Nie było "Cudu nad Wisłą" – w znaczeniu "nadprzyrodzonej interwencji" – Kongregacja Nauki i Wiary takiego cudu nie potwierdziła. To określenie potoczne – wzorowane na "Cudzie nad Marną" z 1914 r., który uratował przed Niemcami Paryż. "Cudem" była wiedza o planach bolszewików, bohaterska postawa wojska i narodu, zjednoczonych w obronie niepodległości oraz doskonały plan strategiczny pokonania bolszewików oraz jego wykonanie – powiedział PAP prof. Grzegorz Nowik, historyk, wicedyrektor Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, autor monografii polskiego radiowywiadu.
Cud radiowywiadu
PAP: Potocznie mówi się o „Cudzie nad Wisłą”, ale porozmawiajmy o „cudzie radiowywiadu”. Zacznijmy od 1919 r.: Polska dopiero co odzyskała niepodległość, jest państwem bez granic, w którym brakuje wszystkiego, a na wschodzie czyha zagrożenie ze strony Armii Czerwonej. Jak w takich warunkach udało się stworzyć wywiad wojskowy, który kilka miesięcy później zaczął odgrywać tak ważną rolę?
Prof. Grzegorz Nowik: Kiedy Józef Piłsudski wrócił z Magdeburga, jedną z pierwszych osób, które polecił odszukać, był pułkownik Józef Rybak. Był oficerem austro-węgierskiego wywiadu wojskowego; Piłsudski znał się z nim jeszcze sprzed I wojny światowej. Miał do niego ogromne zaufanie. 12 grudnia 1918 roku płk Rybak objął obowiązki szefa polskiego wywiadu wojskowego i zaczął organizować jego struktury. Jako zastępcę ściągnął Karola Bołdesku, który w czasie I wojny światowej kierował austro-węgierskim radiowywiadem na Rosję. Austriacy mieli wtedy doskonale zorganizowany system nasłuchu radiowego: monitorowali rosyjskie sieci, łamali szyfry, wiedzieli, do jakich sztabów należą poszczególne radiostacje. Rybak ściągnął więc fachowca, który się na tym znał.
PAP: Czyli od początku mamy połączenie klasycznego wywiadu, agentury i czegoś, co dziś nazwalibyśmy wywiadem elektronicznym?
G.N.: Był wywiad frontowy, czyli między innymi przesłuchiwanie jeńców, były siatki działające poza frontem, w Rosji. Tyle że informacje przekazywane przez kurierów potrzebowały czasu. Meldunek, który powstał w Moskwie czy Kijowie, zanim dotarł do Polski, mógł być już nieaktualny. Potrzebny był więc rodzaj wywiadu, który dawał informację niemal natychmiast. I tym właśnie był radiowywiad. Polegał na monitorowaniu i przechwytywaniu korespondencji radiotelegraficznej. Nie było jeszcze radiofonii, więc nie słuchano głosu, tylko odbierano w eterze kropki i kreski alfabetu Morse’a. Trzeba je było zapisać, przełożyć na cyfry (lub alfabet) i rozszyfrować. Bo informacja wywiadowcza ma wartość wtedy, kiedy przychodzi na czas. Jeżeli dowiemy się o planowanym ataku już po jego przeprowadzeniu, to wiemy oczywiście coś o przeciwniku, ale nie możemy już temu atakowi zapobiec.
PAP: I wtedy pojawia się Jan Kowalewski?
G.N.: W sierpniu 1919 roku wydarzył się przypadek, który miał ogromne znaczenie: porucznik Jan Kowalewski zastąpił kolegę na nocnym dyżurze w Sztabie Generalnym. Ten kolega, porucznik Bronisław Sroka, szukał zastępstwa, ponieważ jego siostra wychodziła za mąż. Kowalewski zgodził się przyjść za niego. Nie wiemy dokładnie, ale było to zapewne w weekend. I właśnie ta weselna noc okazała się dla polskiego radiowywiadu przełomowa.
Kowalewski był człowiekiem oczytanym. Jako chłopiec czytał między innymi opowiadania Edgara Allana Poego, także „Złotego żuka”, w którym pojawia się historia łamania szyfru. I właśnie metoda opisana w „Złotym żuku” przypomniała mu się tej nocy.
