Dziennik Gazeta Prawana logo

Markiewka: Poprawność polityczna nie istnieje

18 lutego 2018, 15:20
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Społeczeństwo
Społeczeństwo/Shutterstock
Kilka miesięcy temu w kinach pojawiła się kolejna część "Gwiezdnych wojen". Po jej premierze w sieci można było znaleźć skróconą wersję filmu, która miała tylko 46 minut (była krótsza o dwie godziny od oryginału). Dlaczego? Jej autor usunął wszystkie sceny, w których pojawiają się kobiety. Uzasadniał to tym, że „Gwiezdne wojny”, tak jak duża część kina hollywoodzkiego, ulega terrorowi feminizacji. Dlatego w kontrze do tej tendencji wyciął kobiety z filmu, przede wszystkich zaś sceny, w których wydają rozkazy i mają pomysły.

Przeróbka spotkała się z powszechnym potępieniem, zarówno ze strony samych twórców filmu, jak i dziennikarzy. Również duża część widzów wyśmiała autora skróconej wersji. Ale nie wszyscy. Wystarczy przejrzeć sieć, by dostrzec, że nie brakuje zwolenników defeminizacji "Gwiezdnych wojen".

Ten jaskrawy i doprowadzony do absurdu przykład rugowania kobiet z filmu jest symptomem głębszego problemu. Spora część ludzi sądzi, że we współczesnej kulturze istnieje problem z nadmierną reprezentacją kobiet, osób czarnoskórych, gejów, lesbijek i przedstawicieli innych mniejszości. Jak ujął to jeden z internautów na popularnym portalu filmowych: "Biali mężczyźni są najbardziej prześladowaną częścią społeczeństwa". Argumenty są zawsze podobne: nie mam nic przeciwko danej grupie, ale denerwuje mnie to, że w imię poprawności politycznej wpycha się na siłę ich przedstawicieli do sfery publicznej.

Zwrot "na siłę" jest kluczowy. Trudno znaleźć dyskusję na temat kobiet bądź mniejszości seksualnych i etnicznych występujących w filmach, serialach czy grach wideo, w której nie padałoby w końcu takie sformułowanie. Ale co ono tak naprawdę oznacza? Jak rozpoznać, czy jakaś postać filmowa pojawia się "na siłę"? Z pewnością przeciwnicy poprawności politycznej nie powinni posługiwać się kryterium nadreprezentacji kobiet i grup mniejszościowych w kinie, bo tak naprawdę nadal mamy do czynienia z ich nieproporcjonalnie małą obecnością. W badaniach przeprowadzonych na USC Annenberg School for Communication & Journalism poddano analizie 800 filmów wyświetlanych w kinach w USA w latach 2007–2015 (z każdego roku wybierano po 100 najlepiej zarabiających, nie analizowano filmów z 2011 r.). Okazuje się, że średnio tylko około 30 proc. postaci wypowiadających słowa na ekranie to kobiety, choć w USA, tak samo zresztą jak w Polsce, stanowią one ponad połowę społeczeństwa. Proporcje między mężczyznami a kobietami nie zmieniają się znacząco, nawet gdy bierzemy pod uwagę tylko głównych bohaterów i bohaterki filmów. Nie ma więc mowy o żadnej nadreprezentacji kobiet w stosunku do mężczyzn, wręcz odwrotnie. Podobnie jest z osobami o innym kolorze skóry niż biały czy z mniejszościami seksualnymi. Badania statystyczne nie potwierdzają, aby pojawiali się w filmach zbyt często względem ich rzeczywistej obecności w społeczeństwie. Proporcje są jeszcze bardziej zachwiane na korzyść białych mężczyzn, gdy przyglądamy się twórcom filmowym. Tylko 4 proc. analizowanych filmów zostało wyreżyserowanych przez kobiety, a 5 proc. przez osoby czarnoskóre.


Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj