Bezładna łupanina czy partia szachów - pyta przeciętny Polak, oglądając kolejne dni czegoś, co Jan Rokita nazywa parlamentarnym teatrem. Rzecz w tym, że ani jedno, ani drugie.

Reklama

Emocje nadciągającej kampanii wyborczej, nieraz niekontrolowane, mają własną dramaturgię. Donald Tusk chyba szczerze chciał się dogadać z prezydentem Lechem Kaczyńskim w sprawie wyborczego terminarza. A jednak musiał zacząć grać komedię pod tytułem: powołajmy komisję śledczą jeszcze przed wyborami. Po prostu pokusa, aby wykorzystać rewelacje Kaczmarka, jest zbyt duża, by jej nie ulec.

Podobnie Kaczyńscy chcieli dogadać się w sprawie przyszłych wyborów z PO. A jednak w chwilę po kurtuazyjnym winku u prezydenta podjęli zmasowany atak na tę partię, nie czekając na formalny początek kampanii. Jak inaczej odczytać wyjątkowo drastyczne zarzuty wobec Tuska, że jest proniemiecki? To spychało PO na pozycje jeszcze gorliwszych sojuszników Giertycha czy polityków Samoobrony, z którymi główna partia opozycyjna nie ma strategicznych wspólnych interesów. Tyle że Kaczyńscy uznali, że nie może inaczej. Dlaczego? Bo wybory za pasem.

Siła emocji i logiki spektaklu nakładają się na kalkulacje liderów. Czasem się z nimi uzupełniają, czasem kolidują. Kaczyński waży racje samotnie nad cienką herbatką, na moment dopraszając doradców, takich jak spindoktorzy Adam Bielan i Michał Kamiński.

Kiedyś najważniejsze decyzje podejmował w ogniu narad z komitetem politycznym PiS. Dziś coraz częściej steruje rzeczywistością na odległość - dzwoniąc z wakacji do marszałka Dorna czy zamykając się w premierowskim gabinecie. Inaczej Tusk. Ten wyrabia sobie zdanie i decyduje w gronie kolegów nazywanych w Platformie „dworem”. Dzieje się to pośród żarcików, rozmów o meczach piłkarskich, czasem przy kieliszku czerwonego wina. Ale ostateczny efekt jest jednak podobny.

Rachunki sił, skomplikowane scenariusze powstają w zaciszu gabinetów, a nie pośród krzyków z sejmowej trybuny.
Dlatego żaden rasowy polityk nie powie, że jest czegoś pewien, dopóki to coś się nie zdarzy. Liderzy PiS zdają się zdeterminowani w przeforsowaniu wyborów, które są dla nich ucieczką przed komisjami śledczymi. I przed utratą społecznego zaufania.

Chcą to zrobić teraz, gdy niekorzystne dla nich rewelacje są jeszcze niezweryfikowane. Te wybory mają być konkursem zaufania, a nie pojedynkiem na wiedzę. A jednak w sejmowych kuluarach wciąż unosi się niczym mgiełka wątpliwość: a może do wyborów ostatecznie nie dojdzie. A może uda się sklecić nową koalicję? Z kim? Z Giertychem, który w anty-PiS-owskim amoku przebił wszystko, co do tej pory widzieliśmy. Z zastrachanymi ludźmi Leppera? Niepodobieństwo? A jednak się o tym niepodobieństwie wciąż się mówi.

Podobnie Platforma - ma potężny interes w tym, aby doprowadzić do wyborów właśnie teraz. To daje szansę na samodzielne rządzenie. Bo na wiosnę przyszłego roku układ sił może być już inny. Awantury w komisjach śledczych mogą wzmocnić bardziej lewicę niż PO. A jednak i tam wciąż wyczuwa się wątpliwości. A może jeszcze podtrzymać ten parlament? Powołać komisję śledczą? Wycisnąć z Kaczmarka, co się da? No tak, ale to oznacza angażowanie się w kontrowersyjną dla własnego elektoratu wspólną z LPR i Samoobroną awanturę. Może w konstruowanie z nimi wspólnego rządu na parę miesięcy. Co się bardziej opłaca?

Te kalkulacje są dokonywane na podstawie zmiennych danych, nieustannie bombardujących polityków informacji i - powtórzmy - emocji. Ta polityka nie jest ani zimna, ani gorąca. Bywa taka i taka.

Dlatego nigdy nie wierzyłem w strategiczne plany rozłożone na wiele miesięcy scenariusze. A dziś wierzę w nie jeszcze mniej. Mamy do czynienia z czasem udaną, czasem partacką, ale zawsze improwizacją.

Ta ułuda dotyczy w szczególności lidera PiS. Jarosław Kaczyński był w ostatnich dwóch latach przedmiotem dwóch legend: białej i czarnej. Biała czyniła z niego makiawelicznego stratega za szachownicą przewidującego wiele ruchów naprzód. Czarna przedstawiała go jako skrajnego cynika, który od początku grał na koalicję z populistami, a potem przystąpił na zimno do scenariusza likwidacji swoich koalicjantów, na dokładkę policyjnymi metodami. Czasem obie te legendy budowali ci sami ludzie. Perfekcyjny, „zarządzający przez konflikt” (ukochane słowa wielu komentatorów) Kaczyński to ktoś, przed kim można do woli przestrzegać opinię publiczną.

To jednak uwaga nie tylko do komentatorów. Podczas gorących dni w Sejmie rozmawiałem z kilkoma politykami PiS. Ludźmi bliskimi centrom decyzyjnym. Nawet oni nie mieli klarownego poglądu, czego chce ich przywódca. Jedni wierzyli, że istnieje genialny plan. Inni, że ich prezes się pogubił. Jeden z moich rozmówców nakreślił scenariusz: Kaczyński dobrowolnie oddaje władzę nie tylko, aby przygotować grunt pod prezydenturę swego brata (Tusk ma się zgrać trzyletnim rządzeniem), ale aby uniknąć masowych strajków i demonstracji jesienią tego roku.
Prawda, jakie proste? Tylko skąd w takim razie te wieczne wątpliwości, czy nie klecić jeszcze czegoś w tym parlamencie - z coraz bardziej wojowniczym Giertychem i z postsamoobronowym planktonem? Skąd pokusa premiera, aby trzymać się stanowiska, do którego tak się przywiązał?

A może wszyscy przedstawiający sprzeczne wersje wydarzeń mają odrobinę racji? Kaczyński to jeden z najkonsekwentniejszych improwizatorów, a historia, którą oglądamy, to plątanina świadomych intencji i przypadków, kiksów i starannie wymierzanych ciosów. Nie wierzę w konsekwentny i spójny plan eliminacji przystawek, a to przecież od wojny z nimi zaczął się obecny kryzys. Wierzę w pokusę, aby pozwolić na osłabienie Leppera przy okazji prawdziwego, choć politycznie kontrolowanego śledztwa. I sądzę, że Kaczyński nie wie, jak ta awantura się skończy. Nie jest nawet pewien, jakiego finału życzyłby sobie on sam. Domyśla się tylko, ku jakiemu zakończeniu idzie. Nie na darmo na ulicach widać już billboardy z jego twarzą.

To samo da się powiedzieć o Tusku. On także improwizuje, uwzględniając sondaże i nastroje swoich posłów, a przede wszystkim nieweryfikowalne przekonanie różnych doradców, jaki krok się opłaca, a jaki nie. Tyle że on ma prostszą sytuację. Łatwiej jest punktować szamotaninę uwikłanego we władzę i niechciane alianse przeciwnika, niż samemu się szamotać.

Lidera PO podobne atrakcje czekają dopiero w następnej kadencji. Między koniecznością liczenia się z PiS-owskim prezydentem i własnymi prezydenckimi ambicjami. Między pokusą współrządzenia z lewicą i obawą przed jej konkurencją. Między pazernością własnych baronów i swoim osobistym interesem. Możemy już zajmować wygodne miejsca na widowni.

Reklama