Jak do tego doszło? Znany polityk Prawa i Sprawiedliwości Marek Jurek miał pretensje do Jarosława Kaczyńskiego od dobrych paru miesięcy. O sprawę aborcji, ale nie tylko. Na przykład o to, że rząd nie prowadzi polityki prorodzinnej według jego wyobrażeń. Przez kilka lat stanowili z liderem PiS trochę dziwny, ale w sumie zgrany tandem. Teraz coś między nimi pękło.

Adam Bielan, rzecznik PiS, bagatelizuje: "Różnice były i są niewielkie. Może od momentu, gdy Jarosław Kaczyński został premierem, panowie mieli mniej czasu na dyskusję. Wcześniej rozmawiali godzinami".
Ale Krzysztof Nowak, kolega Jurka od czasów licealnych, także jego towarzysz w antykomunistycznej opozycji, widzi to inaczej: "Marek był do bólu lojalny wobec Kaczyńskich. Teraz oczekiwał, że zrewanżują mu się tym samym".

A poseł PiS bliski Jurkowi dodaje: Marek zaciskał nieraz zęby i głosował za rzeczami z którymi się nie zgadzał. Wydawało mu się czymś naturalnym, że otrzyma od własnej partii szczere poparcie w kwestii aborcji, która jest dla niego tematem numer jeden.

Zawiedzione nadzieje
Czyli albo ten tandem był od początku niedopasowany, albo mamy do czynienia z klasycznym przypadkiem zawiedzionych nadziei. Tylko czy nadzieje Marka Jurka można było w ogóle spełnić?
Kazimierz Marcinkiewicz, były premier, działał z nim od początku w ZChN, ale zna go jeszcze z czasów, gdy obaj mieszkali jako młodzi ludzie w Gorzowie i spotykali się w akademickim duszpasterstwie. "Zawsze się trochę różniliśmy" - mówi dziś z perspektywy Londynu. "Marek widział partię trochę jak zakon. Ja byłem zwolennikiem większego otwarcia na różnych ludzi. Możemy się zgadzać co do wspólnych celów, ale nie musimy co do każdego poglądu".

Szukając odpowiedzi na pytanie o obecne kłopoty marszałka Sejmu, warto przytoczyć historię sprzed paru lat. PiS było jeszcze wówczas w opozycji. Staraniem Marka Jurka posłowie tej partii pojechali na pielgrzymkę do Rzymu. W ostatniej chwili "nawalił" Jarosław Kaczyński. Naturalną koleją rzeczy Jurek objął przywództwo. Objął, ale napotkał trudności. Gdy już się znaleźli w Wiecznym Mieście, jako lider pielgrzymki próbował realizować z żelazną konsekwencją wszystkie punkty programu. Obejmował on przede wszystkim kilka mszy świętych i nabożeństw dziennie. Inni posłowie zaczęli szemrać.

"Grupa kolegów z Adamem Lipińskim na czele poszła do Marka z pytaniem, czy nie można by trochę poluzować" - opowiada parlamentarzysta PiS tej i poprzedniej kadencji. "Marek patrzył na nich z przerażeniem. Nie mógł w ogóle zrozumieć, o co nam chodzi, Jesteśmy przecież katolickimi politykami"

Zamyślony drybler
Dziś to zdumienie maksymalisty kontrastuje z szorstkim realizmem Kaczyńskiego. Ale czy wyczerpuje ono wiedzę o Marku Jurku? Z rozmów z jego kolegami - tych z lat młodości i tych z obecnej polityki - wyłania się obraz człowieka, który się jednak zmieniał.

Opowiada Aleksander Hall, z którym Jurek wspólpracował w latach 70. i 80. w opozycyjnym wobec komunistycznych władz Ruchu Młodej Polski: - To człowiek absolutnie ideowy. Jego dzisiejsza walka o antyaborcyjną poprawkę do konstytucji nie wynika z żadnych kalkulacji. Co nie oznacza, że nie potrafił się na życiowych zakrętach wykazać pragmatyzmem. Im był starszy, tym stawał się bardziej elastyczny.

Niepoprawny radykał? Czy człowiek stąpający twardo po ziemi? Może jakąś cząstkę prawdy można wyczytać z opisów jego wyczynów piłkarskich. Jurek był od czasów szkolnych zapalonym piłkarzem. Krzysztof Nowak przedstawia go jako zręcznego dryblera wzorującego się na popularnym niemieckim piłkarzu Heinzu Mullerze. - Próbował wbić piłkę do bramki nawet kosztem pięknej gry - wspomina. Ale Hall pamięta z kolei, że na boisku "Marek często się zamyślał". A Tomasz Wołek, inny towarzysz opozycyjnych i również piłkarskich przewag, nawet to nazywa: "To był melancholijno-filozoficzny styl gry".

Więc polityk, który drybluje, ale często się zamyśli? A jest przecież jeszcze jeden ważny, choć skrywany element charakterystyki Marka Jurka. Ludzie, którzy znają go powierzchownie, mają wrażenie, że obcują z politykiem-stoikiem. Kimś podobnym do rzymskich mężów stanu, którzy szykowali się na śmierć, recytując wzniosłą poezję i medytując. Jego kulturalny język, miękki ton głosu, idealny spokój ruchów mogą zmylić.
Zmylić, bo jest i inny Marek Jurek. Kiedyś na korytarzu sejmowym zaczepił go - jeszcze jako szeregowego posła PiS - reporter tabloidu. W dość obcesowy sposób dopytywał się o poglądy polityka na wychowanie dzieci. Jurek wytrwał do końca rozmowy, ale potem wszedł do pokoju swojego klubu parlamentarnego i wyładował swoje emocje na krześle. "Po prostu je złamał. Miał poczucie, że jego rozmówca nie chce go zrozumieć, i działa w złej wierze" - relacjonuje polityk PiS, przygodny świadek zdarzenia. A więc jednak ogromne emocje. Skrywane, ale buzujące pod gładką powierzchnią.

Buntownik z Gorzowa
Rocznik 1960. Wychował się w Gorzowie, kulturalnej pustyni, gdzie ofertą dla młodzieży kontestującej rzeczywistość było prężne duszpasterstwa prowadzone przez księdza Witolda Andrzejewskiego, byłego aktora i zagorzałego antykomunistę. Księdza, którego za wystąpienia przeciw komunistycznej władzy upominał nawet miejscowy biskup. Nic dziwnego, że szef - jak go nazywali - tak fascynował młodzież. Wyprawy do jego kościóła były namiastką konspiracji. Wyjazdy wakacyjne z księdzem ubranym po cywilnemu (duchownym nie wolno było organizować takich imprez) stanowiło pełną dreszczu emocji wyprawę w nieznane.

Marek Jurek jest wspominany przez kolegów nie tylko jako uparciuch wdający się w bójki z kolegami, ale przede wszystkim jako buntownik. Zdawał poprawkę z rosyjskiego, bo tłumaczył swojej nauczycielce, że jej lekcje to rusyfikacja. Dyrektor wyrzucił go kiedyś z apelu, bo w kulminacyjnym punkcie zawołał: "Widzę Andersa na białym koniu".

Buntem było ostentacyjne przwiązanie do religii, ale także muzyka młodzieżowa. Marek Jurek z drugiej połowy lat 70. to wielbiciel zespołu The Doors. Sam o sobie powiedział w rozmowie z autorem książki "Młodopolacy", że kontestował wtedy mieszczański styl życia. "Tyle że mieszczańskie było wówczas popieranie komunizmu. Mała stabilizacja, ciułanie na fiata. Marek lubił muzykę rockową dla niej samej, ale Jim Morrison fascynował go też jako buntownik" - przywołuje tamte czasy Krzysztof Nowak.

