Tę tezę Woody Allen wysnuł z obserwacji, jak się mają ludzkie zamierzenia do końcowych efektów. A zwykle mają się zupełnie inaczej niż sobie planiści zamyślili, zwłaszcza w dłuższym okresie czasu. Teoria Allena znakomicie sprawdza się w odniesieniu do losów jednostek, jak i całych narodów. Zaś do najzabawniejszym dowcipów należy to, jak ludzkie planowanie nakłada się na zmiany demograficzne.

Czasami zachodzą one niedostrzegalnie w długim okresie, innym razem są błyskawiczne i wstrząsające. Jednak zawsze decydują o przyszłości narodów, państw, a nawet całych kontynentów. Obie Ameryki wyglądałyby dziś zupełnie inaczej, gdyby nie choroby przywleczone z Europy przez hiszpańskich konkwistadorów. Garstka kilku tysięcy przybyszy nie miała szansy utrzymać długo panowania nad wielomilionowymi nacjami. Przed podbojem jedynie Azteków było ok. 25 mln. Jednak wielkie epidemie: ospy, odry, duru brzusznego w krótkim czasie zabiły ok. 80-90 proc. mieszkańców Ameryki Południowej i Środkowej. Ocalałe resztki nie znalazły dość sił, by stawić opór, tryskającym zdrowiem przybyszom z Europy. Pozwoliły się więc łatwo skolonizować.

Czasami zmiany demograficzne zachodzą delikatniej. Znakomity przykładem tego są dzieje Irlandii Północnej. Po wojnie o niepodległość w 1921 r. wyspa została podzielona. Większa część prowincji Ulster pozostała w składzie Wielkiej Brytanii, ponieważ dwie trzecie tamtejszej ludności stanowili potomkowie angielskich osadników. Ich tożsamość określał protestantyzm oraz brytyjski patriotyzm. Wiernych katolicyzmowi irlandzkich nacjonalistów zepchnięto do roli obywateli drugiej kategorii. Przez długie dekady katolickim dzieciom odcinano dostęp do lepszej edukacji, a ich rodzice nie mogli w Irlandii Północnej liczyć na dobrze płatną pracę, awans zawodowy oraz posiadanie własnych przedstawicieli w organach samorządowych. Ten stan rzeczy zaczął się zmieniać po buncie na początku lat 70. i terrorystycznych akcjach IRA. Jednak najważniejsze okazało się to, że dyskryminowani katolicy bardzo ściśle trzymali się nauk Kościoła w kwestii antykoncepcji. W efekcie dużo wyższej od protestantów dzietności już w przyszłym roku będą w Irlandii Północnej większością. To oznacza, że jeśli Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej i zamknie granice, próba opuszczenia Zjednoczonego Królestwa przez północnoirlandzkich katolików wraz ziemią, którą zamieszkują, nadejdzie nieuchronnie.

Rewolucje demograficzne zdarzają się też za sprawą przywódców i ideologii. Trudny do przebicia paradoks stanowią na tym polu losy Rosji. W roku 1913 r. gospodarka Imperium Romanowów odnotowywała najszybszy wzrostu w świecie, wyprzedzając nawet amerykańską. Tak samo prezentował się przyrost naturalny w tym, zamieszkiwany przez 180 mln ludzi kraju. Francuski ekonomista Edmond Thery w wydanej wówczas książce „La transformation economique de la Russie” prognozował, iż jeśli tempo przybywania Rosjan się utrzyma, to w 1948 r. ich kraj będzie miał 344 mln mieszkańców. To wraz z gospodarczym prosperity powinno było uczynić z Rosji najpotężniejsze mocarstwo świata. Gdyby tak się stało, zarówno Polacy, jak i wiele innych nacji, musiałoby na kolejne stulecia porzucić mrzonki o odzyskaniu własnych państw. Tymczasem wybuchła I wojna światowa, dzięki której w Rosji władzę przejęli bolszewicy. Wielkim marzeniem Lenina, a następnie Stalina było rozciągniecie komunistycznej dyktatury na obszarze przynajmniej całej Eurazji. Wszelkie zasoby dawnego państwa carów, w tym też ludnościowe podporządkowano temu celowi. Przyniosło to Rosjanom i wielu innym narodom całą serię niewyobrażalnych rzezi z nieoszacowaną dokładnie do dziś liczbą ofiar. Choć założenie, że do 1945 r. na ziemiach dawnego Imperium Romanowów zostało zabitych lub zmarło z głodu ok. 60-70 mln ludzi wydaje się całkiem prawdopodobne. Tej straty już nie udało się odrobić. Pomimo swej potęgi militarnej Związek Radziecki nie potrafił utrzymać panowania nad obszarami, podbitymi przez carów. Wraz z rozpadem ZSRR nagle Rosja została odepchnięta w głąb Azji, tracąc zdobycze z poprzednich 400 lat. Dziś ma ledwie 146 mln mieszkańców, a demograficzne trendy każą sądzić, że podejmowane przez Putina próby odrodzenia imperium są jedynie pauzą w nieuchronnym zmierzchu wielkiego państwa.

