Dziennik Gazeta Prawana logo

"Don Kichotowie antylustracji"

12 października 2007, 15:13
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
Jesteście błędnymi rycerzami równie błędnej idei - autor "Końca Polski Kiszczaka i Michnika” Maciej Rybiński odpowiada w DZIENNIKU na polemiki z jego tekstem.
"Nie ten zły ptak, co kala,
ale ten, co o tem mówić nie pozwala"
C.K.Norwid

Fakty są wrogami prawdy - to zdanie włożył Cervantes w usta Don Kichota, błędnego rycerza żyjącego w wyimaginowanym świecie. I to właśnie zdanie mogłoby posłużyć za motto dla wszystkich polemik z moim artykułem "Koniec Polski Michnika i Kiszczaka, opublikowanym w DZIENNIKU.

Ja pisałem o faktach, moi polemiści trzymali się jedynie słusznej prawdy, co potwierdza bardzo ładnie moją tezę o parareligijnym charakterze antylustracyjnego i antydekomunizacyjnego frontu, skupionego wokoł idei i osoby Adama Michnika.

Niestety, nasi błędni rycerze nie są zbyt rycerscy. "Jednym splunięciem wskoczył na dziennikarski parnas" - napisał o mnie i moim tekście w sobotniej "Gazecie Wyborczej" Dawid Warszawski. I tak delikatnie w porównaniu z Janem Lityńskim. Parę jego określeń: wrzask, wyzwiska, pomyje, ideologiczny bełkot, kubeł pomyj, epitety zatruwające opinię publiczną. No i oczywiście kanoniczny "język nienawiści".

Wzywam teraz pana Jana Lityńskiego do wskazania w moim artykule choć jednego epitetu, jednego słowa napisanego z intencją obrażenia kogokolwiek. Jeśli mi pokaże, posypię głowę popiołem i pójdę, nie do Canossy, ale do Manczy i też będę bił pokłony wiatrakom. Ale Lityński nic takiego nie znajdzie. To jest po prostu odruch warunkowy - bagno, szambo, pomyje: tak szlachetna elita Polaków od lat prowadzi polemiki w ważnych dla Polski sprawach. Podobnie jak przywoływanie najgorszych propagandzistów Gomułki, do których zacny Jan Lityński był uprzejmy mnie porównać. Jeśli już będziemy szukać koniecznie paraleli między rokiem 1968 a 2007, to okaże się, że byli funkcjonariusze SB są Żydami naszych czasów, a antyubekizm jest nowoczesną formą antysemityzmu.

Zarzucając mi język nienawiści od razu w pierwszym akapicie, w kolejnych Jan Lityński daje świadectwo ograniczeniom, jakim podlega w jego środowisku miłość bliźniego. Bliźnimi są tylko ci, którzy mają słuszne, to znaczy moje, poglądy. "Taką samą metodę stosują obecnie Rydzyk i »Nasz Dziennik«" - napisał Lityński.

Doprawdy? A ja mam obecnie wrażenie, że większość artykułów z "Naszego Dziennika" w obronie arcybiskupa Wielgusa mogłaby się ukazać w "Gazecie Wyborczej", a w wielu przypadkach mam uczucie, że argumentacja tych tekstów to ekstrakt z gazetowej publicystyki ostatnich lat kilkunastu. Spodziewałem się zresztą, że ksiądz profesor Bartnik też weźmie Adama Michnika w obronę przede mną. Taka jest logika sytuacji i o tym groteskowym rozwoju, zapędzającym Michnika i Rydzyka do jednego kąta, był mój artykuł. Ale dajmy spokój formie tych polemik. Wyziera z niej irytacja, co może mi tylko sprawić satysfakcję. Świadczy bowiem o tym, że trafiłem celnie.

Jacek Żakowski przeciwstawił mojej Polsce Michnika i Kiszczaka - Polskę Jana Pawła II i Michnika. Jak napisał do mnie jeden z Czytelników, niedługo dowiemy się, że III Rzeczpospolita to Polska Chrystusa i Michnika. Zresztą nie wiadomo, czy na pewno w tej kolejności. W każdym razie było to kolejne potwierdzenie istnienia kultu, który wyklucza samodzielne, pozakanoniczne myślenie. Żakowski stwierdził też, że Jan Paweł II gdyby chciał, to jednym pstryknięciem zlustrowałby Kościół. Widocznie, zdaniem Żakowskiego, nie chciał.

Nie byłem w tak dobrej komitywie z Janem Pawłem II jak publicysta "Polityki" i nie znam jego motywacji. Wiem tylko, że Polska nawet za życia polskiego papieża była państwem prawa, w którym, dzięki wysiłkom - to jest skrótowe i niezbyt precyzyjne określenie, ale trudno - środowiska "Gazety Wyborczej" archiwa były zamknięte, a lustracja ani Kościoła, ani choćby dziennikarzy niemożliwa. Dopiero od kilku lat arcybiskup Wielgus, gdyby ubiegał się o stanowisko wójta, musiałby złożyć oświadczenie lustracyjne i mógłby trafić przed sąd za lustracyjne kłamstwo.

W ogóle radziłbym nieco powściągliwsze posługiwanie się autorytetem zmarłego papieża w pyskówkach politycznych. Wprawdzie "Gazeta Wyborcza" zaanektowała Go wydając serię "Nasz papież", ale też propagowała koszulki "Nie płakałem po papieżu". Bardzo to dwuznaczne i chyba nieprzyzwoitością jest wykrawanie z Jana Pawła II broni polemicznej. Jana Pawła II przyprzągł do Adama Michnika na łamach "Polityki" także Tomasz Wołek, który w chorągwi antylustracyjnych rycerzy odgrywa ostatnio rolę Sancho Pansy. I na tym nie poprzestał. Do Polski Kiszczaka i Michnika dopisał jeszcze Bartoszewskiego i Balcerowicza. Wałęsę, Mazowieckiego, Buzka, Halla, Zolla, Safjana, Strzembosza.

Nie wiem, ile spośród tych osób złożyło na ręce Sancho Wołka oświadczenia, że za prawdziwie demokratyczny fundament Rzeczypospolitej uważają urzędowo wygładzoną wersję historii PRL, opracowaną w drodze politycznego consensusu, niepamięć o cierpieniach wszystkich za wyjątkiem Adama Michnika, abolicję nie tylko prawną, ale i moralną. Co do kilku osób z tej listy, które znam osobiście, mam pewność, że się na taką wersję jedności moralno-politycznej narodu nie godzą.

Projekt Polski opartej na niepamięci o totalitaryzmie i jego skutkach dla poszczególnych ludzi nie może zostać zrealizowany ani jako poważny projekt polityczny, ani tym bardziej jako płaszczyzna moralna. Kończy się to groteską, co widać dziś każdego dnia. Lustracja stała się narzędziem polityki, na co dziś tak wszyscy narzekają, dlatego, że nie została przeprowadzona w porę. A nie została, bo najbardziej opiniotwórcze przez lata środowisko, z Adamem Michnikiem jako ideologiem i symbolem, zręcznie i skutecznie uniemożliwiała jej przeprowadzenie.

Powtórzę jeszcze raz - to środowisko "Gazety Wyborczej" wykreowało lustrację i przy okazji dekomunizację na najobrzydliwszy rodzaj pornografii. I trzyma się tego kurczowo po dziś dzień. Paweł Wroński, broniąc Michnika, napisał, że "to zgoda narodowa prowadziła Polskę do modernizacji i członkostwa w NATO i UE". Dziwny to argument. Skoro jednak Jan Lityński porównuje mnie do Gomułki, to napiszę, że przypomina mi to obronę PRL stwierdzeniami, że w PRL dzieci chodziły do szkół, ludzie mieli pracę, a Warszawa została odbudowana. Wszystko to prawda, ale czy gdyby Polska nie była Ludowa, szkoły by nie powstały, a Warszawa do dziś leżała w gruzach?

Związek braku lustracji i dekomunizacji z przystąpieniem Polski do NATO i UE jest jeszcze bardziej wątpliwy. Naprawdę, akceptacja naszego przystąpienia przez Zachód nie zależała od rezygnacji z lustracji. Nie było takiego warunku. Siedziałem w tym czasie w Bonn, byłem częstym gościem w Brukseli i Strasburgu i nigdy od nikogo czegoś podobnego nie słyszałem. Otoczenie ówczesnego kanclerza Kohla, który zarządził natychmiast i lustrację, i dekomunizację, a nawet powołał komisję śledczą Bundestagu dla zbadania zbrodni reżimu komunistycznego, było raczej zdziwione, czemu Polacy nie robią tego samego. Polska została przyjęta do obu tych międzynarodowych struktur, bo taki był interes polityczny Zachodu, a nie dlatego, że Michnik ściskał się z Jaruzelskim i Kiszczakiem. Nie należy przekraczać jednak granicy śmieszności w szukaniu argumentów.

Większość moich szanownych polemistów wypomniała mi pobyt na emigracji i nieobecność w Polsce w czasie przełomu. Odbiera mi to jakoby raz na zawsze prawo wypowiadania się w sprawach publicznych. Jacek Żakowski w "Polityce" wymienił nas trzech: mnie, Tadeusza Witkowskiego i Bronisława Wildsteina. Mógł jeszcze dopisać członka KOR-u i twórcę "Nowej", przewodniczącego stworzyszenia Wolnego Słowa Mirosława Chojeckiego, który skarżył mi się, że od niektórych kolegów z opozycji słyszy - ty nie masz prawa się wypowiadać, bo jak myśmy tu walczyli, siedziałeś na Champs Elysees i piłeś absynt.

Szkoda, że nikomu nie przychodzi do głowy, iż na emigracji nie tylko piliśmy absynt. Także żyliśmy w normalnych krajach zwykłej demokracji, w których toczyły się publiczne debaty o najboleśniejszych problemach tych społeczeństw, w których rozgrzebywano historię, także bolesną, wyciągając na jaw prawdę. Ujawniano afery, demaskowano ludzi uwikłanych w najrozmaitsze podłości i nikt, nawet broniąc się i oponując, nie widział w tym zagrożenia dla stabilności państwa i zdrowia moralnego społeczeństwa. Prawda, jakakolwiek by była, stanowi fundament przyszłości i nikt jej nie próbował skazać na banicję w imię własnych złudzeń i fobii. Przywykliśmy na emigracji do takiej normalności i sądziliśmy, że Polska, która powstanie, będzie krajem normalnym. Nie tylko ustrojowo i gospodarczo, także duchowo.

Zdusić lustracji na zawsze się nie da, tak jak nie da się ukryć, czy całkiem zniekształcić, żadnego fragmentu historii. Jedyny pożytek - ale czy przypadkiem nie wątpliwy - z antylustracyjnego zapału jest ten, że podłości i występków wciąż nie można nie to, że ukarać, ale nawet nazwać i napiętnować. Ich sprawcy odejdą i już odchodzą w przekonaniu, że zabiorą tajemnicę ze sobą. Ale to złudzenie. Jeśli nie my, lustracji dokonają w imię higieny społecznej następne pokolenia. Będą się dziwić i szydzić. Także z tej dyskusji przeciw prawdzie.


Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj