Jednak do niczego takiego po roku 1989 nie doszło. To, z czym mieliśmy do czynienia, było jedynie obnażeniem i deklaratywnym potępieniem przez całą klasę polityczną - z postkomunistami włącznie - totalitaryzmu, dyktatorskich form sprawowania władzy, tudzież - z pewnymi zastrzeżeniami - gospodarki centralnie planowanej.
Dyskurs kształtujący ideologię marksistowską posiada do chwili obecnej całe zastępy swoich obrońców. I nie chodzi tu o wykładowców Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR, lecz o znacznie szersze i ideowo zróżnicowane grono osób. Ich rola w polskim życiu publicznym nie jest bynajmniej marginalna. Oczywiście są oni krytyczni wobec spuścizny filozofa z Trewiru. Nie na tyle jednak, by odrzucić obecne w niej kanoniczne wartości europejskiego laickiego humanizmu.
Marksizm wciąż jest żywy, ponieważ to nie tylko skompromitowany przez historię nierealistyczny projekt społeczeństwa powszechnej szczęśliwości. To nie tylko diamat (materializm dialektyczny), determinizm dziejowy, baza i nadbudowa czy inne pojęcia, które kojarzą się nam nierozłącznie z autorem "Kapitału". Marksizm jest także nieodrodnym dzieckiem nowoczesności. Jej zawdzięcza swoje trwanie, i to mimo klęsk, jakie na niego spadły w wyniku wdrażania egalitarnych utopii.
Być może banalne wyda się twierdzenie, iż jedną z zasadniczych cech nowoczesności jest sekularyzacja. Ale bez tego banału nie sposób zrozumieć istoty przemian, jakie przeorały mentalność Europejczyków bądź, jak ktoś woli, ludzi Zachodu przez ostatnie kilkaset lat. To właśnie sekularyzacja sprzyjała temu, że Europa stała się miejscem wykwitu laickich herezji chrześcijaństwa - owych racjonalistycznych i demokratycznych mutacji dawnej gnozy (o czym tak błyskotliwie pisali Eric Voegelin i Alain Besancon) - dla których podatny grunt był tam, gdzie następował rozkład tradycyjnego społeczeństwa stanowego.
Świat ulegał odczarowaniu, a wraz z nim także władza - zarówno ta duchowa, jak i polityczna. Zaczęto podejmować prometejskie próby przezwyciężenia przepaści oddzielającej niebo od ziemi. W nowoczesnej wizji świata człowiek jest już samowystarczalny, a więc zdolny do heroicznego trudu, żeby własnymi siłami, i w dodatku już tutaj, na ziemskim padole, wywalczyć dla siebie to, co w jego mniemaniu dopiero po śmierci obiecuje mu Ewangelia.
Marksizm zachęcił ludzkość do porywania się na rzeczy niemożliwe, a więc wpisał się w tę odczarowującą świat tendencję. Wyrazem tego okazało się wdrażanie rewolucyjnych marzeń o społeczeństwie, w którym jakiekolwiek przejawy egoizmu i wyzysku będą bezwzględnie eliminowane, a własność prywatną zastąpi własność wspólna. Jednak po kolejnej rewolucji w kolejnym kraju, gdzie ją przeprowadzano, złudzenia szybko pryskały. Nawet najbardziej represyjne metody nie były w stanie zrealizować tych marzeń.
Natchnionych "ideowców" wypierali "pragmatyczni", specjalizujący się w manipulacji zasobami ludzkimi i zakulisowych rozgrywkach, aparatczycy partyjni i biurokraci. W tej sytuacji pojawili się zatroskani o wzniosłość obowiązującej doktryny lewicowi dysydenci, przyprawiający bezskutecznie socjalizmowi "ludzką twarz". Gdy jednak nominalni komuniści już całkiem zwątpili w sens bycia u władzy z pomocą zbankrutowanej ideologii i zrezygnowali z utrzymywania monopartyjnej dyktatury, dysydentom nie pozostało nic innego, jak dostosować dawne marzenia do wyzwań nowej, "antytotalitarnej" rzeczywistości.
Choć marksizm w Polsce ani nie umarł, ani nie zapadł w śpiączkę, jego życie po roku 1989 jest już inne, bo rzecz jasna przestał być obowiązującą doktryną państwową. W dobie późnej nowoczesności, bądź już nawet ponowoczesności, wielkie projekty ideologiczne nie mają tej siły mobilizującej do walki o inny, lepszy świat, co jeszcze pół wieku wstecz. Tymczasem od 18 lat poszczególne elementy marksizmu zapładniają nad Wisłą kulturę resentymentu. Jest ona jak najbardziej mainstreamowa. Użalanie się nad ofiarami dyskryminacji ekonomicznej lub obyczajowej (faktycznej czy urojonej to bez znaczenia) i ideologiczne obsługiwanie ich urazów, zadowolone z siebie elity traktują jako swoją powinność. Mamy tu nic innego jak przejaw dyskursu "wrażliwościowego", który od dwóch stuleci rzuca inteligencję środkowo- i wschodnioeuropejską na ścieżki społecznego zaangażowania.
Występuje jednak też i pewne podobieństwo pomiędzy marksizmem w PRL i w III RP. To dwoiste oblicze tego zjawiska. I tak w PRL marksizm był pełnym "błędów i wypaczeń" reżimowym środkiem legitymizującym realny socjalizm. Ale przybierał też inną postać. Wspomniani już wcześniej lewicowi dysydenci, zarzucając przywódcom państwa zdradę ideałów socjalistycznych, chcieli traktować myśl marksistowską serio. Interpretując ją na różne sposoby, popadali przy tym w rozmaite odchylenia - rewizjonistyczne, trockistowskie, maoistowskie itd. - czym narażali się władzy, która strzegła oficjalnej wersji doktryny państwowej.
W III RP mamy do czynienia z analogicznie dwoistym charakterem lewicy. I bynajmniej nie określa go prosty podział na cyniczny SLD i szczerych ideowców. Jest jeszcze drugie dno. Owszem, w mediach widać polityków i publicystów podkreślających konieczność obecności w Polsce "autentycznej", "ideowej", wolnej od balastu peerelowskiej przeszłości lewicy. Ale osoby te, szermując radykalnymi hasłami wojny z „moralną większością” i kapitalistycznym wyzyskiem, jednocześnie funkcjonują w znakomitej symbiozie z atakowanym przez siebie werbalnie establishmentem. Tymczasem poza głównym nurtem debaty publicznej wychodzą lewackie czasopisma, których redaktorzy w walce o "lepsze jutro" nie uznają takich kompromisów. Dla tych ludzi symbioza z systemem - np. nagminne udzielanie się na łamach wysokonakładowej prasy czy praca w megakorporacji - to karierowiczostwo, koniunkturalizm i zdrada rewolucji. I prawdopodobnie mają oni rację, tyle że ceną ich pryncypialności jest gnicie w niszy.
Problem z marksizmem w Polsce polega też na tym, iż w III RP zapanowała "antytotalitarna" kultura polityczna. Warto zauważyć, że polska konstytucja zakazuje komunizmu i nazizmu jako pewnych praktyk. W teorii bowiem marksizm nie przeczy najbardziej wzniosłym ideałom cywilizacji europejskiej. Wręcz odwrotnie, nawołując do wyzwolenia człowieka z pęt żywiołów społecznych, politycznych, gospodarczych mieści się jak najbardziej w dziedzictwie humanizmu.
Kultura "antytotalitarna" jest wyczulona tylko na przemoc polityczną i brutalne metody przymusu. Wobec duchowej dewastacji wyrządzonej przez lewicowe utopie pozostaje obojętna. Dlatego toleruje obecność najbardziej aberracyjnych światopoglądów, byleby co jakiś czas rytualnie potępić komunizm i nazizm. Tyle że z tych rytuałów nic nie wynika. Lenin i Hitler występują jako ikony zła, którymi się straszy zdezorientowane społeczeństwo. Marksizm zaś nadal może uwodzić swoich potencjalnych wyznawców, chowając się za zasłoną szczytnych sloganów. W kulturze "antytotalitarnej" napiętnowane są skutki zła (łagry), a nie jego przyczyny (utopijna ideokracja).
Zasadniczym wspólnym mianownikiem dawnego marksizmu oraz dzisiejszej lewicy - i to już dotyczy nie tylko Polski - pozostaje podejmowanie prób "skoku z królestwa konieczności w
królestwo wolności". Chodzi więc o przełamanie oporu natury, materii, rzeczywistości - oporu, który sprawia, że rewolucyjne marzenia nie mogą się ziścić. Dzisiaj kontestacja
natury nie polega jednak na uświadamianiu szerokim masom tego, że własność prywatna to "burżuazyjny przeżytek", lecz na walce z "seksizmem" i
"homofobią" zmierzającej ku temu, by na gruncie ustawodawstwa zanegować porządek naturalny oraz normy moralne i społeczne. Zmarły niedawno guru nowej lewicy Richard Rorty
zapytany siedem lat temu, w co dzisiaj może się zaangażować lewicowa dusza odrzekł wprost: "Feminizm i gay liberation".
A zatem marksizm dostarcza dziś inspiracji kontrkulturowym buntom. Jeśli jednak ojca, nauczyciela, kapłana wyrzuci się na śmietnik historii, miejsca po nich pozostawione nie będą puste. Pojawi
się chociażby postmodernistyczny filozof, konstruktor nowego społeczeństwa, kreator nowej "moralności". Ujawni się też wpływ "anonimowych autorytetów" (by
użyć terminu autorstwa Ericha Fromma). Skutecznie funkcjonują one tam, gdzie rozprzestrzeniają się złudzenia wolnego wyboru i swobodnego decydowania o sobie. Mądrość wielu pokoleń ustępuje
na rzecz Erosa i jego zasady przyjemności. Ale nie na zawsze.
Dojrzałość ostatecznie udowadnia swoją przewagę nad infantylizmem. Rozkład moralny dochodzi w pewnym momencie do punktu krytycznego. Wtedy okazuje się, że bez powrotu do sprawdzonych z korzyścią przez poprzednie pokolenia wartości zbiorowość nie może dalej trwać i się rozwijać. Następuje realistyczna rewaloryzacja takich cnót jak dyscyplina, odpowiedzialność, poczucie obowiązku.
Oczywiście diagnoza kondycji ludzkiej musi uwzględniać to, że dojrzewanie jest bolesne. W pewnym momencie naturalną odpowiedzią na niedoskonałość świata staje się sprzeciw. Jeśli człowiek nigdy tego nie doświadczy, popadnie w cyniczny konformizm i będzie bezrefleksyjnie powtarzał codzienne czynności. Chodzi jednak o to, aby jakikolwiek bunt - w tym szlachetny odruch moralnego sprzeciwu wobec zła - nie przerodził się w destrukcyjną, gnostyczną rebelię, a został wprzęgnięty w konkretne działania realnie służące bliźnim.
Może więc w Polsce kontrkulturowa rewolta będzie przez najbliższe lata tłumiona w zarodku. Ostatecznie obyczajowy konserwatyzm znaczącej części społeczeństwa polskiego - konserwatyzm, którego nie wolno bynajmniej mylić z religijnością - stawiał skutecznie do tej pory tamę radykalnym inicjatywom ideologicznym. Nawet SLD, mając pełnię władzy w państwie, nie zdołał przeprowadzić zmian, które zapowiadał w swoim programie. Zresztą przypuszczalnie i wśród postkomunistów nie brak ludzi, którzy, posiadając potomstwo, zastanawiają się nad jego przyszłością. Instynkt samozachowawczy nakazuje im nieufnie podchodzić do rozmaitych eksperymentów społecznych. Może i w ich przypadku Karol Marks będzie musiał uznać wyższość natury.