Czy to możliwe, żeby wprowadzać rozstrzygnięcia, które nie tylko nie rozwiązują systemowych problemów, ale jeszcze stawiają pod znakiem zapytania stabilność systemu finansowego? Co więcej: czy to możliwe, żeby Polska jako kraj – rozumiany jako rządzący i opozycja – prowadziła taką politykę zagraniczną, gdzie jedynym kryterium podejmowania decyzji będzie perspektywa najbliższego sondażu wyborczego, którym będzie można dołożyć frakcyjnemu rywalowi? Czy to możliwe, żebyśmy wprowadzali długoterminowe rozwiązania ustawodawcze i ogłaszali strategiczne decyzje, kierując się perspektywą kilku tygodni?

Czy to możliwe, żebyśmy poważną politykę mieszali z osobistymi wojnami i karczemnymi kłótniami? Przecież gdybyśmy byli krajem, który nie potrafi formułować długoterminowych celów, w którym polityczny dialog toczyłby się w oderwaniu od rzeczywistości, w którym żylibyśmy w świecie mitów, a nie faktów i liczb, to można byłoby nas przecież traktować jak pożałowania godną republikę bananową, której władzom ambasady obcych państw wysyłają listy z żądaniami.

Taki niepoważny, pogrążony w awanturze, niewiedzący, czego chce kraj nie potrafiłby efektywnie bronić swoich konkretnych i realnych interesów, bo nie potrafiłby ich jasno sformułować. Nie potrafiłby np. efektywnie walczyć na unijnej arenie w obronie swoich przewoźników, wytwórców spożywczych czy usługodawców. Co więcej, taki kraj w swoim procesie ustawodawczym mógłby być poddawany budzącym wątpliwości naciskom dyplomatycznym.

Jeżeli nie chcemy być takim krajem, zacznijmy o pewnych sprawach rozmawiać szczerze i nie starajmy się mydlić oczu dużym grupom społecznym. I powiedzmy sobie otwarcie – jeżeli chcemy zdjąć z kogoś ryzyko finansowe i koszty, to ktoś będzie musiał za to zapłacić. Albo na poważnie mówimy sobie, że problemy frankowiczów to ryzyko systemowe, za którego posprzątanie musimy zapłacić my wszyscy, albo przestańmy ich zwodzić.