- Ja niczego się nie boję – deklarował w rozmowie z DGP premier Czech Andrej Babiš, pytany o to, czy nie martwi go perspektywa monopolizacji czeskiego rynku medialnego. Babiš komentował w ten sposób informacje o tym, iż kontrolowana przez niego do niedawna spółka Mafra przejmuje portfolio czasopism należących do niemieckiego potentata medialnego Bauer Media. I to nie tylko w Czechach, lecz także na Słowacji. W ten sposób holding stworzony przez najważniejszego czeskiego polityka dotrze do nowego odbiorcy: czytelniczek kolorowych i luksusowych magazynów („Claudia”, „Cosmopolitan”, „Esquire”, „Harper’s Bazaar”, „TV14”, „TV Max”, „Tina”, „Chwila dla Ciebie” czy „Top Gear” – składają się one w sumie na pulę 43 mln egzemplarzy, które miesięcznie czyta 3,4 mln osób w tym dziesięciomilionowym kraju). Zdaniem Babiša przedstawianie tej sytuacji jako zagrożenia dla demokracji jest elementem narracji wrogo do niego nastawionych dziennikarzy – bo przecież, jak tłumaczył, „wolność istnieje”, „przecież są media społecznościowe”.

Grupa mediowa Mafra co prawda już nie należy do Babiša – prowadzi ją jego fundusz powierniczy, co ma (zdaniem byłego właściciela) być dla dziennikarzy gwarancją niezależności. Tymczasem to właśnie zagrożenia niezależności obawia się część ekspertów. Nic dziwnego, Czesi mają już na koncie takie doświadczenia. Kiedy Babiš w 2013 r. kupił poprzez swój koncern Agrofert grupę mediową Mafra, wydającą poważne tytuły prasowe (m.in. największy czeski dziennik „Lidove Noviny”), a także kilka stacji radiowych, wielu komentatorów podkreślało, że ma to być jedno z narzędzi mających pomóc mu w zrobieniu kariery politycznej.

I faktycznie, opinię publiczną szybko zelektryzowały wieści o tym, jak Babiš we własnej osobie, wściekły na dziennikarzy za brak relacji z konferencji prasowej jego partii politycznej ANO, dzwonił do reporterów z pretensjami. I choć mitygował się, że nie powinien, to jednak w wywiadzie radiowym kilka tygodni później żalił się, że nie zdarzyło mu się – do czasu „Lidovych Novin” – kupić żadnej firmy, w której by go ignorowano. Kilka miesięcy później partia ANO z sukcesem dostała się do czeskiej izby poselskiej, Babiš zaś niebawem został wicepremierem i ministrem finansów.

Zdaniem licznych ekspertów, ale i polityków opozycji, działalność polityczna i biznesowa Babiša (w tym jego obecność na rynku mediów) stanowiła konflikt interesów. Ostatecznie w 2016 r. czeski parlament przyjął ustawę o konflikcie interesów. W jej myśl członkowie rządu nie mogą już być właścicielami mediów, a należące do nich przedsiębiorstwa wszelkich branż nie mogą ubiegać się o dotacje państwowe czy realizować zamówień publicznych (tzw. Lex Babiš). Dlatego właśnie Babiš oddał prowadzenie Mafry w ręce funduszu powierniczego. Tylko że zdaniem obserwatorów to pic na wodę. Jasne jest, że to czysta formalność – firma została oddana rodzinie i współpracownikom holdingu Agrofert razem z wydawnictwem. W sierpniu br. międzynarodowa organizacja Transparency International złożyła doniesienie – że (jak wynikało ze słowackich rejestrów działalności firm, w Czechach są one utajnione) tak naprawdę wśród osób kontrolujących działalność spółki Agrofert nadal wymienia się czeskiego premiera. Według niej Andrej Babiš założył fundusze powiernicze, które teraz zarządzają jego majątkiem, ale pozostaje ich rzeczywistym beneficjentem.

Przy czym obawy budzi już nie tyle to, kto czerpie zyski z tej działalności, ale kto nią kieruje. Ostatni skandal „z uchodźcami w tle” wskazuje, że na działalność grupy mediowej premier może wpływać w sposób istotny.