VII Debata DZIENNIKA odbędzie się dziś o godz. 18.00 w gmachu głównym Biblioteki Narodowej, w sali im. Stefana Dembego. Poprowadzi ją szef Tygodnika Idei Europa, Maciej Nowicki.
Alain Finkielkraut, wielki francuski filozof, intelektualny patron nowej prawicy Nicolasa Sarkozy'ego, jest ulubionym obiektem ataków francuskiej nowej lewicy, którą swego czasu oskarżył o antysemityzm i nienawiść do Izraela. Te ataki mogą świadczyć o tym, że dobrze wywiązuje się z postawionego sobie zadania. Podstawowym celem intelektualisty w opinii Finkielkrauta jest bowiem nie tyle wierność własnym przekonaniom, co gorączkowa kłótnia z opiniami, które większość uznaje za słuszne. On sam niczego innego nie robił przez całe życie. W maju 1968 roku był rewolucjonistą. Potem, gdy francuska inteligencja wciąż nie mogła wyzwolić się od marksizmu, stał się entuzjastą twórczości dysydentów z Europy Środkowej (Kołakowskiego, Havla, Patočki). Widać go było na demonstracjach, które odbywały się w Paryżu po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego.
Kiedy z kolei w Nowym Jorku runęły wieże WTC, a w antyamerykańskiej Francji przyjęto to z mieszaniną lęku i złośliwej satysfakcji, Finkielkraut deklarował najgłębszą solidarność z Amerykanami. Później konsekwentnie popierał też neokonserwatywną strategię "wojny z terrorem" - to wtedy przylgnęła do niego opinia "nowego reakcjonisty". Wreszcie, kiedy w kampanii przed wyborami prezydenckimi cała lewica przypuszczała wściekłe ataki na Sarkozy'ego, nazywając go faszystą, Finkielkraut poparł jego sposób podejścia do problemu imigracji.
Po stronie Sarkozy'ego
Z liderem francuskiej prawicy wspólnota poglądów połączyła go już wcześniej - kiedy jesienią 2005 roku na paryskich przedmieściach wybuchły zamieszki. Stanowiły one kolejną odsłonę w
niekończącym się kryzysie francuskiej polityki. Najpierw były wybory w roku 2002, w których do drugiej tury przeszedł Le Pen, deklasując kandydata lewicy (rzecz jeszcze do niedawna we Francji
nie do pomyślenia). Wygrał zaś Jacques Chirac - kandydat, którego tak naprawdę niemal wszyscy Francuzi chcieli się pozbyć. Potem było referendum w sprawie konstytucji europejskiej, w którym
większość obywateli zagłosowała na nie. Zamieszki na przedmieściach traktowano dość powszechnie jako wyraz społecznej frustracji i bunt na tle nierówności ekonomicznych. Bezrobocie
wynosiło tam blisko 40 proc., a w wielu rodzinach od dwóch pokoleń nie było pracy.
Zarówno Sarkozy, będący wtedy ministrem spraw wewnętrznych, jak i Finkielkraut na tę kryzysową sytuację zareagowali ostro. Ten pierwszy publicznie nazwał uczestników zamieszek "hołotą" i zapowiadał, że ukaże ich z całą surowością. Ten drugi wywołał zaś medialny skandal. W wywiadzie dla izraelskiego dziennika "Haaretz" odrzucił wszelkie społeczno-ekonomiczne wyjaśnienia faktu zamieszek. "We Francji bardzo pragnie się zredukować te zamieszki do ich wymiaru społecznego - mówił - ujrzeć je jako rewoltę młodych przeciwko ich sytuacji, przeciwko dyskryminacji jakiej są przedmiotem, przeciwko bezrobociu. Problem polega na tym, że większość tych młodych to czarni albo arabscy muzułmanie. Proszę zrozumieć, we Francji są także inni imigranci, których sytuacja jest naprawdę trudna - Chińczycy, Wietnamczycy, Portugalczycy - i nie biorą udziału w rozruchach. Dlatego jasne jest, że ta rewolta ma charakter etniczny i religijny". Słowa te w połączeniu ze stwierdzeniem, że francuska "czarno-czarno-czarna" drużyna piłkarska jest pośmiewiskiem całej Europy, wywołały skandal. Dziennikarze "Haaretza", których głównym celem było złapanie Finkielkrauta w sidła jego emocjonalnego stylu, określili go jako rasistę i zwolennika Le Pena. We Francji żądano usunięcia go z publicznego radia France Culture, gdzie od lat prowadzi świetną audycję "Repliques". W jego obronie stanęły publicznie tylko dwie osoby: znany pisarz i eseista Pascal Bruckner, współautor pierwszych książek Finkielkrauta oraz… Nicolas Sarkozy, który stwierdził, że "Finkielkraut obronił honor inteligencji francuskiej".
Przewodnik nowej prawicy
Z perspektywy czasu okazało się, że był to jeden z najważniejszych momentów w kampanii prezydenckiej Sakozy’ego. To wtedy zaczął się ostatecznie krystalizować program
"nowej prawicy". Jego istotnym elementem stała się ochrona francuskiej tradycji i tożsamości narodowej - temat "zarezerwowany" dotąd dla ugrupowań skrajnych
w rodzaju Frontu Narodowego Le Pena. Zaowocowało to konkretnym pomysłem powołania specjalnego ministerstwa mającego m.in. rozwiązać problem asymilacji imigrantów do kultury francuskiej.
Nie trzeba dodawać, że pomysł został surowo napiętnowany przez większość zorientowanych na lewo intelektualistów jako kolejny przejaw "faszystowskiego myślenia" Sarkozy'ego. Dla Finkielkrauta był to jednak konieczny krok w walce z ideologią multikulturalizmu, która, jego zdaniem, niszczy francuską tradycję republikańską. Ta ostatnia zakładała integrację wszystkich do jednej dominującej kultury, multikulturalizm natomiast lansuje wizję państwa, które zamieszkują wspólnoty reprezentujące różne kultury. Finkielkraut, niechętny dominującemu wśród francuskiej inteligencji "duchowi '68 roku", uznał tę ideologię za kolejny wytwór tegoż ducha. Za kolejną iluzję lewicy, która w imię "postępu" zaczyna zjadać własny ogon i przeciwstawia się ideałom równości i braterstwa. Ta krytyka niewątpliwie zbliżyła go do Sarkozy’ego.
Zbliżenie nie oznacza jednak postawy bezkrytycznej aprobaty. Finkielkraut - inaczej niż wielu polskich intelektualistów, którzy, przechodząc na stronę jakiejś partii, bezkrytycznie popierają wszelkie jej poczynania - surowo skarcił Sarkozy'ego za jego zachowanie po zwycięskich wyborach. Świeżo wybrany kandydat prawicy wybrał się wraz z żoną i synem w podróż luksusowym jachtem użyczonym przez jednego z zamożnych biznesmenów. Wywołało to falę krytyki, ale głos Finkielkrauta, dotąd sprzyjającego Sarkozy’emu, brzmiał tu szczególnie donośnie: "Nie można powoływać się na de Gaulle’a i zachowywać jak Berlusconi!" - pisał zjadliwie filozof.
Ostatni bard Mitteleuropy
Być może na zbliżeniu Finkielkrauta z Sarkozym zaważyło jeszcze co innego. Ten ostatni jest jak wiadomo potomkiem żydowskich emigrantów z Węgier - w kampanii wyborczej otwarcie przyznawał,
że nie ma w żyłach ani jednej kropli francuskiej krwi. Finkielkraut jest zaś ostatnim chyba intelektualistą, który tak bardzo ceni sobie tradycję i swoisty mit Europy Środkowej. Opowieść o
"Mitteleuropie" - krainie unikalnej, leżącej "między wschodem a zachodem" - stworzyli w latach 70. wybitni intelektualiści dysydenci: Milan Kundera, Drago
Jancar, Gyorgi Konrad, a w Polsce choćby Adam Michnik.
W warunkach zimnej wojny "Mitteleuropa" stała się politycznym hasłem, mającym wyrażać niezależność naszego regionu wobec obu stron konfliktu. Dla Finkielkrauta tak rozumiana Europa Środkowa wciąż jest miejscem magicznym. W wydanej w 1999 roku książce "Niewdzięczność" twierdził, że zblazowany Zachód właśnie od Europy Środkowej powinien uczyć się, na czym polega tragizm i nieprzewidywalność historii. W wywiadach, które publikowaliśmy na łamach "Europy", wielokrotnie przekonywał nas, że doświadczenie środkowoeuropejskie jest unikalne i powinniśmy być z niego dumni, wkraczając na zachodnie salony.
W polskim czytelniku lektura "Niewdzięczności" (książka ukazała się u nas w zeszłym roku) musi wywołać melancholijne odczucia. Nie tylko dlatego, że trudno w polskiej rzeczywistości wolnorynkowego kapitalizmu odnaleźć ślady owej niepowtarzalnej "magii" Europy Środkowej. Niegdysiejsi rzecznicy tej idei już dawno odłożyli ją do lamusa. Uznali modernizację w zachodnim stylu za jedyną słuszną drogę. Zajęli się "europeizacją" tego, co kiedyś uznawali za najbardziej europejskie. "Mitteleuropa" wydaje się im dzisiaj albo ideą szlachetną lecz poronioną, albo wręcz ideą niebezpieczną - "reakcyjną" i "nacjonalistyczną". Szkoda, że o czymś, co mogło być naszym oryginalnym wkładem w europejskie dziedzictwo, musi nam dziś przypominać przybysz z Zachodu.
Michał Warchala, ur. 1977, historyk idei. Wydawnictwo Universitas wydało niedawno jego książkę "Autentyczność i nowoczesność". Jest redaktorem dodatku "Europa"