Moralność w polityce zawsze źle się kończy - i dla obywateli, i dla tych, którzy moralnym mieczem zaczynają polityczny bój - pisze w DZIENNIKU Ireneusz Krzemiński, socjolog.
Dlaczego lustracja jest tak ważna dla PiS i czy rząd nie powinien zajmować się narastającymi problemami służby zdrowia albo sytuacją w szkolnictwie. Odpowiedź na
pytanie praktyczne zależy od odpowiedzi na pytanie bardziej ogólne.
Nasuwa się najpierw prosta kalka właściwej odpowiedzi: rząd powinien realizować politykę, która będzie zaspokajać interesy i potrzeby jak największej liczby obywateli, i czynić to tak, aby zasada od demokracji nieodłączna - równouprawnienie - nie była naruszona.
A kiedy naruszenie się zdarzy, powinien w imię sprawiedliwości dążyć do wyrównania szans pokrzywdzonych grup. Chodzi o zasadę demokratycznej, równościowej sprawiedliwości: równość szans obywateli, którzy przede wszystkim własną przemyślnością, inicjatywą i gospodarnością powinni zadbać o swój los, ale też i los społecznej wspólnoty.
Zaraz za tym można wymienić niezwykle ważne zadanie: działanie rządu mające na celu budowanie porozumienia między jak największą liczbą obywateli i stworzenie płaszczyzn dyskusji społecznej (a to znaczy i politycznej, i gospodarczej), które pozwalałyby przez negocjacje i umowy rozwiązywać konflikty między różnymi grupami i częściami społeczeństwa, nie tylko reprezentowanymi w parlamencie.
Ten postulat ma dwa aspekty: po pierwsze, zawsze opłaca się rządowi pozyskać jak największe poparcie dla programu rozwiązania bolączek i dróg rozwoju kraju. Ale po drugie, równie ważne, by to rząd pracował na rzecz pogłębienia społecznego porozumienia, współpracy i poczucia wspólnoty w zróżnicowanym, wcale niechętnym do jednomyślności społeczeństwie.
Władza jako misja
Rzecz jasna, oznacza to traktowanie przez polityków władzy, którą mają, jako czegoś, co ma służyć nie własnej partii ani własnym ambicjom, ale przede wszystkim całości społecznej. Zatem prawdziwie demokratyczny rząd to taki, który nieustannie pamięta, iż choć nie przez wszystkich wybrany, powinien uwzględniać w swych decyzjach punkt widzenia jak największej liczby obywateli. Pozyskiwanie uznania dzięki właściwym rozwiązaniom prawnym i administracyjnym niechętnych wcześniej obywateli to prawdziwe potwierdzenie dla rządu, że nie działa dla partykularnych interesów.
Rząd demokratyczny nie jest od pouczania obywateli ani nie może - już choćby w świetle tego, co wyżej powiedziano - opowiadać się za jakimś jednym możliwym systemem wartości. Demokratyczny rząd nie jest nawet od tego, żeby stał na straży społecznej moralności, choć zawsze na straży prawa. To też zresztą jest niejednoznaczne, ale to, co powinno być moralnymi zasadami członków rządu, to bezwzględne przestrzeganie reguł prawa i uczciwości w wykonywaniu publicznych zadań.
Demokratyczne procedury - tak czasem męczące i, wydawałoby się, niepotrzebne - są prawdziwą zaporą przed samowolą i wybujałymi ambicjami polityków. Ich żelazną podstawą jest podział władzy i jego nienaruszalność, zwłaszcza absolutna niezależność od rządu władzy sądowniczej.
Procedury demokratyczne chyba od zawsze są przedmiotem populistycznych zapędów i protestów, bo wszak formalne prawa to żadne prawa, krzyczą tłumy. A wiemy z jakże niedawnej przeszłości, czym się takie zorganizowanie tłumów kończy. Właśnie dwudziestowieczne doświadczenie zdecydowało o zwycięstwie przekonania, że troska o los społeczeństwa najlepiej realizuje się wtedy, gdy bezwzględnie i bezwyjątkowo prawa człowieka i obywatela, prawa indywidualne chronione są na każdym kroku działania państwa. Temu też służą procedury...
Jeżeli ten wywód nazwałem poprawnościową kalką, to dlatego że w praktyce te zasady są różnie realizowane, a model rządów parlamentarno-gabinetowych z różną pozycją prezydenta - głowy państwa - tworzy znacznie bardziej złożone instytucjonalne formy. Ale jedno jest pewne: podział władz oraz prawa człowieka i obywatela jako podstawa wszelkich rozwiązań i działań politycznych, a także świecki, laicki kształt państwa - to na pewno ustrojowe minimum demokracji.
Zaufanie i akceptacja obywateli
Realizacja demokratycznego ustroju nie wyklucza różnych patologii i wcale nie jest tak, aby w praktyce reguł nie łamano, stąd ten obraz wygląda nieco idealistycznie. Niewątpliwe jest również i to, że powstała po komunizmie III RP spełniała ten ustrojowy model, bogaty w rozmaite procedury, które utrudniały i utrudniają przejęcie całej władzy przez rząd, wsparty parlamentarną większością. Bo dojrzałe demokracje kierują się jeszcze jedną zasadą, zwaną przez Amerykanów check & balance: podziału decyzji i równowagi sił między różnymi instytucjami i urzędami. Aby mogły podjąć decyzje, muszą się porozumieć i uzgodnić różne punkty widzenia.
Jeżeli tak opisać zadania rządu demokratycznego, to widać, że jego absolutnym priorytetem powinna być taka polityka, której efektem będzie większe zadowolenie obywateli i wzrastające szanse rozwoju społeczeństwa. Możliwość mobilizowania i wciągania szerokich ich rzesz do realizacji rządowych projektów, zdobywania ich zaufania i akceptacji - to punkt najważniejszy.
Jak z tego punktu widzenia ocenić rządy PiS? Po pierwsze, widać najwyraźniej, że priorytetem działania politycznego jest realizacja programu niewspomagającego obywateli i otwierającego drogi w przyszłość, lecz programu od początku do końca ideologicznego, opartego na stricte ideologicznej diagnozie sytuacji Polski, a wcielanego w życie bez względu na bieżące koszty. Program ten pokrętnie zakłada, że rewolucyjne "oczyszczenie państwa" (ale zatem i społeczeństwa!) pozwoli na realizację "lepszej Polski".
Jeśli ktoś "walkę z układem" traktował metaforycznie, już dawno przekonał się o swym błędzie. Projekt jest bowiem iście szatański: zakłada nie tylko praktyczne "wymiecenie" politycznej, partyjnej reprezentacji tzw. postkomunistów, ale idzie znacznie dalej. Likwidacja WSI nawet za niebagatelną cenę "rozbrojenia" państwa wobec obcych sił i wywiadów oraz kształt ustawy lustracyjnej, której nie udało się, szczęśliwie, wprowadzić w życie, wskazuje, że idzie nie tylko o scenę polityczną. Raczej o to, żeby "oczyścić", czyli wyeliminować ze sceny publicznej całą dotychczasową elitę. Ściśle rzec można, że chodzi o wiele elitarnych środowisk, poczynając od prawniczego.
Przegłosowana 24 maja ustawa o rządowej kontroli sądów i sędziów to już nie groźby, ale rzeczywiste złamanie podziału władz. Lecz nie tylko o prawników chodzi, ale o elitę opiniotwórczą w całości, naukową, a także kadrę urzędniczą. Sens działań jest prosty: jeśli nie eliminacja, to przynajmniej zastraszenie. Komentatorów - takich jak ja sam czy zastępy innych - zmienić jest bardzo łatwo, z urzędnikami bywa gorzej, ale gdy się ich dostatecznie przestraszy - zaczną szybko robić to, czego władza od nich oczekuje.
Konflikt społeczny w centrum działań rządu
W tej sytuacji ostry konflikt społeczny jest w samym centrum działań rządu, który coraz trudniej nazywać demokratycznym, bez względu na to, co sądzi jego premier. Najważniejszą rzeczą staje się - obok zdobycia swobody działania w Sejmie - tak oddziaływać na opinię publiczną, aby choć generalnie nie była przeciwko diagnozie, która lepsze państwo i lepsze życie społeczeństwa wiąże z napiętnowaniem i wyeliminowaniem rozległej części społeczeństwa z życia politycznego i sceny publicznej.
Konieczne jest takie napiętnowanie, nagromadzenie tak negatywnych ocen i skojarzeń, aby nikt głośno nie mógł brać w obronę naznaczonych wykształciuchów. Przedłużenie stanu "rozliczeń" musi wywołać podziały nawet w zintegrowanych kręgach społecznych, bo już sama diagnoza będzie ludzi dzieliła. Ot, choćby sens tego artykułu: czy naprawdę jest aż tak źle? W końcu mają trochę racji... Od tego zaczną się pęknięcia i konflikty, pozwalające na coraz bardziej stanowcze i zrywające dotychczasowe procedury działania.
Wszak na boku pozostawia się - jak na razie - biznes i nawet sejmowa komisja do spraw prywatyzacji banków na celownik bierze przede wszystkim polityków i działaczy gospodarczych, a nie sensu stricte biznesmenów. Ale słusznie się zakłada, że to już wystarczy, aby i biznes zdyscyplinować. Wprawdzie działająca świetnie gospodarka nie może być celem "oczyszczających" zabiegów, bo właśnie dobry jej stan i okres wzrostu sprzyja jak najbardziej podziałowi społeczeństwa i systemowej "czystce". Czyściciele z poprzedniej epoki - w stylu Moczara - mogliby tylko Kaczyńskim zazdrościć, bo gdyby mieli taki atut...
Rząd dla wsparcia ideologicznego potrzebuje nie tylko politycznej ideologii, ale gwarantem swego działania uczynił moralność, zwłaszcza w wersji narodowo-katolickiej. Gazety i dzienniki telewizyjne bombardują nas wynikami sondaży, nieustannie pokazującymi dwudziestoparoprocentowe poparcie dla PiS. Znacznie rzadziej gazety, nie mówiąc o stacjach telewizyjnych, pokazują, jak fatalnie w opinii Polaków wypada ocena rządu i prezydenta.
Widzimy to zresztą na ekranach telewizorów, bo każde wiadomości telewizyjne zaczynają się od akcji strajkowej lekarzy, a potem donoszą o przygotowaniach do strajku nauczycieli. Nie są to grupy robotnicze, bo robotnicy w najbardziej masowy sposób już z Polski wyjechali. Nieumiejętność rozwiązania problemu służby zdrowia jest uderzająca, podobnie jak i innych niezwykle kosztownych w swych skutkach bolączek.
Populistyczne poparcie ideologiczno-kościelnej mniejszości i populistyczne oceny znacznej części społeczeństwa nie dopomogą rządowi w tym, co coraz wyraźniej się rysuje: ideologiczna wizja i wojna ze społeczną większością to nie jest droga demokratycznego rządu. A potencjał reformatorski tego rządu jest ograniczony od podstaw.
Gdy przeanalizować polityczne książki Jarosława Kaczyńskiego od pierwszej z rozmową prowadzoną przez Teresę Bochwic po bodaj ostatni zarys reform z 2001 roku, widać, że myślą nadrzędną o naprawie RP była tam personalna rozprawa z "układem", z książki na książkę bardziej jasny program "oczyszczenia" z ludzi "starej formacji" oraz dotychczasowych "elit" jako najważniejsza rzecz w odbudowie państwa.
Nie ma tam wizji reform instytucji, naprawy procedur demokratycznych, lecz rozprawa z konkretnymi ludźmi i hasło moralnej przemiany życia społecznego. Moralność w polityce zawsze źle się kończy - i dla obywateli, i dla tych, którzy moralnym mieczem zaczynają polityczny bój.
Ireneusz Krzemiński, socjolog, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, prorektor Wyższej Szkoły Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia
Nasuwa się najpierw prosta kalka właściwej odpowiedzi: rząd powinien realizować politykę, która będzie zaspokajać interesy i potrzeby jak największej liczby obywateli, i czynić to tak, aby zasada od demokracji nieodłączna - równouprawnienie - nie była naruszona.
A kiedy naruszenie się zdarzy, powinien w imię sprawiedliwości dążyć do wyrównania szans pokrzywdzonych grup. Chodzi o zasadę demokratycznej, równościowej sprawiedliwości: równość szans obywateli, którzy przede wszystkim własną przemyślnością, inicjatywą i gospodarnością powinni zadbać o swój los, ale też i los społecznej wspólnoty.
Zaraz za tym można wymienić niezwykle ważne zadanie: działanie rządu mające na celu budowanie porozumienia między jak największą liczbą obywateli i stworzenie płaszczyzn dyskusji społecznej (a to znaczy i politycznej, i gospodarczej), które pozwalałyby przez negocjacje i umowy rozwiązywać konflikty między różnymi grupami i częściami społeczeństwa, nie tylko reprezentowanymi w parlamencie.
Ten postulat ma dwa aspekty: po pierwsze, zawsze opłaca się rządowi pozyskać jak największe poparcie dla programu rozwiązania bolączek i dróg rozwoju kraju. Ale po drugie, równie ważne, by to rząd pracował na rzecz pogłębienia społecznego porozumienia, współpracy i poczucia wspólnoty w zróżnicowanym, wcale niechętnym do jednomyślności społeczeństwie.
Władza jako misja
Rzecz jasna, oznacza to traktowanie przez polityków władzy, którą mają, jako czegoś, co ma służyć nie własnej partii ani własnym ambicjom, ale przede wszystkim całości społecznej. Zatem prawdziwie demokratyczny rząd to taki, który nieustannie pamięta, iż choć nie przez wszystkich wybrany, powinien uwzględniać w swych decyzjach punkt widzenia jak największej liczby obywateli. Pozyskiwanie uznania dzięki właściwym rozwiązaniom prawnym i administracyjnym niechętnych wcześniej obywateli to prawdziwe potwierdzenie dla rządu, że nie działa dla partykularnych interesów.
Rząd demokratyczny nie jest od pouczania obywateli ani nie może - już choćby w świetle tego, co wyżej powiedziano - opowiadać się za jakimś jednym możliwym systemem wartości. Demokratyczny rząd nie jest nawet od tego, żeby stał na straży społecznej moralności, choć zawsze na straży prawa. To też zresztą jest niejednoznaczne, ale to, co powinno być moralnymi zasadami członków rządu, to bezwzględne przestrzeganie reguł prawa i uczciwości w wykonywaniu publicznych zadań.
Demokratyczne procedury - tak czasem męczące i, wydawałoby się, niepotrzebne - są prawdziwą zaporą przed samowolą i wybujałymi ambicjami polityków. Ich żelazną podstawą jest podział władzy i jego nienaruszalność, zwłaszcza absolutna niezależność od rządu władzy sądowniczej.
Procedury demokratyczne chyba od zawsze są przedmiotem populistycznych zapędów i protestów, bo wszak formalne prawa to żadne prawa, krzyczą tłumy. A wiemy z jakże niedawnej przeszłości, czym się takie zorganizowanie tłumów kończy. Właśnie dwudziestowieczne doświadczenie zdecydowało o zwycięstwie przekonania, że troska o los społeczeństwa najlepiej realizuje się wtedy, gdy bezwzględnie i bezwyjątkowo prawa człowieka i obywatela, prawa indywidualne chronione są na każdym kroku działania państwa. Temu też służą procedury...
Jeżeli ten wywód nazwałem poprawnościową kalką, to dlatego że w praktyce te zasady są różnie realizowane, a model rządów parlamentarno-gabinetowych z różną pozycją prezydenta - głowy państwa - tworzy znacznie bardziej złożone instytucjonalne formy. Ale jedno jest pewne: podział władz oraz prawa człowieka i obywatela jako podstawa wszelkich rozwiązań i działań politycznych, a także świecki, laicki kształt państwa - to na pewno ustrojowe minimum demokracji.
Zaufanie i akceptacja obywateli
Realizacja demokratycznego ustroju nie wyklucza różnych patologii i wcale nie jest tak, aby w praktyce reguł nie łamano, stąd ten obraz wygląda nieco idealistycznie. Niewątpliwe jest również i to, że powstała po komunizmie III RP spełniała ten ustrojowy model, bogaty w rozmaite procedury, które utrudniały i utrudniają przejęcie całej władzy przez rząd, wsparty parlamentarną większością. Bo dojrzałe demokracje kierują się jeszcze jedną zasadą, zwaną przez Amerykanów check & balance: podziału decyzji i równowagi sił między różnymi instytucjami i urzędami. Aby mogły podjąć decyzje, muszą się porozumieć i uzgodnić różne punkty widzenia.
Jeżeli tak opisać zadania rządu demokratycznego, to widać, że jego absolutnym priorytetem powinna być taka polityka, której efektem będzie większe zadowolenie obywateli i wzrastające szanse rozwoju społeczeństwa. Możliwość mobilizowania i wciągania szerokich ich rzesz do realizacji rządowych projektów, zdobywania ich zaufania i akceptacji - to punkt najważniejszy.
Jak z tego punktu widzenia ocenić rządy PiS? Po pierwsze, widać najwyraźniej, że priorytetem działania politycznego jest realizacja programu niewspomagającego obywateli i otwierającego drogi w przyszłość, lecz programu od początku do końca ideologicznego, opartego na stricte ideologicznej diagnozie sytuacji Polski, a wcielanego w życie bez względu na bieżące koszty. Program ten pokrętnie zakłada, że rewolucyjne "oczyszczenie państwa" (ale zatem i społeczeństwa!) pozwoli na realizację "lepszej Polski".
Jeśli ktoś "walkę z układem" traktował metaforycznie, już dawno przekonał się o swym błędzie. Projekt jest bowiem iście szatański: zakłada nie tylko praktyczne "wymiecenie" politycznej, partyjnej reprezentacji tzw. postkomunistów, ale idzie znacznie dalej. Likwidacja WSI nawet za niebagatelną cenę "rozbrojenia" państwa wobec obcych sił i wywiadów oraz kształt ustawy lustracyjnej, której nie udało się, szczęśliwie, wprowadzić w życie, wskazuje, że idzie nie tylko o scenę polityczną. Raczej o to, żeby "oczyścić", czyli wyeliminować ze sceny publicznej całą dotychczasową elitę. Ściśle rzec można, że chodzi o wiele elitarnych środowisk, poczynając od prawniczego.
Przegłosowana 24 maja ustawa o rządowej kontroli sądów i sędziów to już nie groźby, ale rzeczywiste złamanie podziału władz. Lecz nie tylko o prawników chodzi, ale o elitę opiniotwórczą w całości, naukową, a także kadrę urzędniczą. Sens działań jest prosty: jeśli nie eliminacja, to przynajmniej zastraszenie. Komentatorów - takich jak ja sam czy zastępy innych - zmienić jest bardzo łatwo, z urzędnikami bywa gorzej, ale gdy się ich dostatecznie przestraszy - zaczną szybko robić to, czego władza od nich oczekuje.
Konflikt społeczny w centrum działań rządu
W tej sytuacji ostry konflikt społeczny jest w samym centrum działań rządu, który coraz trudniej nazywać demokratycznym, bez względu na to, co sądzi jego premier. Najważniejszą rzeczą staje się - obok zdobycia swobody działania w Sejmie - tak oddziaływać na opinię publiczną, aby choć generalnie nie była przeciwko diagnozie, która lepsze państwo i lepsze życie społeczeństwa wiąże z napiętnowaniem i wyeliminowaniem rozległej części społeczeństwa z życia politycznego i sceny publicznej.
Konieczne jest takie napiętnowanie, nagromadzenie tak negatywnych ocen i skojarzeń, aby nikt głośno nie mógł brać w obronę naznaczonych wykształciuchów. Przedłużenie stanu "rozliczeń" musi wywołać podziały nawet w zintegrowanych kręgach społecznych, bo już sama diagnoza będzie ludzi dzieliła. Ot, choćby sens tego artykułu: czy naprawdę jest aż tak źle? W końcu mają trochę racji... Od tego zaczną się pęknięcia i konflikty, pozwalające na coraz bardziej stanowcze i zrywające dotychczasowe procedury działania.
Wszak na boku pozostawia się - jak na razie - biznes i nawet sejmowa komisja do spraw prywatyzacji banków na celownik bierze przede wszystkim polityków i działaczy gospodarczych, a nie sensu stricte biznesmenów. Ale słusznie się zakłada, że to już wystarczy, aby i biznes zdyscyplinować. Wprawdzie działająca świetnie gospodarka nie może być celem "oczyszczających" zabiegów, bo właśnie dobry jej stan i okres wzrostu sprzyja jak najbardziej podziałowi społeczeństwa i systemowej "czystce". Czyściciele z poprzedniej epoki - w stylu Moczara - mogliby tylko Kaczyńskim zazdrościć, bo gdyby mieli taki atut...
Rząd dla wsparcia ideologicznego potrzebuje nie tylko politycznej ideologii, ale gwarantem swego działania uczynił moralność, zwłaszcza w wersji narodowo-katolickiej. Gazety i dzienniki telewizyjne bombardują nas wynikami sondaży, nieustannie pokazującymi dwudziestoparoprocentowe poparcie dla PiS. Znacznie rzadziej gazety, nie mówiąc o stacjach telewizyjnych, pokazują, jak fatalnie w opinii Polaków wypada ocena rządu i prezydenta.
Widzimy to zresztą na ekranach telewizorów, bo każde wiadomości telewizyjne zaczynają się od akcji strajkowej lekarzy, a potem donoszą o przygotowaniach do strajku nauczycieli. Nie są to grupy robotnicze, bo robotnicy w najbardziej masowy sposób już z Polski wyjechali. Nieumiejętność rozwiązania problemu służby zdrowia jest uderzająca, podobnie jak i innych niezwykle kosztownych w swych skutkach bolączek.
Populistyczne poparcie ideologiczno-kościelnej mniejszości i populistyczne oceny znacznej części społeczeństwa nie dopomogą rządowi w tym, co coraz wyraźniej się rysuje: ideologiczna wizja i wojna ze społeczną większością to nie jest droga demokratycznego rządu. A potencjał reformatorski tego rządu jest ograniczony od podstaw.
Gdy przeanalizować polityczne książki Jarosława Kaczyńskiego od pierwszej z rozmową prowadzoną przez Teresę Bochwic po bodaj ostatni zarys reform z 2001 roku, widać, że myślą nadrzędną o naprawie RP była tam personalna rozprawa z "układem", z książki na książkę bardziej jasny program "oczyszczenia" z ludzi "starej formacji" oraz dotychczasowych "elit" jako najważniejsza rzecz w odbudowie państwa.
Nie ma tam wizji reform instytucji, naprawy procedur demokratycznych, lecz rozprawa z konkretnymi ludźmi i hasło moralnej przemiany życia społecznego. Moralność w polityce zawsze źle się kończy - i dla obywateli, i dla tych, którzy moralnym mieczem zaczynają polityczny bój.
Ireneusz Krzemiński, socjolog, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, prorektor Wyższej Szkoły Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl