Dziennik Gazeta Prawana logo

Martin Pollack: Spędziłem szczęśliwe dzieciństwo wśród nazistów [ROZMOWA]

30 kwietnia 2017, 19:25
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Martin Pollack
Martin Pollack/Agencja Gazeta
U mnie na wsi, kiedy spotykam kogoś starszego i pytam go: „Jak się masz?”, on często odpowiada: „Alles in deutscher Hand!”, „Wszystko w niemieckim ręku!”. Dosyć to przerażające. Z Martinem Pollackiem rozmawia Piotr Kofta.

PIOTR KOFTA: Co trzeba w sobie samym przełamać, żeby napisać taką książkę jak „Śmierć w bunkrze”, demaskatorską historię o Gerhardzie Baście, pańskim ojcu, esesmanie i zbrodniarzu wojennym?

MARTIN POLLACK: Chodzi o szafę, proszę pana. A także o to bardzo ludzkie pragnienie, żeby zostawić w spokoju i tę szafę, i to, co tam w niej w środku może być, a nawet z całą pewnością jest. I chodzi też o tę ciemną piwnicę, do której boimy się zejść, bo rzekomo czai się tam facet z siekierą – być może tego faceta wcale tam nie ma, ale jeśli nie będę próbował zejść, to nie będę prowokował losu: nie potknę się na schodach i niczego sobie nie złamię. To jest strategia bezpieczna, najzupełniej zrozumiała. Otóż ja zawsze miałem taką piwnicę i zawsze miałem taką szafę w swoim mieszkaniu, a kiedy się przeprowadzałem, to naturalnie razem z szafą. Za którymś razem postanowiłem wreszcie, że ją otworzę – wiedząc z grubsza, co tam na mnie czeka. I otworzyłem.

Znalazł pan w tej szafie więcej, niż się pan spodziewał?

Zdecydowanie więcej. Kiedy przystępowałem do zbierania materiałów o ojcu, o rodzinie, miałem bardzo ogólną orientację w temacie. Nie potrafiłem nawet w pełni wyobrazić sobie, co w tych materiałach znajdę. Wiedziałem jedno – że skoro już się zdecydowałem na ten krok, to każda kolejna czynność musi być wykonana sumiennie, a każdy fakt, nawet okrutnie nieprzyjemny, musi być drobiazgowo ustalony i sprawdzony. Zacząłem więc szukać i czasami nic nie znajdowałem – na przykład kiedy próbowałem znaleźć jakieś informacje o tym, jak i czy w ogóle delegowano mojego ojca na Kaukaz. A czasami znajdowałem aż za dużo – jak wówczas, gdy dowiadywałem się szczegółów o udziale ojca w zbrodniach wojennych w Polsce czy na Słowacji, o tym, jak nakazał rozstrzelanie Bogu ducha winnych polskich zakładników w Radziejowicach albo jak polował na Żydów po słowackich wioskach. Byłem konsekwentny, nie odpuszczałem, nawet jeśli czułem, że to, co odkryję, będzie bardzo bolesne. Wiele lat po ukazaniu się „Śmierci w bunkrze” ustaliłem na przykład, że ojciec brał także aktywny udział w pacyfikacji Powstania Warszawskiego. Czyli bez wątpienia był w Warszawie w 1944 r. A ja przyjechałem tu w 21 lat później, na studia. Jest w tym jakaś osobliwa ciągłość. Chociaż wtedy, w roku 1965, nie miałem pojęcia o jego warszawskich występach.

W tej pana opowieści o rodzinie jest pewien motyw przewodni – jak poradzić sobie z miłością do ludzi, o których się wie, że z całego serca wspierali morderczy reżim? Jak poradzić sobie z własnymi wyidealizowanymi wspomnieniami, z ich dziecięcą niewinnością? Jak je zachować, a jednocześnie podważyć?

Rozwiązanie tego dylematu jest praktycznie niemożliwe. Spora część mojej pracy pisarskiej to nic innego jak tylko niszczenie własnego dzieciństwa, a przynajmniej pamięci o tym dzieciństwie. Z drugiej strony uważam, mam pewność, i to nie jest żadne samooszukiwanie się, że dzieciństwo miałem bardzo dobre i szczęśliwe, chociaż przypadło na ciężkie czasy. Urodziłem się w czasie wojny, jako niemowlę przeżyłem bombardowanie domu, w którym wtedy mieszkaliśmy, podobno nie ma się żadnych wspomnień z niemowlęctwa, ale te 48 godzin spędzone w piwnicy podczas nalotów mogło, myślę sobie, w pewien sposób we mnie zostać, w każdym razie moja żona mawia czasem o tym zdarzeniu: „Tak, to wiele tłumaczy!”.

Dziecko przede wszystkim definiuje swoją sytuację jako normalną, jakkolwiek nienormalna by ona była.

No właśnie, a ja spędziłem szczęśliwe dzieciństwo wśród nazistów. Babcia, dziadek, ojczym – wszyscy naziści! I to nie tacy koniunkturaliści, którzy dbali o swoją karierę, ale głęboko wierzący. Oni dosłownie całe swoje życie poświęcili wierze w nazizm. To byli straszni ludzie, ale jednocześnie otoczyli mnie miłością i oddaniem. Byli straszni, lecz zarazem całkowicie zwyczajni, co zawsze podkreślam: nie żadne potwory, nie prześladowcy, sadyści, psychopaci. Wprawdzie psychopatów w tym reżimie nie brakowało, ale akurat moja rodzina składała się ze zwykłych ludzi, ludzi mających liczne zalety. Mój dziadek, prawnik, gawędziarz, myśliwy i fanatyk dzikiej przyrody, przeprowadzał aryzację w Amstetten. Mój ojciec, też prawnik, który był znakomitym sportowcem, alpinistą, narciarzem, a przy tym wielką miłością mojej matki, popełniał zbrodnie wojenne w szeregach SS. Jeśli mowa o ojcu, do tej pory zdumiewa mnie sprawa rozstrzelania tych zakładników w Radziejowicach, bo to w ogóle nie był akt wojny, chodziło o cywili, starszych ludzi.


Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Piotr Kofta
Piotr Kofta

Pisarz, krytyk literacki, publicysta

Zobacz wszystkie artykuły tego autora
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj