Dziennik Gazeta Prawana logo

"Strzelano tak, aby zabić"

13 października 2007, 15:20
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Sytuacja bardzo trudna - słychać było na milicyjnych falach. "Albo użyjemy broni, albo musimy się wycofać". To meldunek z 16 grudnia 1981 roku o godzinie 12.02 pułkownika Kazimierza Wilczyńskiego, szefa katowickiego ZOMO dowodzącego akcją pacyfikacji kopalni "Wujek" w Katowicach - pisze Jerzy Jachowicz, publicysta DZIENNIKA.
Pierwsze strzały z luf plutonu specjalnego ZOMO do górników "Wujka" padły ok. godz. 12.15. Znak do otwarcia ognia dał dowódca plutonu Romuald Cieślak. Skazany wczoraj w trzecim procesie na 11 lat więzienia.
W tym czasie agent SB z kopalnianego telefonu przekazuje dowodzącemu poufny meldunek: "Z terenu kopalni wynoszą rannych". Agent nie wie, że wśród leżących na ziemi są też zabici.

Ogień ustaje o 13.02. Z terenu kopalni wycofywane są czołgi. Bilans ofiar jest przerażający: 9 zabitych, blisko 50 rannych, w tym 23 od ran postrzałowych. Miejsca postrzałów świadczą o tym, że celowano, by zabić, a nie tylko unieszkodliwić.

Wieść o tragedii "Wujka" rozeszła się po Śląsku błyskawicznie. Była paraliżująca. Jej przygnębiający ciężar sprawił, że zamarł całkowicie opór przeciwko stanowi wojennemu.

Wywlekanie rannych
Górnicy "Wujka" zastrajkowali w nocy z 12 na 13 grudnia, kiedy milicja aresztowała Jana Ludwiczaka, ówczesnego szefa kopalnianej "Solidarności". Kopalnię natychmiast otoczyły milicja i wojsko, ale górnicy odmówili przerwania strajku. Przed północą 15 grudnia zaplanowano wyparcie strajkujących. Dyrekcja kopalni dostarczyła plany "Wujka".

Agenci SB poinformowali, że bramy wjazdowe są zaminowane. Dlatego następnego dnia około godziny 11.00 kopalniany mur staranowały czołgi. Za nimi do środka wdarły się oddziały ZOMO. Wśród nich pluton specjalny z bronią na ostrą amunicję.

Po zaprzestaniu ognia z terenu kopalni wycofywane są czołgi. Zabici to: 4 w wyniku strzałów w głowę, 4 - w klatkę piersiową, 1 - w szyję. Najmłodszy zastrzelony miał 19 lat, najstarszy - 48.

Milicja zorganizowała zapory uniemożliwiające swobodny wywóz poszkodowanych w karetkach. Przy tych blokadach rannych wywlekano z ambulansów. Jeśli nazwisko któregoś widniało na listach do aresztowania, osobnym transportem przewożono ich do szpitala więziennego. W czasie tych kontroli pobito wiele osób z obsługi karetek: lekarzy, pielęgniarki i pielęgniarzy, a nawet kierowców.

Zacieranie śladów zbrodni
Od pierwszych godzin prowadzonego przez prokuraturę wojskową śledztwa chodziło o to, by uchronić strzelających od poniesienia odpowiedzialności. W notatce z pierwszej wizji lokalnej prokuratorów zastępca szefa prokuratury gliwickiej napisał, że nie mogli zacząć zbierać dowodów rzeczowych, gdyż przy zwłokach zabitych gromadzili się górnicy, palili świeczki, ustawili krzyż. Było to pierwsze kłamstwo tego śledztwa. W czasie prokuratorskiej wizji zwłoki poległych były już przechowywane w stacji pogotowia ratunkowego. Sto metrów od miejsca, w którym strzelano do strajkujących.

Tego samego dnia płk Konarzewski formalnie rozpoczął śledztwo, nadając mu od razu tendencyjny kierunek. W jego uzasadnieniu napisał bowiem, że górnicy atakowali funkcjonariuszy niebezpiecznymi narzędziami. Opisując otwarcie ognia do strajkujących, zanotował: "W pewnym momencie doszło do walki wręcz między stronami. W tym czasie ktoś z funkcjonariuszy ZOMO użył broni palnej, w wyniku czego 6 górników poniosło śmierć na miejscu".

Następnego dnia na miejscu zdarzeń prokuratorzy znaleźli duże liczby łusek, lecz nie zebrali ich i nie zabezpieczyli. Prokuratura nie zbadała też broni, z której strzelano do strajkujących, przekreślając w ten sposób nieodwracalnie możliwość udowodnienia, że to właśnie z tej broni, przypisanej przecież indywidualnie każdemu członkowi plutonu Romualda Cieślaka, oddano strzały w kierunku górników.

Prowadzone takim sposobem śledztwo umorzono już po miesiącu, pod koniec stycznia 1982 r. Jego podstawą było przyjęte przez prokuraturę założenie, iż strajkujący w czasie ataku na siły porządkowe przemieszali się z funkcjonariuszami. Ci ostatni znajdowali się w mniejszości, więc górnicy ich bili. A w dodatku strajkujący - uzasadniała prokuratura - wznosili okrzyki, że chcą zabić funkcjonariuszy.

Tylko dlatego pluton specjalny był zmuszony do otwarcia ognia. Broni użyto więc w obronie koniecznej - to był trzon uzasadnienia prokuratury, wypełniającej potulnie swoje powinności wobec ówczesnej władzy politycznej. Funkcjonariusze strzelali wyłącznie w powietrze. Do górników strzelać nie mogli, bo istniało ryzyko rażenia też przemieszanych ze strajkującymi swoich kolegów z ZOMO - utrzymywała prokuratura.

Skandaliczna nieudolność
Dwa pierwsze procesy, które miały miejsce już w wolnej Polsce, choć brzmi to wręcz niewiarygodnie, przyjmowały w dużej części za punkt wyjścia wersję spreparowaną przez peerelowską prokuraturę wojskową. Gdzie fałsz splatał się z manipulacją.

Wyroki, jakie do wczoraj zapadały w sprawie pacyfikacji kopalni "Wujek", ilustrują nieudolności polskiego wymiaru sprawiedliwości w rozliczeniach zbrodni popełnionych przez funkcjonariuszy aparatu represji i przemocy w latach 80. Stały się dosadnym przykładem bezradności i bezsilności sądownictwa.

Na początku lat 90. wrócono do sprawy zdławienia strajku w "Wujku" pod naciskiem wyników badań tzw. Komisji Rokity. Ujawniono w niej szokujące fakty, obnażające fałszerstwa i manipulacje w umorzonym w 1982 roku śledztwie.

Pierwszy proces w tej sprawie rozpoczął się przed sądem katowickim w marcu 1993, czyli półtora roku po zakończeniu prac komisji. Ciągnął się ponad cztery lata, do listopada 1997. Część oskarżonych sąd uniewinnił, a w stosunku do innych umorzył sprawę. Tamten sąd nie potrafił znaleźć związku dowodowego prowadzącego od strzelających zomowców do zabitych i rannych górników.

Kuriozalne było uzasadnienie wygłoszone przez sędzinę. Twierdziła ona, że musi uniewinnić funkcjonariuszy, bo nie jest w stanie wskazać, który zomowiec zabił lub ranił konkretnego górnika. Wyrok ten uchylił sąd apelacyjny, doszukując się w nim błędów formalnych.

Od skandalu rozpoczął się też drugi proces w 1999 roku. Nie można było znaleźć wśród katowickich sędziów takich, którzy byliby gotowi prowadzić tę sprawę. Wymigać próbowali się także adwokaci, którzy z urzędu mieli bronić zomowców. Myślano nawet o przeniesieniu procesu poza okręg katowicki, ale Sąd Najwyższy nie zgodził się na to. Drugi proces po dwóch latach zakończył się podobnym rozstrzygnięciem jak pierwszy: uniewinnieniem i umorzeniem.

Kolejna apelacja stwierdziła jednak: "Sprzeciw musi budzić używanie broni w celu rozwiązywania sporów zbiorowych", dodając, że górnicy mieli świadomość bezprawności działań funkcjonariuszy milicji i, co najważniejsze, walczyli o dobro wspólne.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj