Przypomnijmy: pomysł na bezwarunkowy dochód podstawowy ma swoją długą historię. Całkiem serio był dyskutowany już choćby w latach 40. w Wielkiej Brytanii (określano go wtedy jako „social dividend”). Ostatecznie przegrał jednak z koncepcjami klasycznego państwa dobrobytu opartego na transferach warunkowych i skierowanych do najuboższych. Kolejna szansa na jego wdrożenie pojawiła się w USA za czasów administracji Nixona i Cartera. Były nawet gotowe ustawy, ale padły na etapie prac parlamentarnych. Coś w rodzaju BDP wprowadzono jedynie lokalnie w majętnej w surowce naturalne i niezbyt ludnej Alasce. Pomysłem interesowali się też liberałowie, a Milton Friedman snuł wizję „negatywnego podatku dochodowego”. Choć wedle jego koncepcji miał to być raczej sposób na wykaraskanie się państwa spod ciężaru wydatków socjalnych. Warto jednak zauważyć, że wszystkie te dyskusje ucichły, gdy na scenę dziejową (tak mniej więcej w latach 70.) wkroczył neoliberalizm.
Dziś bezwarunkowy dochód podstawowy powraca jako sposób na wyjście z pułapki stagnacji płac i niedostatecznego popytu, który zaczyna martwić już nawet co bardziej przenikliwych ludzi biznesu. Był w 2016 r. głosowany w Szwajcarii, ale przepadł w referendum.
Aby BDP miał sens, muszą zostać spełnione trzy fundamentalne założenia. I to wszystkie jednocześnie. Po pierwsze musi być wystarczająco wysoki, by zapewnić ekonomiczną egzystencję dla wszystkich. Jeśli będzie zbyt niski, to stanie się tylko kolejnym sposobem na pompowanie popytu. A więc niczym więcej niż rodzajem dotowania biznesu z budżetu państwa. By dochód mógł faktycznie wpłynąć na ekonomiczną emancypację obywateli, musi być również bezwarunkowy – to po drugie. Nie stygmatyzować zatem jako nieudaczników tych, którzy go otrzymują. Innymi słowy musi się on im po prostu należeć. Po trzecie wreszcie, BDP winien być uzupełnieniem mechanizmów państwa dobrobytu. Nie jego zamiennikiem.
Krytycy BDP mówią, że taki dochód będzie miał jedną fundamentalną wadę. Zniechęci ludzi do pracy. I pytają, jak wtedy społeczeństwa będą wytwarzały bogactwo. Właśnie z tym argumentem mierzy się wzmiankowany we wstępie Matt Bruenig, który mówi tak: jakoś to zniechęcanie do pracy nie przeszkadza nikomu, gdy mowa o realnie istniejącym mechanizmie bezwarunkowego dochodu podstawowego, którym są zyski kapitałowe. Bruenig przytacza najnowsze wyliczenia doskonale znanej trójki Francuzów (Piketty, Saez, Zucman). Którzy pokazują, że ok. 30 proc. dochodu uzyskiwanego przez gospodarki zachodnie to dochody rentierskie: z procentu, dywidendy albo innego rodzaju czynszów. I nie jest to bynajmniej fenomen nowy. Mniej więcej sto lat temu ten odsetek był na bardzo podobnym poziomie.
Reklama
Warto tu przypomnieć, że tylko niewielka część zysków kapitałowych pochodzi z owoców własnej pracy (z oszczędności albo jakichś bardzo trafnych inwestycji). W większości przypadków rentierami są spadkobiercy zakumulowanego uprzednio kapitału. Dlaczego więc im pozwalamy korzystać z bezwarunkowego dochodu podstawowego, odmawiając go tym, którzy mieli mniej szczęścia? A więc (jak mawiał Jan Kulczyk) „gorzej wybrali sobie rodziców”. Dlaczego ci pierwsi mają prawo dostawać pieniądze za nic? A ci drudzy takiego prawa nie mają? Co to za moralność? Poza słynną prześmiewczą zasadą „wolny rynek dla biedaków, socjalizm dla majętnych”.