W kamienicach budowały swoje małe rodzinne imperia. Prezesów, księgowych, nadzorców – z pokolenia na pokolenie żerując na coraz bardziej ubezwłasnowolnionych mieszkańcach, którzy tracili kontrolę nad wydatkami, inwestycjami, własnymi klatkami schodowymi, a w końcu musieli nawet płacić za dokumenty, jakie w ich sprawie spółdzielcy raczyli wypisać. Nic dziwnego, że w podkomisji sejmowej liberalna PO i socjalne PiS ręka w rękę przygotowują projekt ustawy, która da mieszkańcom szansę odebrania zarządom tego, co dawno powinno być ich.

Reklama

Cieszy zgodność polityków, ale barierą zmian, jak zwykle, może się okazać bierność ludzi. Wiele z tych spółdzielni nawet i bez nowego prawa można było wcześniej rozmontować. Rzecz w tym, że albo brakło kworum, albo chętnych do zagłębiania się w przepisy, a często też odwagi, by postawić się wpływowym urzędnikom. I tak pewnie będzie tym razem. Wiele spółdzielni przetrwa. Ale nie sposób już będzie winić za to polityków.