Jurek wychował się w antykomunistycznnej rodzinie, która przeniosła się do Gorzowa z Podlasia, gdzie po wojnie wspomagała antykomunistyczną partyzantkę. Może ze względu na tamte doświadczenia rodzice odradzali młodemu Markowi "wychylanie się". W tym sensie ich zawiódł. Gdy pojechał w 1978 roku na studia do Poznania, poszukał od razu - razem z kolegami Krzystofem Nowakiem i Piotrem Miereckim - dostępu do wątłej w tym mieście antypeerelowskiej opozycji.

Miał szczęście, bo szybko trafił na swoich, także w wymiarze ideowym. Jako 19-latek spotkał 22-letniego Aleksandra Halla, lidera rodzącego się w Gdańsku Ruchu Młodej Polski, organizacji o zabarwieniu narodowo-katolickim. Jak widać, przekonania wyniesione z duszpasterstwa były dla niego czymś więcej niż chwilową buntowniczą fascynacją. Nie tylko wytrwał przy religii, ale stał się wyznawcą twardym i bezkompromisowym.

Gdy we wrześniu 1979 roku pojechał - znów z Nowakiem i Miereckim - na założycielski zjazd RMP na Pomorze, milicja zgarnęła ich już na dworcu. Siedzieli w areszcie kilkanaście godzin, Funkcjonariusze rozkręcali nawet znalezione przy nich długopisy, uznając ich za groźnych buntowników.

W czasie solidarnościowego karnawału działał w Niezależnym Zrzeszeniu Studenckim. Gdy wprowadzono stan wojenny, pognał na wydział historii (dopiero co skończył się strajk studencki) i od napotkanego adiunkta, działacza "Solidarności" zażądał organizowania punktu oporu - zgodnie z instrukcjami Związku. Tamten popatrzył na niego jak na wariata. Ostatecznie ukrywał się przez blisko rok, unikając internowania.

Gdy się w końcu ujawnił, stał się zwolennikiem umiarkowanej linii głoszonej wowczas przez Kościół. Nie z powodu braku odwagi - tę wykazał już w latach 70., decydując się na zatrzymania w milicyjnych aresztach i szykany wśród obojętnego, względnie pogodzonego z komunizmem społeczenstwa. Takie były jego przekonania, umacniane przez takich ludzi jak polityczny wychowaca młodopolaków Wieslaw Chrzanowski. Wspólnie doszli do wniosku, że narzędziem oporu powinny stać się dyskusja o polityce, samokształcenie, refleksja. Było to przedmiotem jego sporów z radykalnymi konspiratorami z "Solidarności". Także napięć wewnątrz RMP, bo Hall ukrywał się do 1984 roku, a i potem miał nieco inny pogląd: że "Solidarność" jest wartością, od której nie warto się odwracać.

Obrońca wiary w peruce

Wtedy zaczęły się też spory ideowe. Na kolegiach podziemnego pisma Polityka Polska Marek Jurek krzyżował intelektualne szpady z Hallem i Wołkiem. Zabawny był sam kontekst. W prywatnych mieszkaniach grupa wciąż jeszcze bardzo młodych ludzi debatowala przy kawie, a czasem przy wódeczce, o podstawach cywilizacji i o przyszłości Polski. Wydawało się to wówczas czystą abstrakcją. Za parę lat mieli stać się posłami, ministrami, redaktorami naczelnymi ważnych gazet. A w tym czasie Jurek ledwie wiązał koniec z końcem, zarobkując - poza krótkim epizodem pracy w charakterze nauczyciela historii - pisaniem tekstów do katolickich czasopism.

Tak zwana grupa poznańska wewnątrz RMP występowała z pozycji narodowo-katolickich, a Marek Jurek był jej naturalnym liderem. Nie zgadzałem się z mieszaniem polityki z religią, z takimi postulatami Marka, jak katolickie państwo narodu polskiego - definuje różnice Wołek. Czasem sobie z niego podrwiwałem. Wtedy, gdy przemawiał takim tonem, jakbyśmy dyskutowali z samym panem Bogiem.

