszy złożył dymisję.

"Rozmawiając z nim m.in. na temat problemów jednostki GROM, odnosiłem wrażenie, że jest on człowiekiem niezorientowanym w temacie. Musiałem mu od początku tłumaczyć, na czym polega wojsko" - wspomina Polko.

Reklama

Również w 2007 roku, kiedy lewica została zdziesiątkowana i pogrążyła się w druzgocącym ją kryzysie, Szmajdziński zdobył mandat poselski. W jego ocenie najważniejszym błędem lewicy było dopuszczenie, by wybory stały się plebiscytem za albo przeciw PiS-owi. Dlatego teraz zaleca partii długi marsz i jest zdania, że skoro potrafiła przetrwać klęskę roku 1989, to przeżyje również dominację partii prawicowych.

Młodość w czerwonym krawacie

Do ZMS wstąpił już w 1968 r., kiedy był uczeniem Techniku Elektronicznego we Wrocławiu. Działalność w tej organizacji kontynuował podczas studiów na Akademii Ekonomicznej. ZSMP powstał w wyniku odgórnej decyzji władz partyjnych, które postanowiły scalić komunistyczny ruch młodzieżowy w jedną organizację. W ten sposób w 1976 r. narodził się Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Wraz z nim Szmajdziński piął się po szczeblach kariery, zostając w 1975 r. etatowym pracownikiem Zarządu Wojewódzkiego Związku. W latach 1984 - 1989 był już szefem zarządu głównego, od 1986 r. również członkiem KC PZPR, do której zapisał się jeszcze podczas studiów. Czas tzw. "karnawału solidarnościowego" był dla organizacji czasem próby. Skompromitowana dekadą Gierka przeżywała kryzys wiarygodności i tożsamości nawet w świadomości ówczesnych działaczy. W 1981 r. odbył się III Nadzwyczajny Zjazd ZSMP, podczas którego przewodniczącym został Jerzy Jaskiernia, a Szmajdziński "w wyrazie uznania" sekretarzem zarządu głównego. Jednak już w 1984 r. wybrano go szefem organizacji. Podobnie w 1985 r.

Kraj przeżywa wtedy poważne kłopoty gospodarcze, społeczeństwo pogrąża się w marazmie, a oficjalne organizacje polityczne wydają się bezradne i niewiarygodne. Związek pod wodzą Szmajdzińskiego zajmuje się więc mieszkaniowym budownictwem patronackim, powołuje półtora tysiąca spółdzielni, z których część zaczyna inwestować. Związek załatwia materiały budowlane, ludzie odpracowują godziny na budowie.

"Poszukujemy inicjatyw, które by przyczyniły się do wzrostu produkcji", "naszym zadaniem jest konsolidacja wysiłków, sił i środków, aby przyspieszyć wyjście z kryzysu gospodarczego" - mówił ówczesny lider ZSMP. Jak tu jednak wyjść z kryzysu, kiedy młodzieżowcy wciąż wierzą w gospodarkę planową. Gdy Polska żyje procesem zabójców ks. Jerzego Popiełuszki, gdy Szmajdziński, przemawiając do delegatów, oświadcza, że "opozycja nie przebierając w środkach, atakowała dorobek socjalizmu i podważała przewodnią linię partii, sekowała każdego, kto bronił wartości i instrumentów socjalistycznych". Na szczęście "kres tym zjawiskom położyło dopiero wprowadzenie stanu wojennego" - puentował lider ZSMP.

"W pamięci naszego pokolenia pozostanie obraz rówieśników, w ów grudniowy mróz pełniących służbę w obronie Socjalistycznej Ojczyzny. Winniśmy im szacunek i uznanie" - dodawał. Pokoleniowe doświadczenie byłych aktywistów ZSMP jest tym atutem, który Szmajdziński wykorzystuje do dziś nie tylko jako polityk, ale również osoba zainteresowana wojskiem. To na tym gruncie wyrosło w SLD silne środowisko ludzi związanych z nią jednym życiorysem i szyldem ulicy Smolnej, na której mieściła się siedziba Związku.

Na szczęście historia toczy się inaczej, niż chcieliby, aktywiści komunistycznych młodzieżówek z sentymentem patrzący na czołgi wprowadzone na ulice, sklepy z pustymi półkami i przymusowe czyny społeczne. Na zjeździe w kwietniu 1989 r. pod koniec jego kadencji w ZSMP ze statutu organizacji wykreślono zapis o przewodniej roli partii. W ocenie Jaruzelskiego było to złe posunięcie, a Szmajdziński musiał się z tego tłumaczyć w Komitecie Centralnym. Potem przez kilka miesięcy nie zaproponowano mu żadnego zajęcia, do momentu aż I sekretarzem KC PZPR został Mieczysław Rakowski.

"Miał wtedy trudny okres i to ja poprosiłem Rakowskiego o zaproponowanie mu funkcji kierownika wydziału organizacyjnego w Komitecie Centralnym, co było bardzo wysoka funkcją" - wspomina Leszek Miller. "Nie sądzę, by ten czas najlepiej wspominał, ale się tego nie wypiera" - podkreśla Oleksy, który zauważa, że Szmajdziński to dziś człowiek środka, raczej organizator, pragmatyczny gracz, a nie ideolog.

W rzeczywistość niepodległej Polski Szmajdziński wchodzi jako działacz dwóch dużych organizacji będących synonimem PRL. ZSMP okazała się nie tylko drogą do kariery, ale również doskonałą szkołą organizacyjną. Tam przyszły lider SLD nauczył się budowania struktur partyjnych, organizowania i prowadzenia polityki kadrowej.

Tylko czy w roku 2010 będzie to wystarczający atut, by chociażby przejść do drugiej tury? Wątpliwe.