Najpierw przetłumaczył wszystkie depesze, które przyszły w nocy. Potem wziął do ręki tajny rosyjski telegram. Trochę jak ktoś, kto dla zabicia czasu rozwiązuje krzyżówkę. Tyle że zamiast krzyżówki zaczął analizować szyfrogram.
Szukał w nim regularności jaka jest w słowie „dywizja” – trzy sylaby, ale w języku rosyjskim każda druga litera to „i”. Wyjął z kieszeni grzebień i wyłamał w nim zęby z odpowiednią częstotliwością, żeby sprawdzić, czy znaki szyfrogramu układają się w powtarzalny wzór – i rzeczywiście zaczęły się układać.
To był pierwszy przełom. Kolejnym elementem było słowo Odessa i nazwisko podpisującego depeszę dowódcy. Dzięki radiogoniometrii wiedzieliśmy, że depesza została nadana właśnie stamtąd, a Kowalewski wiedział, że Odessa po rosyjsku zapisywana jest z podwójnym „s”, natomiast po ukraińsku z jednym. To dawało mu następny punkt zaczepienia.
Wreszcie wykorzystał błędy popełniane przez rosyjskich radiotelegrafistów. Bolszewicy wymordowali dużą część wykształconej kadry, „białoruczków”, zastępując ją często słabo przeszkolonymi ludźmi. A istniała zasada, że nagłówków i podpisów depesz nie szyfrowano, ponieważ pozostawały niezmienne, podczas gdy treść była odmienna. Klucze szyfrowe zmieniano co kilka dni. Porównując te elementy, można było wychwycić kolejne prawidłowości.
Kowalewski miał już trzy punkty zaczepienia: „dywizja”, „Odessa” i „Jakir”, czyli dowódca grupy operującej na południu sowieckiej XII Armii. Te trzy elementy pozwoliły mu złamać pierwszy rosyjski szyfr.
PAP: Od tego momentu Polacy zaczęli czytać rosyjską korespondencję?
G.N.: Do końca wojny przechwyciliśmy około czterech tysięcy szyfrogramów i złamaliśmy ponad sto kluczy szyfrowych. Rosjanie zmieniali je co tydzień, co dziesięć dni, ale poszczególne szczeble dowodzenia korzystały z różnych systemów.
To była ogromnie skomplikowana struktura, którą polski wywiad rozgryzł. I właśnie wtedy do pracy weszli naukowcy – profesorowie Politechniki Lwowskiej i Warszawskiej, matematycy i lingwiści z uniwersytetów w Warszawie i Lwowie.
PAP: To chyba jest najważniejsze: nie samo zdobycie informacji, ale szybkość, z jaką ją zdobywano.
G.N.: Wyobraźmy sobie szyfrogram nadawany z Mińska Litewskiego do dowództwa XV Armii w Brześciu. W tym samym czasie, kiedy odbiera go Brześć, odbieramy go my w Warszawie i czasami odczytujemy szybciej niż Rosjanie w Brześciu. Tak było 12 sierpnia 1920 roku.
Od sierpnia 1919 roku wiedza o tym, co chce zrobić przeciwnik, była podstawą naszych decyzji wojskowych, operacyjnych i strategicznych – to była bezcenna przewaga.
Dam taki współczesny przykład: jeżeli wiemy, że ktoś chce podpalić halę na Marywilu, możemy wcześniej zawiadomić straż pożarną, policję, urządzić zasadzkę. Jeżeli dowiemy się o tym po pożarze, jest już za późno. A Rosjanie chcieli podpalić nie jedną halę. Chcieli podpalić całą Polskę, a potem przenieść pożar bolszewickiej rewolucji do Europy.
"Wielka Kombinacja" Piłsudskiego
PAP: Przenieśmy się więc do sierpnia 1920 roku. Co Marszałek Józef Piłsudski wiedział o planach Tuchaczewskiego? Jakie kluczowe informacje do niego doszły, że zdecydował się podjąć decyzję o kontrataku? Czy to była jakaś jedna konkretna depesza?
G.N.: Nie była to jedna depesza, ale wiele informacji, ogromny pakiet wiedzy o zamierzeniach przeciwnika.
PAP: Rosjanie mieli inny plan?
G.N.: Pierwotnie zakładali dwa koncentryczne natarcia – z Białorusi i Ukrainy na Warszawę. Dwie wielkie strzałki miały się połączyć w stolicy Polski, na kształt „grotu”.
23 lipca plan został zmieniony. I my o tej zmianie wiedzieliśmy, bo przejęliśmy rozkaz, według którego Tuchaczewski miał nadal iść na Warszawę, a dalej na Berlin i Paryż. Natomiast siły działające z Ukrainy zostały skierowane na Lwów, przełęcze karpackie, Budapeszt i Wiedeń. Powstały więc „widły” o dwóch rozgiętych zębach.
To rozdzielenie rosyjskich sił było dla nas bardzo ważne. Jedna część ich armii miała działać na północy, druga na południu, a między nimi znajdowało się Polesie, które uniemożliwiało im współdziałanie i było stosunkowo słabo obsadzone.
Owo rozgięcie zębów „wideł” było konsekwencją konfliktu politycznego między Trockim a Stalinem. Trocki chciał przez Warszawę dotrzeć do Berlina i Paryża, natomiast Stalin uważał, że rewolucję należy nieść przez południe Europy. I my obserwowaliśmy ten konflikt „w eterze” – krzyżujące się sprzeczne rozkazy.
PAP: I z tej wiedzy narodziła się „Wielka Kombinacja” Piłsudskiego?
G.N.: Plan „Wielkiej Kombinacji” powstał wcześniej, ale owo rozgięcie zębów „wideł” ułatwiło jego realizację. Był w zasadzie prosty, choć jego wykonanie niezwykle trudne. Po pierwsze, wojska polskie na Białorusi miały bronić się i zyskiwać czas. Po drugie, trzeba było stworzyć rezerwę strategiczną – Grupę Operacyjną jazdy do pobicia Armii Konnej Budionnego. Po trzecie, trzeba było pobić Budionnego na Ukrainie. I wreszcie, po jej pobiciu, przerzucić wojska przez Polesie, żeby uderzyć w skrzydło Tuchaczewskiego na Białorusi.
PAP: Dlaczego tak ważne było pobicie Budionnego?
G.N.: Bo jego armia była czynnikiem ruchu: 35 tysięcy koni oznaczało ogromne zapotrzebowanie na owies. Jeżeli chce się zatrzymać taką armię, trzeba zatrzymać jej możliwość posuwania się naprzód i „życia z terenu” (konfiskowanie owsa), pobita musi cofnąć się do swych taborów, które wiozą własny owies – bo jest on niczym paliwo do wozów bojowych.
I właśnie to się udało. Na przełomie lipca i sierpnia, pod Brodami i Beresteczkiem, Armia Konna została pobita i odrzucona na około dwa tygodnie. A gdy z Wołynia ruszyła ponowie do walki, to nie na Lublin i Warszawę, ale na Lwów. Te dwa tygodnie oraz zmieniony kierunek natarcia dały nam tak potrzebny czas. Te zmiany rozkazów znaliśmy dzięki radiowywiadowi.
PAP: Czyli radiowywiad nie „wygrał” bitwy sam, ale pozwolił dowódcom wiedzieć, co się dzieje po drugiej stronie?
G.N.: Wywiad nie walczy zamiast armii. Daje dowódcy wiedzę o tym, co chce zrobić przeciwnik i pozwala na tej podstawie podejmować decyzje.
W przypadku Bitwy Warszawskiej wiedzieliśmy, jak Rosjanie zamierzają działać, którędy pójdą i gdzie ich siły są słabsze. Kiedy zmienili plan, my o tej zmianie wiedzieliśmy, przejmowaliśmy kolejne rozkazy informujące o ich nowych planach. To właśnie ta wiedza pozwalała Piłsudskiemu przygotować uderzenie w najsłabszym miejscu przeciwnika.
Spór fachowców z dyletantami
PAP: Nie ma pan wrażenia, że przedwojenny spór piłsudczyków z resztą Polski trwa do dzisiaj?
G.N.: To nie jest spór piłsudczyków. To jest spór fachowców z dyletantami. Przez lata ludzie, którzy nie znali dokumentów, żyli mitami, kształtowanymi przez polityków i prasę, a dziś przez portale społecznościowe. Zachowana dokumentacja przeczy tym mitom.
W 1990 roku na Zamku Królewskim odbyła się pierwsza po upadku komunizmu konferencja naukowa poświęcona Bitwie Warszawskiej. Jej podstawowy wniosek był prosty: trzeba na nowo zbadać polskie źródła, opracować je i wydać drukiem, bo przez dziesięciolecia byliśmy pozbawieni możliwości napisania historii tej wojny na podstawie dokumentów z epoki.
W Ministerstwie Obrony Narodowej powołano zespół pod kierownictwem pułkownika doktora Marka Tarczyńskiego. Jako młody doktor znalazłem się w tym zespole, a od 2017 roku nim kieruję.
Od ponad 30 lat opracowujemy i publikujemy dokumenty wojny polsko-bolszewickiej. Wydaliśmy już ponad 20 tomów. Odtwarzamy wydarzenia dzień po dniu – od najwyższego szczebla dowodzenia aż do dywizji, a czasami schodzimy jeszcze niżej. Publikujemy rozkazy, meldunki, raporty, dokumenty polityczne, strategiczne, operacyjne i taktyczne. Dzięki temu możemy zobaczyć, co rzeczywiście wiedzieli dowódcy, jakie podejmowali decyzje i z czego one wynikały. Przez ponad 30 lat przejrzeliśmy tysiące teczek, dokument po dokumencie. To są materiały, których przez dziesięciolecia nikt nie badał.
I to jest, można powiedzieć, pomnik Bitwy Warszawskiej. Zamiast łuku triumfalnego. Nie stawiamy pomnika z kamienia, tylko pokazujemy dokument po dokumencie, jak ta wojna z bolszewicką Rosją, jak ta bitwa rzeczywiście wyglądała. Staramy się zastąpić legendę dokumentami - to właśnie w toku tych kwerend i badań, ćwierć wieku temu, odnalazłem akta polskiego radiowywiadu.
PAP: W pewnym momencie Polacy nie tylko czytali rosyjskie szyfrogramy, ale wręcz uniemożliwili Rosjanom przekazanie rozkazu odwrotu.
G.N.: To był niezwykły epizod. 16 sierpnia ruszyła kontrofensywa znad Wieprza. W ciągu kilku godzin sowiecka Grupa Mozyrska została praktycznie rozbita. Tuchaczewski dopiero następnego dnia zorientował się, że sytuacja jest bardzo poważna i przygotował rozkaz odwrotu. W nocy z 17 na 18 sierpnia rozkaz zaczął być nadawany przez radio. Myśmy go natychmiast przechwycili i odczytali. Wtedy w polskim sztabie podjęto decyzję o zagłuszaniu rosyjskiej sieci radiowej.
Dostrojono radiostację warszawską na cytadeli do tego samego zakresu fal. Najpierw radiotelegrafista nadawał tekst gazety. Kiedy skończyła się gazeta, poproszono kapelana o Pismo Święte. Radiotelegrafista zaczął więc nadawać: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga...”. Ten tekst, nadawany przez radiostację warszawską o dużej mocy, nakładał się na rosyjskie fale i szyfrogramy uniemożliwiając ich odbiór przez rosyjskie radiostacje dowództw armii.
Zagłuszanie trwało ponad dobę. W efekcie część rosyjskich armii nie zdążyła się wycofać nad Niemen i poddała się, została rozbita lub internowana w Prusach Wschodnich. Radiowywiad zadziałał więc jak swego rodzaju dywersja radiotelegraficzna.
PAP: To jest świetna historia. A potem zdarzyła się jeszcze lepsza: Jan Kowalewski pojechał do Japonii.
G.N.: W 1920 roku w Polsce przebywał japoński attaché wojskowy Yamawaki Matasaka. Japończycy prowadzili nasłuch rosyjskiej korespondencji na Dalekim Wschodzie, ale nie potrafili jej czytać.
Było to bowiem zderzenie dwóch zupełnie różnych światów: Japończycy mieli własny system pisma, inną kulturę i sposób myślenia, a musieli mierzyć się z rosyjskim alfabetem, językiem i wojskową terminologią. Samo przechwycenie rosyjskiej depeszy niewiele im dawało, jeśli nie potrafili jej rozszyfrować i zrozumieć.
Zaprosili więc Jana Kowalewskiego do Japonii. Prowadził tam wykłady z kryptologii dla japońskiego Sztabu Generalnego, pomagał organizować japońskie biuro szyfrów i szkolił ludzi w łamaniu rosyjskich szyfrów.
Rozpoczęła się współpraca polsko-japońska, która trwała aż do ataku na Pearl Harbor. Polscy kryptoanalitycy pracowali z Japończykami, a obie strony wymieniały informacje z nasłuchu prowadzonego z Polski i Mandżurii. Nawet później, podczas II wojny światowej, niektóre polskie siatki wywiadowcze korzystały z kontaktów w japońskich ambasadach.
Złamanie Enigmy
PAP: I tu dochodzimy do Enigmy. Czy można powiedzieć, że doświadczenia zdobyte przy łamaniu rosyjskich szyfrów były jednym ze źródeł późniejszego sukcesu polskich kryptologów?
G.N.: Kiedy odnalazłem akta Biura Szyfrów podczas prac nad dokumentami wojny polsko-bolszewickiej, zadałem sobie właśnie to pytanie: co ma wspólnego wcześniejsze łamanie rosyjskich szyfrów z późniejszym złamaniem Enigmy?
Dlatego moją książkę zatytułowałem „Zanim złamano „Enigmę”, rozszyfrowano „Rewolucję””. To nie jest przypadkowa zbieżność, ale logiczna kontynuacja. „Rewolucja” to był rosyjski szyfr wprowadzony przed Bitwą Warszawską.
Jan Kowalewski, kiedy doszedł do bardziej skomplikowanych rosyjskich szyfrów, poszedł ze Sztabu Generalnego na Uniwersytet Warszawski i zaprosił do współpracy matematyków: Stefana Mazurkiewicza, Wacława Sierpińskiego i Józefa Leśniewskiego, a także lingwistów.
To była współpraca oficerów i naukowców. Jedni znali rosyjski, rosyjskie procedury i sposób myślenia wojskowego, drudzy potrafili tworzyć matematyczne metody potrzebne do łamania szyfrów.
Potem ta sama zasada została wykorzystana przy pracy nad szyframi niemieckimi. W połowie lat 20. polski wywiad zorientował się, że Niemcy wprowadzili maszynę szyfrującą, więc na Uniwersytecie Poznańskim zorganizowano kurs dla studentów matematyki.
Tak, jak wcześniejsi kryptoanalitycy musieli potrafić „myśleć po rosyjsku”, młodzi matematycy z Poznania, wychowani pod zaborem pruskim, potrafili „myśleć po niemiecku”, wczuć się w język i mentalność przeciwnika.
Kurs rozpoczął się w 1929 roku, a w grudniu 1932 roku po raz pierwszy złamano „Enigmę”. Oczywiście nie oznaczało to, że maszynę złamano raz na zawsze. Niemcy codziennie zmieniali ustawienia, więc każdego dnia trzeba było odtwarzać od nowa nastawienie i klucz. Ale była to logiczna kontynuacja pracy, która zaczęła się od rosyjskich szyfrów.
Ci, którzy organizowali pracę wywiadu i Biura Szyfrów w latach 1919–1920, byli doświadczonymi kryptoanalitykami i organizatorami radiowywiadu. To właśnie ta wiedza, ludzie i sposób współpracy przekazane został kolejnemu pokoleniu.
PAP: Co było najważniejszą lekcją radiowywiadu z 1920 roku?
G.N.: Że bez nauki i współpracy naukowców z wyższą kadrą oficerską Wojska Polskiego nie istnieje nowoczesny wywiad wojskowy, a szerzej - tworzenie systemu obronności państwa.
Rozmawiała Mira Suchodolska
Dziennikarz, redaktor i korektor z wieloletnim doświadczeniem. Przez lata publikował teksty, głównie kulturalne, w rozmaitych mediach, takich jak Gazeta Wyborcza, Wprost, Wirtualna Polska. W Dziennik.pl od 2017 roku, obecnie jako wydawca i redaktor newsroomu.
