Dziennik Gazeta Prawana logo

Krasnodębski: PiS stawia na zasady, a nie na sondaże

5 listopada 2007, 23:15
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
"Standardy życia publicznego III RP krytykowano wiele razy. Wszyscy pamiętamy, że sprawy, w które byli zamieszani politycy lub urzędnicy, tuszowano tak długo, jak tylko się dało. Jak długo się dało, starano się ukrywać prawdę przed opinią publiczną. Pod tym względem w Polsce wiele się zmieniło" - pisze w "Fakcie" socjolog Zdzisław Krasnodębski.
Przypadki takie, jak byłego ministra sprawiedliwości w rządzie Marka Belki Marka Sadowskiego, który potrącił kobietę i przez kilka lat nie poniósł za to odpowiedzialności, były typowe. Już nie wspomnę o Zbigniewie Sobotce, aferze starachowickiej czy Marku Ungierze i umorzonym śledztwie w sprawie studenckiego biura podróży. W III RP także media nie sprzyjały ujawnieniu wszystkiego. O rozmowie Lwa Rywina z Adamem Michnikiem przez pół roku nie mówiło żadne medium.

Dziś, choć może jesteśmy już zmęczeni kolejnymi konferencjami prasowymi, wszystko - lub prawie wszystko - odbywa się na naszych oczach. To świadczy o postępie demokratyzacji Polski. I choć widowisko nie jest budujące, można czynić porównania do standardów amerykańskich. Wystarczy wspomnieć proces O.J. Simpsona czy sprawę Billa Clintona, kiedy usiłowano pociągnąć go do odpowiedzialności za złożenie fałszywych zeznań. Gdy w III RP prezydent Kwaśniewski podał fałszywe dane dotyczące swego wykształcenia, pozostało to bez żadnych konsekwencji politycznych i prawnych.

Na szczęście obecnie wyciągnięto słuszny wniosek z praktyk III RP. Pamiętam zapowiedzi formułowane jeszcze długo przed kampanią wyborczą nie tylko PiS, ale też Jana Rokity. Mówił on, że jedna z podstawowych zasad, którymi będą się kierować władze wobec polityków i urzędników państwowych, to niezwykle surowe kryteria i rygorystyczne wymaganie przestrzegania prawa. To była zapowiedź, że nie będzie taryfy ulgowej dla swoich.

Jeszcze kilka lat temu wszystkie dymisje zaczynały się od doniesień prasowych, a rządzący ustępowali niechętnie dopiero pod naciskiem społecznym. Dziś jest inaczej. To od premiera dowiedzieliśmy się, że Lepper i Kaczmarek są w kręgu podejrzeń, a nie na przykład z telewizji. Dlatego argument przeciwko powołaniu komisji śledczej - mimo że jestem zwolennikiem jej bezzwłocznego powołania po wyborach - jest zasadny. Informacje płyną bowiem ze strony rządzących czy organów ścigania i nie ma podejrzenia, że chcą sprawę przewlekać lub tuszować.

Jak wiemy, w obiegu publicznym funkcjonuje także inna interpretacja, według której działania PiS i organów ścigania mają zapewnić premierowi władzę absolutną. I że chodzi o intrygę, o zniszczenie konkurentów politycznych. Nie wydaje się to przekonujące, bo przecież wszystko wskazuje na to, że dojdzie do wcześniejszych wyborów, w wyniku których PiS może stracić władzę. Czemu miałoby służyć publiczne oskarżanie Kaczmarka? Przecież premier jest wytrawnym politykiem i zdawał sobie sprawę z tego, jakie to pociągnie za sobą konsekwencje. Gdyby chodziło o władzę, pewnie zrobiłby tak, jak robiono jeszcze niedawno - sprawę by zatuszowano, Kaczmarka odsunięto po cichu, a na koalicjantów chuchano by i dmuchano, niezależnie od ich upodobań seksualnych, monetarnych i literackich.

