Zależy, kogo ma nie boleć: każdego z nas osobno czy nasze państwo? Bo te odpowiedzi będą wzajemnie sprzeczne. Gdyby większość Polaków zaczęła stosować się
teraz do antykryzysowych rad, to kryzys mielibyśmy nie tylko gwarantowany i szybki, ale też dużo głębszy, niż się dziś spodziewamy. Niestety to, co jest indywidualnie rozsądne, w skali
zbiorowej może być zabójcze.
Wtedy zalecałbym działanie na zdrowy chłopski rozum. Potraktujmy kryzys tak, jak chłopi przez wieki traktowali zimę: na jej przetrwanie trzeba dobrze ogacić chałupę i zgromadzić jak
najwięcej zapasów. Wobec zbliżającego się kryzysu oznacza to zwiększanie oszczędności i zmniejszanie wydatków, po prostu.
Tak, dosłownie. Ludzi w czasach kryzysu dotyczą podobne reguły jak firmy. Jeżeli więc masz do wyboru kupić kilka prezentów danej osobie, to najpierw się zastanów, co ona znaczy w twoim
życiu, potem czy te prezenty rzeczywiście sprawią jej przyjemność, no i przede wszystkim, czy musi dostać je wszystkie. Może nie warto z powodu świąt zadłużać się na karcie
kredytowej.
To prawda, różne towary tanieją, ale za chwilę zacznie rosnąć liczba Polaków pozbawionych pracy. Ci, którzy pracę utrzymają, ale których zarobki zależą od wypracowanej premii, zaczną
zarabiać mniej. Jeżeli zaś nam uda się zaoszczędzić, to za kilka albo kilkanaście miesięcy rzeczywiście wiele rzeczy będziemy mogli kupić taniej niż dziś.
Bo będzie spadał popyt. W takich warunkach firmy robią wszystko, żeby sprzedać więcej, czyli obniżają ceny. Od nas zależy, czy będziemy mieli pieniądze, żeby z tego skorzystać. Jeśli
jednak okaże się, że my również znaleźliśmy się w dołku, mąż czy żona stracili pracę, to oszczędności okażą się niezbędne. I lepiej zacząć je gromadzić prędzej niż później -
chociaż dziś to jest już i tak bardzo późno. Ideałem byłoby trzymać się zasady obowiązującej tak w dobrych, jak w złych czasach: mieć oszczędności, które pozwolą na co najmniej pół
roku w miarę normalnego życia.
Spokojnie, to tylko kryzys! Tak jak chłopów nie przerażała nadchodząca zima, tak nas nie powinny przerażać naturalne cykle koniunktury. Po prostu trzeba się do nich przygotować. Trzymania
gotówki w domu nie polecam nikomu. Zawsze może przyjść złodziej albo zdarzyć się pożar i byłoby szkoda. Na razie sytuacja w polskich bankach jest stabilna. Sytuację poprawia ustawa o
podwyższeniu gwarancji państwowych. W tej chwili każdy z nas ma gwarantowane bezpieczeństwo oszczędności do wysokości 50 tys. euro.
Skoro nie ma pani bardzo dużo wolnej gotówki, to jeśli pani nie musi, niech pani nie kupuje teraz ani samochodu, ani domu, ani lodówki, ani telewizora. Polska jest w przededniu spowolnienia
gospodarczego, to pewne. To spowolnienie oznacza, że producentom coraz trudniej sprzedać towary, więc obniżają ceny. Dzisiaj galerie handlowe w Polsce w odróżnieniu od zachodu Europy są
pełne klientów, więc sprzedawcy nie dostali jeszcze bodźca, by naprawdę drastycznie obniżyć ceny. Pewnie będzie jeszcze taniej.
Banki w Polsce są dziś bezpieczne, a co za tym idzie bezpieczne są też coraz lepiej oprocentowane lokaty. Długoterminowa prognoza dla złotówki zakłada, że jej wartość będzie rosła. W
krótkim okresie wartość złotówki może się jeszcze wahać w zależności od bardzo różnych zdarzeń, ale zasadniczo to nie jest zła waluta do oszczędzania.
Ostatnio wielu ludzi się zdziwiło, jak mocno odbił się dolar po dramatycznym dołku sprzed kilku miesięcy. Ale większość ekonomistów twierdzi, że w przyszłym roku dolar jednak znów
spadnie, bo Amerykanie żyją na kredyt od wielu, wielu lat. Odbicie amerykańskiej waluty jest zapewne chwilowe.
Jest dobrą lokatą na czas wojny, na pewno. Polecałbym więc inwestycje w kruszce tylko tym, którzy oczekują załamania globalnej gospodarki porównywalnego z wojnami światowymi. Ja się takiej
katastrofy na razie nie spodziewam.
Małe pocieszenie jest takie, że aktywa są najtańsze wówczas, kiedy nastroje w gospodarce są najgorsze. Krótko mówiąc, po najgorszym dołku zaczyna być lepiej. Kryzysy kończą się wtedy,
kiedy inwestorzy bardziej niż spadków zaczynają się bać straconych okazji na tanie zakupy. To znaczy, że jeśli nie potrzebujesz pieniędzy trzymanych w funduszu dziś, za miesiąc czy za rok -
trzymaj je tam. Już zaliczyłeś ogromną stratę. Dalszy spadek pewnie jeszcze jest możliwy, ale najgorsze już raczej za tobą. Za jakiś czas - dwa, trzy, pięć lat - giełda zacznie się
odbijać i twoje udziały odzyskają wartość.
Nie potrzebujesz - to znaczy, że nie musisz kupować drogich leków albo pompy infuzyjnej dla dziecka. Albo nie masz na głowie bardzo drogiego kredytu, którego nie jesteś już w stanie dłużej
spłacać. Jeśli jednak tak jest, to pogódź się ze stratą, sprzedaj jednostki funduszu, spłać kredyt i śpij spokojnie.
Wszystko zależy od okoliczności. Znam osoby, które kilka lat temu patrząc na boom mieszkaniowy wzięły po dwa kredyty i kupiły dwa mieszkania. W jednym mieszkają, drugie chcieli sprzedać, gdy
ceny pójdą w górę, spłacić kredyt i jeszcze zarobić. Dziś zostali z dwoma kredytami, a nad nimi zawisło np. widmo utraty pracy. To przypadek ekstremalny, ale wcale nie rzadki. Można
oczywiście wypruwać sobie żyły i ciągnąć dwa kredyty, jak długo się da. Ale można sprzedać jedno mieszkanie już teraz i spłacić kredyt. I tu znów pułapka działania masowego: jak
wszyscy teraz tak zrobią, to mieszkania spadną od jutra na łeb, na szyję. Dlatego żelazna zasada: w każdej panice najważniejsze to być pierwszym przez drzwi.
Redukować zatrudnienie będzie przede wszystkim budowlanka i wszystkie branże produkujące wartościowe towary nie pierwszej potrzeby, o których już mówiliśmy: samochody, pralki, telewizory,
lodówki itp. W poznańskim Volkswagenie już kilkaset osób straciło pracę, bo nie opłaca się produkować samochodów na zapas. Za tym idą mniejsze zamówienia na stal, więc hutnicy też mogą
się obawiać zwolnień. Łańcuszek jest długi. Wiadomo, że różne firmy w pierwszej kolejności obcinają budżety reklamowe, więc branża mediów i reklamy też pewnie odczuje kryzys.
Stosunkowo bezpieczna jest za to sfera budżetowa, która zawsze narzeka na mniejsze zarobki, ale w dobie kryzysu cieszy się pewnym zatrudnieniem.
Na to trzeba być przygotowanym wcześniej. Już dziś zastanów się, na ile jesteś niezbędny w tym miejscu. Może w innym ceniono by cię bardziej? Warto pomyśleć o zainwestowaniu w siebie.
Zawczasu odświeżmy sieć swoich kontaktów. To jest jeden z pozytywów kryzysu: zmusza nas do innowacji, do spojrzenia inaczej i od nowa na siebie i swoją karierę.
Wtedy nie warto tracić czasu na popadanie w depresję. Nie zmieniajmy trybu życia. Tak jak szliśmy rano do pracy, tak teraz wstawajmy rano i zaczynajmy dzień od telefonów: "Witaj
Stefan, straciłem pracę, może mógłbyś mi pomóc w znalezieniu innej?". Łapmy pracę nawet poniżej kwalifikacji. Najważniejsze to nie wypaść z rynku. W końcu w każdym miejscu
czegoś nowego można się nauczyć. A skoro dziś zwalniają, to jutro będą zatrudniać.
Polacy tak naprawdę dopiero zaczęli chodzić do knajp. Ale być może kryzys każe nam wrócić do kuchni domowej. Wtedy pojawią się nowe miłe zwyczaje: wspólne gotowanie z przyjaciółmi
zamiast kolacji w restauracji itp. Ludzie tak samo jak firmy w czasie spowolnienia muszą wymyślać nowe pomysły na życie i często odnoszą znakomite skutki. W tym sensie kryzysy działają
odświeżająco i oczyszczająco.
Popatrz na kulturę amerykańską. Do lat 30. XX wieku do dobrego tonu należało, by każdy, kto ma pieniądze, jechał na urlop do Europy. Podczas Wielkiego Kryzysu Amerykanów nie było już stać
na podróże i spojrzeli na samych siebie, na własną kulturę. Zobaczyli western: kowbojów w dżinsach i kapeluszach. Zachwycili się tym, po czym sprzedali tę kulturę całemu światu za grube
pieniądze. Kryzysy temu też powinny służyć: byśmy docenili samo życie i to, na czym ono naprawdę polega. Bo chyba nie na kupowaniu kolejnego samochodu na kredyt.
*Paweł Dobrowolski, ekonomista, ekspert Instytutu Sobieskiego