Narastające napięcia pamięta też Krzysztof Nowak. My mówiliśmy na przykład, że poważnym zagrożeniem jest permisywizm. A Wołek nas przedrzeźniał: lt;przechodząc do tak zwanego permisywizmu, jak to mówi Marek Jurek...gt;.

Podziały były rozmiękczane przez wciąż dobre stosunki towarzyskie. Ówczesny Marek Jurek to zażarty dyskutant, ale i wytrwały biesiadnik. To zabawne, w sprawach towarzyskich to ja byłem bardziej ascetyczny od niego - wspomina Hall. Miał mocniejszą głowę ode mnie - przyznaje po namyśle Krzysztof Nowak.

Ale i wspólne imprezy pogłębiały czasem konflikty, zamiast je łagodzić. W 1987 roku młodopolacy biesiadowali w gdańskiej restauracji. W pewnym momencie podochocone towarzystwo zaczęło mierzyć znalezioną gdzieś perukę. Doszło do tego, że Marek Jurek ozdobiony peruką zaczął pląsać. Wołek skomentował na stronie: Wygląda w niej trochę jak małpa. Wieść o tej uwadze się rozeszła. Jurek śmiertelnie się obraził. Obaj panowie godzili się przez długie tygodnie. Sprawę zakończyły wspólne wędrówki Jurka i Wołka wokół Dworca Centralnego w Warszawie.

Wkrótce i tak się rozstali - politycznie i w dużej mierze osobiście. W roku 1989 Marek Jurek tylko z częścią młodopolaków wziął udział w tworzeniu Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, gdzie nie było już ani Halla, ani Wołka. Ale równocześnie...

Marek okazał się w tym momencie bardzo pragmatyczny. My opowiadaliśmy się za utrzymaniem jedności opozycji demokratycznej pod szyldem lt;Solidarnościgt;, on chciał tworzyć zupełnie nowy ruch katolicko-narodowy. A jednak to ja z Tadeuszem Mazowieckim nie daliśmy się wystawić na listy do Sejmu kontraktowego, bo uznaliśmy, że pomija się na nich wiele środowisk. Marek wskoczył w ostatniej chwili na listę komitetu przy Wałęsie, trochę przez przypadek - zauważa Aleksander Hall.

Przełomy Marka Jurka
W Sejmie Marek Jurek był jednym z trzech posłów ZChN. Ten tercet - obok niego Jan Łopuszanski i Stefan Niesiołowski - okazał się od samego początku bardzo ruchliwy i sugestywny w prezentowaniu, a czasem i forsowaniu wlasnych pomysłów. Trybunę sejmową wykorzystali do swoich błyskotliwych wystąpień bardziej niż ktokolwiek inny. W następnym parlamencie, po pierwszych wolnych wyborach w 1991 roku, mieli już 43-osobowy klub. Marek Jurek zostaje wybrany po raz drugi.

W mediach staje się jednym z symboli poglądów i aspiracji środowiski narodowo-katolickich. Czasem skrajnych i kontrowersyjnych. Gdy w ogniu debat o kształcie konstytucji sprzeciwia się zakazowi kar cielesnych, rzuca niefortunną uwagę według wielu psychologów, bite dzieci okazują się później bardziej wrażliwe. Zostaje uznany za propagatora nieludzkiego modelu rodziny. W rzeczywistości jego własna rodzina jest wzorem partnerstwa, a dzieci nigdy nie słyszały nawet uniesionego głosu ojca.

Choć jest więc postacią z czarnego snu liberałów, polityka pochłania go wówczas w niepełnym stopniu. Wtedy właśnie poznał go początkujący działacz ZChN Konrad Szymański, dziś europoseł PiS. W dyskusjach przy stole Marek wydawał się być nieco znudzony politycznymi debatami. Ożywiał się, gdy schodziło na - przykładowo - najnowszą książkę o francuskich tradycjonalistach.

Jego ówczesne postępowanie w polityce można opisać jako nieustanne wycofywanie się. Nie był za udziałem ZChN ani w rządzie Olszewskiego, ani w rządzie Suchockiej. Pozostawał trochę na uboczu głównego nurtu partii. W 1993 roku, gdy Wałęsa rozwiązał Sejm, Jurek opowiedział się za szeroką koalicją wyborczą głównych partii prawicy, czyli upraszczając - za sojuszem ZChN z Porozumieniem Centrum, partią Kaczyńskiego. Nie przekonał kolegów. Zjednoczenie poszło do wyborów z małymi partiami centroprawicowymi popierającymi - tak jak on - rząd Suchockiej. I wspólnie z nimi poległo.

Kazimierz Marcinkiewcz uważa, że wrażenie częściowego wycofania się Marka Jurka na drugi plan było mylące: On się bardzo mocno angażował w różne rozgrywki wewnątrz partii, miał swoich zagorzałych zwolenników. Tyle że nie ciągnęło go nigdy do państwowych posad. Był raczej ideologiem.

Jeśli tak, to musiał w końcu zmienić nawyki. Konrad Szymański: Spotykam się z Markiem w 1995 roku, a on mnie pyta, gdzie jest księgarnia prawnicza. Dopytuję, po co. Chcę sobie kupić tekst ustawy o radiofonii i telewizji z komentarzem, mówi. I informuje mnie, że Wałęsa chce go zrobić członkiem Krajowej Rady RiTV. Pomyślalem z przerażeniem: on nie ma przecież żadnego doświadczenia. Poza krótkim epizodem w szkole, nigdy nie kierował ludźmi. Pisał teksty i działał, a to jednak co innego.

Szymański przyznaje, że się pomylił. Marek Jurek nie tylko sobie poradził z papierami. On wyszedł zza kulis na główną scenę, zdobywając znaczny rozgłos.
Organizował co tydzień konferencje prasowe, krytykując media publiczne zdominowane wtedy przez lewicę i przedstawiając postulaty mediów katolickich, w tym Radia Maryja. Mimo prezentowania bardzo wyrazistych poglądów, cieszył się poważaniem wśród kolegów z Krajowej Rady reprezentujących inne, dominujące wówczas opcje. - Słuchali go zawsze uważnie, a on pozyskiwał tamtą stronę grzecznością i rycerskim prowadzeniem debaty - przypomina sobie Jarosław Sellin, który był innym prawicowym członkiem KRRiTV. Pragnący zachować anonimowość polityk zasiadajacy w Krajowej Radzie z rekomendacji lewicy przedstawia obraz bardziej znuiansowany: Bywał trudny w kontaktach, hermetycznie odporny na inny język niż swój. Ale imponował uporem i nienaganną kulturą osobistą.

Zmiana w Marku Jurku nie sprowadza się tylko do zyskania publicity i nowych umiejętności. Sedno wydobywa Krzysztof Nowak: Jeszcze w pierwszej połowie lat 90. Marek pojmował politykę jako sztukę oddziaływania słowami na rzeczywistość. Jeśli ja mam rację, mówił, to po co mam się naginać do innych. Muszę tylko starać się ich przekonać. W czasach Krajowej Rady stał się bardziej nastawiony na kompromisy.

Pogawędki z Kaczyńskim
Kolejnym przełomem staje się dla Marka Jurka akces do PiS. Teoretycznie to prosta konsekwencja jego dawnych przekonań. W 1993 roku wzywał do porozumienia różnych nurtów prawicy. I inaczej niż większość czołowych ZChN-owców przyznawał, że krytyka państwa nieoczyszczonego z pozostałości postkomunizmu, którą głosił Kaczyński, jest warta przemyślenia.

Ale równocześnie miał kłopoty z tym skokiem na głęboką wodę. Jako członka Krajowej Rady ominął go całkowicie okres dominacji AWS. Pod koniec swojej sześcioletniej kadencji - w 2001 roku - przyłączył się od razu do Przymierza Prawicy - elitarnej formacji stworzonej przez dysydentów z SKL i ZChN. Nawoływał do współpracy z Kaczyńskim, ale nie do szybkiego łączenia się z jego partią. Przegrał, przegłosowany między innymi przez Marcinkiewicza. I wraz z całym swoim środowiskim musiał zaraz potem przeżyć twardą szkołę. Kaczyński obiecał im 40 procent pierwszych miejsc na listach wyborczych do Sejmu, ale nie dotrzymał słowa, tłumacząc, że nie godzą się na to jego dawni współtowarzysze walki z PC.

Jak opowiada się w PiS, Jarosław Kaczyński miał do niego żal o opóźnianie połączenia, ale szybko mu przeszło. Wcześniej prawie mu nieznany osobiście Marek Jurek miał go pozyskać upodobaniem do erudycyjnych dyskusji o światowej polityce, cywilizacji i filozofii. Pozostał uraz do Kazimierza Ujazdowskiego, który jako lider Przymierza Prawicy wahał się, czy nie pozostać w AWS. Ale nie do Jurka. Marek został uznany za dorodny okaz w kolekcji braci Kaczyńskich - opowiada bliski obecnemu marszałkowi polityk PiS. Tylko czasem prezes niepokoił się, czy wokół Jurka nie powstanie jakaś frakcja, ale szybko się uspokajał.

Spokój był tak wielki, że Marek Jurek mógł sobie pozwolić na odrębne zdanie w kluczowych sprawach. W 2004 roku ogłosił na przykład, że będzie głosował przeciw przystąpieniu Polski do Unii. I choć stanowisko partii było inne, nic mu się nie stało, Obserwatorzy mówili wręcz o zręcznym podziale ról między bardziej centrowych Kaczynskich i fundamentalnego radiomaryjnego Jurka.

A jednak choć w poprzedniej kadencji Marek Jurek zachował lojalność wobec lidera, popadał stopniowo w apatię i zniechęcenie. Miał ciągłe poczucie, że jego tożsamość się rozmywa. I że dawni działacze PC, niczym dawni legioniści w obozie Piłsudskiego, będą zawsze znaczyć więcej od niego - to opinia dobrze znającego bohatera tego tekstu polityka prawicy.

Ostatnim przełomem okazało się - jak mówią zgodne relacje - marszałkowanie. Powierzone Jurkowi przez przypadek, gdy nie doszło do koalicji z Platformą Obywatelską, lecz jakże cenne. Według zgodnych relacji Marek Jurek poczuł się na powrót mocno w siodle wielkiej polityki. Zaczął forsować swoich ludzi na różne stanowiska, zabiegać o występoy w mediach. Po prostu odżył.

Zachował podmiotowość - ale głównie w drobiazgach. Potrafił wierzgać, gdy próbowano mu zbyt nachalnie narzucać takie czy inne proceduralne rozwiązanie. Gonił Przemysława Gosiewskeigo, gdy ten - jeszcze jako szef klubu PiS - usiłował mu wydawać polecenia. Receptą na pozyskanie Jurka były - ma tu rację Bielan - wielogodzinne rozmowy. I dawny Kaczyński, nieobciążony jeszcze premierostwem, uwielbiający pogawędki przy herbacie, poświęcał mu rzeczywiście sporo czasu.

W zamian we wszystkich istotnych sprawach Marek Jurek popierał politykę prezesa. Nie opierał się, gdy usunięto premiera Marcinkiewicza. Wypowiedział się enigmatycznie w obronie prezesa TVP Wildsteina. Ale potem, gdy ten stracił stanowisko, nie wracał już do tematu. Nie kwestionował nigdy koalicji z LPR i Samoobroną, choć z powodów estetycznych musiało mu być ciężko. Gdy Komitet Polityczny PiS podzielił się tak mocno po raz jedyny w sprawie ewentualnych wcześniejszych wyborów, był przeciw nim. - Dla marszałka stabilizacja parlamentu jest najwyższą wartością - zauważali nieco złośliwie koledzy, którzy namawiali do ryzykowania - zamiast grzęźnięcia w układach z Lepperem i Giertychem.

Wieczny reprezentant mniejszości

Ludzie, którzy dobrze go znają, szukają różnych objaśnień dla tej postawy. Oczywiście satysfakcja z marszałkowskiego fotela to ważna okoliczność, ale nie jedyna. Według polityka dobrze znającego Marka Jurka, obecny marszałek zbudował sobie własną wizję rzeczywistości. Inaczej niż kiedyś - w czasach RMP czy nawet na początku lat 90. - skrupulatnie rozdziela dwa światy. Jest świat idealny, który zupełnie nie przypomina współczesnej liberalnej dcmokracji. I jest świat realny, w którym kompromisy są dopuszczalne, a nawet konieczne.

Skąd taki podział? To z kolei objaśnia - odpowiadając na inne pytanie - Jaroslaw Sellin, który towarzyszył mu w RMP, w Krajowej Radzie i dziś w Klubie Parlamentarnym PiS. Marek zawsze chciał i bardzo lubi być politykiem. Ale ma świadomość, że zawsze będzie politykiem reprezentrującym mniejszość. Zarówno tę, która opiera się twardo laicyzacji, jak i nawet mniejszość wewnątrz katolicyzmu. Przecież jego opcja - tradycjonalisty - to potrawa dla smakoszy.

Bycie w mniejszości skazuje na dwie postawy. Albo na straceńczą bezkompromisowość, bicie na oślep. Albo na grę ze światem, przystosowywanie się do rzeczywistości. Obecny marszałek sięgał w swojej politycznej karierze to to po jedną, to po drugą metodę.

Nie jest mięczakiem. W roku 1992 uznał, że sięganie po alkohol może być dla niego, zmuszonego do systematycznej pracy polityka, zbyt wielkim obciążeniem. Do dziś ani razu nie wziął do ręki kieliszka. Co więcej, potrafi się dobrze bawić w towarzystwie ludzi pijących. Zachowuje silną wolę. Odmawia sobie tego, co lubi.

Więc kiedy w jego mniemaniu zagrożone zostały te wartości, dla których przede wszystkim poświęcił się polityce, powiedział: nie. Mógł rachować inaczej. Zdaniem ludzi z otoczenia Kaczyńskiego, jego autonomiczna pozycja po nieudanej batalii o konstytucyjny zakaz aborcji mogłaby nawet wzrosnąć. Stałby się na powrót potrzebny w skomplikowanej grze o zmarginalizowanie LPR i odzyskanie serca ojca Rydzyka.

Trzeba było tylko przetrzymać atak gniewu Kaczyńskiego, który miał skądinąd uprawnioną pretensję, że jego partię wmanewrowano w prestiżową parlamentarną porażkę. Jednak w tej akurat sprawie dla Marka Jurka kompromisów nie było. Tu świat realny zderzył się boleśnie ze swiatem idealnym.

Dziś trudno mu będzie się nagiąć, choć rozsądek podpowiada, że warto na nowo podjąć grę. Drażliwość, którą wykazał, reagując emocjonalnie na incydent z małpą, potrafiłby z pewnością pokonać. Z Wołkiem krążył wokół Dworca Centralnego. Wokół Sejmu czy Kancelarii Premiera też jest sporo przestrzeni. Ale czy zwycięży swoją naturę buntownika? Dawnego wielbiciela Jima Morrisona, który przynajmniej czasem chciałby być nie współczesnym politykiem w garniturze, a średniowiecznym krzyżowcem.






































































































Reklama