Gdyby premier sprawował władzę tylko dla władzy, powinien raczej takie sprawy pozostawiać w kręgu wtajemniczonych. Spokojnie mógłby pozwolić Lepperowi odralniać działki. Było przecież wiadomo, że odwołanie wicepremiera pod zarzutami korupcji załamie układ koalicyjny, naruszy go. Tym bardziej że doświadczenie z zeszłego roku, po ujawnieniu taśm posłanki Beger, nie pozwalało przypuszczać, że uda się przekonać większość posłów Samoobrony do porzucenia swego lidera.
Mimo istniejących podejrzeń sądzę zatem, że to przestrzeganie zasady czystości życia publicznego sprawiło, że mamy do czynienia z obecnym kryzysem, co oczywiście nie wyklucza, że mogły także zachodzić naruszenia procedur, wynikające na przykład ze zbytniej zapalczywości lub braku doświadczenia.

Premier Kaczyński i minister Ziobro mogą więc zasadnie twierdzić, że obecny spadek poparcia dla PiS, wyrażony w sondażach, jest wynikiem trzymania się standardów, choć łączy się to z wielkimi kosztami politycznymi. Sądzę jednak, że minister Ziobro powinien na czas trwania śledztwa zawiesić pełnienie swoich obowiązków, aby nadać słowom jeszcze większą wagę.

Sondaże pokazują nawet, że po wyborach Platforma być może będzie rządziła samodzielnie. Ostatnie tygodnie przyniosły też znaczny spadek poparcia dla PiS. Ten fakt oraz dążenie PiS-u do wyborów falsyfikują tezę, że premier uknuł specjalnie intrygę. Jej skutek byłby zupełnie odwrotny od zamierzonego, a nawet najwięksi wrogowie PiS i Jarosława Kaczyńskiego nie odmawiają mu politycznej zręczności.

Cena jest tym większa, że, jak wiadomo, przeciwnicy polityczni są bardzo negatywnie nastawieni do obecnej władzy. Można się więc spodziewać, że po wyborach nowa większość w Sejmie będzie usiłowała wyjaśnić do końca, do najmniejszego szczegółu działania PiS. Nie można także wykluczyć dążeń do "odegrania się". (Jak widać to w przypadku oskarżeń Leppera wobec ministra Ziobry. Już wiadomo, że było to pomówienie. Ale bardzo skuteczne).

Czy wobec tego warto być uczciwym i przestrzegać zasad, skoro w wyniku tego można stracić władzę? Warto, kiedy jest się przekonanym co do słuszności tych standardów. Warto, jeśli nie chodzi o władzę dla samej władzy. Warto, jeśli się ma na uwadze dobro Rzeczypospolitej, a nie dobro jednej partii czy jednej grupy polityków. I sądzę, że ostatecznie, na długi dystans, tylko taka polityka się opłaca.

Na razie wszystko obraca się przeciwko PiS. Panuje ogromny zamęt. Padają wzajemne ciężkie oskarżenia, politycy skaczą sobie do oczu. Ci, którzy popierali tę koalicję, są głęboko rozczarowani. Inni sądzą, że jest to tylko kolejna bezsensowna, żenująca kłótnia polityków o władzę. I nie ulega wątpliwości, że cała afera jest używana do bardzo ostrej walki politycznej, do „wykończenia PiS-u. Nie przypadkiem reaktywowany Leszek Miller atakuje osłabionego atakiem Leppera Zbigniewa Ziobrę. Zwolennicy teorii o krwawej dyktaturze braci Kaczyńskich uzyskali w swoim mniemaniu wreszcie jej naoczne potwierdzenie. Ten triumf jest jednak przedwczesny.

Sprawy mogą przybrać jeszcze zupełnie inny obrót. Czekamy na dowody, na zakończenie śledztwa w sprawie afery gruntowej. W ciągu następnych 2-3 tygodni możemy poznać dodatkowe fakty. Wtedy tendencja może się całkowicie odwrócić. Warunek jest jeden - muszą być to fakty jasne i dowody niezbite. W innym wypadku można się spodziewać zwycięstwa PO i znaczącego wzmocnienia LiD-u. Trudno jednak przypuszczać, by czołowi politycy PiS o tym nie wiedzieli. Osąd będzie należał ostatecznie do nas - wyborców.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj