Mandat ONZ dla tych działań nie będzie konieczny. Wojsko ma być gotowe do akcji w różnych warunkach, na wielu kontynentach. Będzie się angażować w utrzymanie bezpieczeństwa w skali globalnej.
Zaangażowanie globalne wcale nie musi oznaczać zaangażowania w pełni. Nas nie stać na to, by wysyłać wszędzie dużą liczbę żołnierzy. W niektórych
miejscach świata nasza obecność może być symboliczna, czyli taka jak np. w Afganistanie w latach 2002 - 2006, gdy mieliśmy kontyngent wielkości ok. 100 żołnierzy. Kraje znaczące mają swoje
wojska w 5 - 7 miejscach na świecie. My też powinniśmy być obecni i widoczni tam, gdzie dzieją się rzeczy ważne, gdzie są nasze interesy.
Nasze zaangażowanie w Iraku, zresztą nadmierne, uważam za nietrafione z politycznego punktu widzenia. Po pierwsze była to wyprawa nielegalna w świetle prawa międzynarodowego, zalegalizowano ją
później. Po drugie zraziliśmy do siebie kilku ważnych partnerów w Unii Europejskiej w przededniu akcesji do niej. Po trzecie wbrew naszym oczekiwaniom nie staliśmy się rzeczywistym partnerem
strategicznym USA.
Gdy zaś bierzemy pod uwagę względy gospodarcze, wyprawa do Iraku to całkowita porażka. Natomiast był to całkiem niezły pomysł z wojskowego punktu widzenia. Wojsko się przewietrzyło, nabyło cennych doświadczeń. Ponosiliśmy jednak koszty operacji, w efekcie czego zmniejszyło się tempo wyposażania armii w nowoczesny sprzęt.
Misja w Iraku trwała pięć lat, natomiast w Afganistanie chyba ugrzęźniemy na dobre. Nasz kontyngent tam jest spory. Stanowi jednak zaledwie około 2,5 proc. wojsk międzynarodowych. Najwięcej żołnierzy wysłali oczywiście Amerykanie. Sens tej misji trzeba przemyśleć. Jest on podyktowany strategią NATO-wską, która jest wzorowana na amerykańskiej. My tę strategię przyjmujemy jako daną nam, natomiast powinniśmy ją współtworzyć.
To efekt stanowiska NATO, a właściwie Amerykanów. To oni chcą zwiększyć tam liczbę żołnierzy i przydusić talibów. Podobnie zrobił w Iraku generał David Petreus, dowódca sił
wielonarodowych.
Dla Polski to także konsekwencja jej własnych decyzji. Jak polski rząd powiedział A i wziął odpowiedzialność za prowincję Ghazni, to teraz musi powiedzieć B i zwiększyć liczbę żołnierzy. Ten region wcale nie jest tak stabilny, jak zapowiadano. Gubernator tej prowincji wyraźnie uznaje ją za niebezpieczną. Wydaje się, że dwa tysiące żołnierzy to minimum, by zapewnić tam bezpieczeństwo.
Tak. Nie można wszędzie być dobrym. Ekonomia sił przesądza takie postępowanie.
p
- generał dywizji, profesor, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim i w Akademii Obrony Narodowej