Nie widzę defensywy rządu. To nie znaczy jednak, że sytuacja jest łatwa. Przeciwnie. Mamy kryzys gospodarczy. Jego skala jest tak duża, że w każdej chwili może przejść w kryzys polityczny. Nasz główny oponent - PiS - nabrał wiatru w żagle. Tymczasem struktury Platformy są zdemotywowane. Stanowią armię stojącą z bronią u nogi.
Ludziom nie stawia się zadań. To nie jest problem rządu, tylko władz partyjnych.
Tak, ale premier nie ma na to czasu. Błędem jest to, że niekonsekwentnie rozdzieliliśmy kierownictwo rządowe od kierownictwa partii. Nie ma powodu na przykład, żeby Paweł Graś był
zastępcą sekretarza generalnego. Powinien zostać po prostu sekretarzem i przejąć ciężar kierowania strukturami.
Delegowanie zadań na pewno nie jest naszą mocną stroną. Gremium decyzyjne jest zbyt wąskie. W efekcie premier i ministrowie są skrajnie przepracowani, a na przykład wielu posłów jest
gotowych do cięższej pracy.
Moim zdaniem stanowcze decyzje personalne premiera były słuszne. Minister Czuma jest dla nas dużą szansą. Oczywiście, popełnił na początku parę błędów i dalej będzie źródłem
kłopotów, bo to człowiek o bardzo mocnych przekonaniach, mówiący prosto w oczy to, co myśli, nie kierujący się względami dyplomatycznymi. Ale takiego „mocnego człowieka”
potrzebowaliśmy na czele resortu sprawiedliwości.
Faktycznie atakowany jest przede wszystkim za to, że mocno artykułuje zdecydowane poglądy, na przykład na temat funkcjonowania prokuratury czy lustracji. Lubi pani westerny? Trudno znaleźć w
nich szeryfa, który jest dobrym dyplomatą. Ale to tacy ludzie zaprowadzają porządek.
Łapie mnie Pani za słowa. Proszę dać ministrowi Czumie parę miesięcy na spokojne działania. Chciałbym, aby był oceniany pod kątem ich rezultatów, a nie dawnych zarzutów czy pojedynczych
– przyznaję, że czasami nieszczęśliwych – wypowiedzi.
Sytuacja była kryzysowa, można ją było oceniać rozmaicie. Część kolegów do dzisiaj uważa decyzję o zdymisjonowaniu ministra Ćwiąkalskiego za błąd. Ale takie rozbieżności zdań to
jeszcze nie „zakręt” rządu. Mamy poważny kryzys gospodarczy. Moim zdaniem powinniśmy dokonać szybkich i głębokich zmian. Ale nie muszą to być zmiany personalne.
Przeciwnie, ministrowie muszą czuć poparcie ze strony swojego zaplecza politycznego. Chodzi mi raczej o zmiany programowe, o potraktowanie kryzysu jako szansy na przeprowadzenie trudnych reform
odkładanych od wielu lat. Proszę zauważyć, że po przeprowadzeniu reformy emerytur pomostowych, przed którą truchlały poprzednie ekipy, notowania Platformy nie spadły ani o punkt. My,
politycy, powinniśmy traktować Polaków jako społeczeństwo ludzi dojrzałych, którzy mają świadomość tego, co trzeba w Polsce zmienić.
Strategia rządowa została wypracowana w okresie dobrej koniunktury gospodarczej. Teraz trzeba ją dostosować do nowych warunków. Rząd prowadzi dramatyczny wyścig z czasem. Ma szansę wygrać go
pod dwoma warunkami. Po pierwsze jeśli uda się wprowadzić radykalne uproszczenia w dostępie do środków unijnych dla małych i średnich przedsiębiorstw. Z wykorzystaniem środków unijnych
nasz rząd radzi sobie dobrze, ale moim zdaniem w sytuacji takiego bezprecedensowego kryzysu pora, żebyśmy twardo powiedzieli Komisji Europejskiej, że nie stać nas na takie programy jak np.
Natura 2000 czy na trzymanie się skomplikowanych procedur. I druga rzecz: trzeba poważnie podejść do hasła deregulacji gospodarczej. To, co robi komisja Przyjazne Państwo, jest pożyteczne. To
jednak porywanie się z motyką na słońce. Deregulacja musi być wielkim projektem koalicyjnym, a moim zdaniem pod tym względem są największe zaniedbania w ciągu ostatniego roku.
Rzeczywiście doszło w ostatnim czasie do tarć. Nasi koalicjanci źle przyjęli zmiany w resorcie sprawiedliwości. Waldemar Pawlak przedstawił nieuzgodnione z Platformą propozycje paktu
antykryzysowego. Niepokoi mnie, że w kwestii bezpieczeństwa energetycznego nasi koalicjanci nie mówią jednym głosem z premierem Tuskiem. Ale to i tak najlepsza z możliwych koalicji.
Nieprzypadkiem prezydent i PiS nawołują teraz do wspólnej z PO zmiany konstytucji. Chcą wbić klin między Platformę a PSL, bo wiadomo, że proponowane zmiany będą na rękę najsilniejszym
partiom. Nie dziwi mnie, że nasz koalicjant jest zaniepokojony. Ostatnie tarcia w koalicji są jednak dobrą okazją, by ponownie zasiąść do rozmów i spróbować wypracować plan trwałej
strategicznej koalicji, z myślą również o następnej kadencji.
Nie jestem ślepcem ani głupcem. Sytuacja jest bardzo trudna. Ale jeśli zdobędziemy się na działania naprawdę odważne, to możemy wygrać następne wybory.
Skala kryzysu jest taka, że o żadnym rządzie nie można z góry powiedzieć, że jest właściwą ekipą na trudny czas. Trzeba się sprawdzić. Poza tym rząd potrzebuje silniejszego wsparcia
swojego zaplecza politycznego. Mam na myśli obudzenie struktur partii i lepsze wykorzystanie klubu parlamentarnego. Jego potencjał jest ciągle zbyt słabo wykorzystywany.
Nie namówi mnie pani do wystawiania cenzurek kolegom-ministrom, bo byłoby to i polityczną głupotą, osłabianiem rządu, i zwykłym ludzkim świństwem. Oni działają pod bardzo silną presją
kryzysu, mają prawo oczekiwać lojalności ze strony swoich posłów. Oczywiście, krytyka też jest formą wsparcia, ale powinna być formułowana w zamkniętych gronach partyjnych.
Nie potrafię zrozumieć, dlaczego nie ma rzecznika rządu. Słyszę od dziennikarzy, że jest to dla nich ogromnym utrudnieniem, a przecież dobra komunikacja ze społeczeństwem, zwłaszcza w
warunkach kryzysu, jest jedną z zasad skutecznego rządzenia.
Nie wiem. Prawdopodobnie nie widzi na razie dobrego kandydata. Ale przez to za duży ciężar komunikacji spada na samego premiera. Brak rzecznika uważam za błąd.
Czasami pewnie nawalają, ja też nawalam, podejrzewam, że nawet pani redaktor to się zdarza. Ale problem tkwi w czym innym. Wizerunek rządu w zbyt dużym stopniu opiera się na osobistym
autorytecie premiera. Sprawny rzecznik, który stałby się – jak kiedyś Konrad Ciesiołkiewicz – „dobrą” twarzą rządu, mógłby tu wiele zmienić.
Powrót PiS do władzy jest mało prawdopodobny, bo ta partia straciła zdolności koalicyjne. Ale nie lekceważyłbym ich działań. Niedawny kongres uważam za przedsięwzięcie udane, również
prezydent próbuje zmienić dotychczasową, dość nieudolną strategię działania.
Uważam, że ta reakcja była zbyt pośpieszna. Współpraca z PiS jest bardzo trudna, choćby ze względu na ogromne różnice programowe. Trzeba jednak próbować wyodrębnić listę kilku
najważniejszych spraw i rozmawiać. Odrzucanie ręki wyciągniętej do współpracy jest trudne do zrozumienia dla Polaków.