W ostatnim czasie stały się one testem na amerykańską gotowość do wypracowania z nami specjalnych stosunków. Wypadł on negatywnie. Do tej pory bowiem to Warszawa utrzymywała specjalne stosunki z Waszyngtonem, tymczasem dla Białego Domu nie jesteśmy nikim szczególnym, dużo więcej dostają od niego nie tylko Izrael czy Wielka Brytania, ale nawet Turcja, Arabia Saudyjska i Egipt.

Od lat Polska z zapałem angażuje się w amerykańskie inicjatywy na świecie w ramach walki z terroryzmem. Wysłaliśmy wojsko do Iraku i Afganistanu, tocząc tam wojny w obronie interesów USA, nie naszych. Skoro narażamy życie polskich żołnierzy oraz tracimy pieniądze polskiego podatnika, trzeba w końcu zadać pytanie: co dostajemy w zamian? Bilans wypada marnie.

Prawda, Stany Zjednoczone mają przepisy określające, kto może, a komu nie wolno wjeżdżać na ich terytorium bez wizy - to pierwsze dotyczy krajów, w których ambasady odrzucają nie więcej niż 10 procent wniosków. Czesi i Estończycy mieszczą się w tej kategorii, my nie. Istnieje jednak i druga strona medalu, o której pisaliśmy w DZIENNIKU - amerykańscy konsulowie odmawiają wiz według własnego widzimisię, nie stosują ściśle określonych kryteriów. Nie jest to wyjątkowa sytuacja w relacjach polsko-amerykańskich, dominuje w nich właśnie uznaniowość, a nie konkret.

Kiedy Polska wyzwoliła się z komunizmu, nasz strategiczny wybór był oczywisty: musimy wstąpić do NATO, najsilniejszego sojuszu wojskowego na świecie. Zrobiliśmy to. Trzonem Paktu są Stany Zjednoczone, do których mieliśmy sentyment za ich zaangażowanie w walkę z komunizmem, wniosek - trzeba trzymać się z Amerykanami na każdym kroku, by zaskarbić sobie ich względy i przekonać, że zawsze mogą na nas liczyć, a w konsekwencji - my na nich. Trudno odmówić temu rozumowaniu logiki, niemniej zawierało małą lukę, zakładało bowiem pełnię dobrej woli po drugiej stronie. Z tym jednak nie jest najlepiej. Owszem, prezydent Bush nie szczędzi nam od czasu do czasu miłych słów, poklepuje po ramieniu, ale nie czyni dla nas wiele więcej.

Mimo sprzeciwu naszych partnerów z UE w 2003 r. na prośbę USA wysłaliśmy wojsko do Iraku, choć interwencja nie była autoryzowana przez ONZ. Liczyliśmy na dochodowe kontrakty na odbudowę kraju, dostawy broni dla jego nowej armii, udziały w przemyśle wydobywczym. Niewiele z tego wyszło, podczas gdy firmy amerykańskie i brytyjskie zarabiają na Iraku krocie. Podkreślmy - nie zmuszał nas do tego żaden traktat czy sojusz, mało tego - do interwencji doszło wbrew woli społeczności międzynarodowej. Nie postawiliśmy warunków, niczego nie żądaliśmy w zamian. Można śmiało powiedzieć, że zrobiliśmy dla Amerykanów dużo więcej niż to, do czego zobowiązywałyby nas jedynie dobre relacje i przyjaźń.

Także w Afganistanie wyszliśmy daleko przed szereg. Kiedy Amerykanie poprosili NATO o przejęcie odpowiedzialności za cały kraj i wysłanie tam oddziałów bojowych, Polska odpowiedziała z entuzjazmem, deklarując na wojnę 1200 żołnierzy. W Afganistanie nie liczyliśmy nawet na kontrakty, bo nikt nie ma złudzeń, że można tam cokolwiek zarobić. W tym kraju nie ma ropy, cennych minerałów, portów.

Także i w tym wypadku nie zmuszał nas do interwencji traktat waszyngtoński regulujący działania NATO - zrobiliśmy to z wolnej woli, aby pomóc Ameryce. Lista naszych gestów wobec USA jest zresztą dłuższa. Poparliśmy interwencję Sojuszu w Kosowie, kupiliśmy F-16 zamiast europejskiego grippena, nie pisnęliśmy ani słowa protestu przeciwko torturowaniu jeńców w Abu Ghraib i Guantanamo, współpracujemy z wywiadem USA, a nawet poparliśmy Izrael podczas ostatniej wojny w Libanie. I tak dalej, i tak dalej.

Reklama

My występujemy wobec USA z otwartymi ramionami, ale czy one grają wobec nas fair? Polacy od lat chcieliby nadać naszym relacjom status specjalny, taki jaki USA mają z Wielką Brytanią i Izraelem. Nasze umizgi trafiają jednak na ścianę obojętności. Podobne relacje powinny opierać się na dwustronnym traktacie o współpracy wojskowej, wręcz sojuszu. NATO bowiem nie wystarcza jako formuła prawna do aż tak ścisłych stosunków między nami. Ameryka podpisała taki dokument na przykład z Izraelem, Egiptem i Tajwanem. Kiedy wspomnieliśmy o traktacie podczas negocjacji w sprawie budowy w Polsce tarczy antyrakietowej, odpowiedziało nam milczenie.

Za to, co robimy dla Ameryki, mamy prawo oczekiwać też preferencyjnych dostaw uzbrojenia. Przed kilkoma dniami Kongres przyjął ustawę o zwiększeniu pomocy wojskowej dla krajów Zatoki Perskiej, Egiptu i Izraela. W ciągu najbliższych 10 lat popłyną tam miliardy dolarów, za które kraje te kupią między innymi nowoczesne systemy antyrakietowe. My nie możemy doprosić się dziesięciu baterii antyrakiet Patriot 3 lub THAAD, które choć w minimalnym stopniu zabezpieczałyby nasze niebo. To zrozumiałe, że Ameryka koncentruje teraz uwagę na Bliskim Wschodzie, nikt też nie oczekuje, że będzie nas faszerowała bronią tak, jak Arabię Saudyjską, ale mimo to chcielibyśmy dostać coś więcej niż tylko zużyte hummery dla sił w Iraku i Afganistanie.

Ameryka nie traktuje i nigdy nie traktowała nas na specjalnych warunkach. Jesteśmy dla niej jednym z wielu partnerów, prawdopodobnie nie plasujemy się nawet w pierwszej dziesiątce zainteresowania. Może w takiej sytuacji czas zerwać ze złudzeniami i zacząć traktować relacje z Waszyngtonem jak polityczny biznes. My wam pomagamy w miarę możliwości, ale w zamian za konkretne profity, a nie na piękne oczy. Kto wie, czy takie postępowanie nie wzbudzi w Amerykanach większego szacunku dla wymagającego, ale rzetelnego partnera niż dla uległego wykonawcy ich woli.