Kiedy Wielka Brytania utraciła amerykańskie kolonie, wybitny XVIII-wieczny pisarz Horace Walpole napisał o „Degradacji Anglii do stanu państwa tak błahego jak Dania czy Sardynia”. Walpole nie przewidział rewolucji przemysłowej – potęgi zachodniego umysłu, która z tak małych terytorialnie błahych państw jak Anglia uczyniła nowe mocarstwa. 200 lat później świat z otwartymi oczami patrzył, jak rozpadało się radzieckie imperium. Niezwyciężona armia, zbrojna w bomby atomowe, uległa geniuszowi wykształconemu na wolnych uczelniach Ameryki i Europy. Bez Harvardu, Oxfordu, Heidelbergu i doskonałego systemu edukacji Reagan nie wygrałby wyścigu zbrojeń, Armstrong nie lądowałby na Księżycu.

Reklama

Globalizacja słusznie okrzyczana wielką szansą dla demokracji, dla dobrobytu zachodnich cywilizacji, jest nie mniejszym zagrożeniem niż niepodległość Ameryki czy w starożytności inwazja Germanów. Miejsca pracy, które kolejno uciekały z USA, Europy Zachodniej do Polski, a teraz dalej wędrują do Indii, Chin, na Ukrainę. Jedyne, co dziś może zatrzymać exodus, to umysł. Nowe unikalne technologie, wysoko wykształcona kadra – cywilizacja, która nie musi konkurować z tanią siłą roboczą Azji i Ameryki Południowej o prostą produkcję, przetwórstwo czy podwykonawstwo.

Kto podzieli los Rzymu, a kto Londynu? Przetrwają państwa, które ze swoich szkół zrobią coś więcej, niż zrobiła Polska – system zapomogowy dla niewydolnych nauczycieli.