Polakom w kwestiach demograficznych do niedawna sprzyjało szczęście. Z II wojny światowej Polska wyszła z liczbą ok. 24 mln mieszkańców. Straty ludnościowe, poniesione podczas wielkiej hekatomby, zostały szybko odrobione i do roku 1975 przybyło 10 milionów Polaków. Wówczas zaczęły się schody, bo współczynnik dzietności (liczba urodzonych dzieci przypadających na jedną kobietę w wieku rozrodczym) spadł do wielkości 2,2. To oznaczało, że mieszkańców PRL już nie przybywa. Zaoferowane młodym małżeństwom przez Gierka liczne bonusy socjalne, w tym osiemnastomiesięczne płatne urlopy macierzyńskie nie były w stanie tego zmienić. Natomiast zupełnie niechcący trend demograficzny odwrócił gen. Jaruzelski, wprowadzając stan wojenny. Nagle w 1982 r. na świat przyszło w PRL 723 tys. dzieci, a współczynnik dzietności skoczył do 2,41.

Potem Polacy rozmnażali się jak szaleni przez wyjątkowo smutne lata 80. Dzięki temu kraj dobił do liczby 38 mln mieszkańców, ale lata 90. to drastyczny spadek dzietności. Jego apogeum miało miejsce w 2003 r., gdy na świat przyszło tylko 351 tys. dzieci. Potem było trochę lepiej, a od 2010 r. znów gorzej. Po wprowadzeniu przez PiS programu 500 plus wydawało się, że następuje przełamanie. Rząd chwalił się liczbą ponad 400 tys. noworodków rocznie. Ale ożywienie nie trwało długo i w zeszłym roku wszystko zaczęło wracać do poprzedniego stanu, czyli powolnego wymierania. Przy czym powtarzane w mediach prognozy o 30 mln mieszkańców Polski w 2050 r. są całkowita bzdurą. Nigdy nie zdarzyło się, by atrakcyjny kawałek lądu z dobrym klimatem się długo wyludniał. Gdy jedna nacja znika, jej tereny błyskawicznie zasiedla inna. Mały przedsmak tego każdy mógł sobie obejrzeć z bliska, gdy w Polsce z roku na rok osiedliło się ponad milion Ukraińców. Szczęściem, z racji bliskości językowej i kulturowej, proces ten przebiegł bezboleśnie. Nie musi tak dziać się w przypadku kolejnych grup osiedleńców, jacy nieuchronnie napłyną, jeśli polskie społeczeństwo nadal będzie się bezdzietnie starzeć.

Ten kluczowy dla przyszłości problem w III RP lekceważono, aż kierownictwo PiS nie wpadło na pomysł, że prosty w obsłudze program redystrybucji pieniądza, przyznawanego na kolejne dzieci, może okazać się znakomitym sposobem na wygranie wyborów, a następnie utrzymanie władzy. Opozycji bardzo długo zajęło zrozumienie, że negowanie raz danego przywileju socjalnego oznacza, iż władzy nie odzyska. A jeśli nawet się uda ją odzyskać, to potem szybko straci. Pojęcie tej prawidłowości przyniosło podbicie stawki w postaci 500 zł także na pierwsze dziecko. Choć ani władza ani opozycja nie wierzą już, żeby ten ruch zaowocował wzrostem urodzeń. Obie strony traktują go, jako sposób pozyskiwania głosów wyborców, za sprawą programu socjalnego. Nawet jeśli jego koszty szacowane w rozszerzonej formie na ok. 40 mld zł rocznie, przekroczą możliwości budżetowe państwa. Sympatyzujące z opozycją media oraz ekonomiści wieszczą, że gdy nadejdzie spowolnienie gospodarcze (a co dopiero kryzys) III RP takiego wydatku nie udźwignie. Oczywiście rząd twierdzi dokładnie odwrotnie.

I tu właśnie otwiera się możność skutecznego rozbawiania Boga przez Polaków. Rozszerzenie 500 plus to plan na wyborczą broń doskonałą. Jeśli pozwoli PiS utrzymać władzę, prezes Kaczyński będzie mógł sobie pogratulować sukcesu, a na premiera spadnie obowiązek zdobycia niezbędnych środków. Z czym sobie poradzi lub nie, ale na pewno nie wycofa z wypłat. Jeśli wygra opozycja, to 500 plus będzie kamieniem u szyi nowego rządu, bo anulowanie wypłat oznacza wzrost poparcia dla PiS. To zakleszczenie paradoksalnie może sprawić, iż program wreszcie zadziała. Zwłaszcza, że jego najsłabszą stroną był dotąd brak zachęty dla Polek myślących o pierwszym dziecku. Posiadanie dzieci może stać się dużo atrakcyjniejsze, gdy gospodarka zwolni i bezrobocie wzrośnie. Inicjując tak kolejny paradoks, bo wzrost liczby urodzeń dodatkowo dociążyłby budżet, i tak napięty w czasach gorszej koniunktury. Czy zadziała wówczas efekt roku 1982, gdy zapaści gospodarczej i politycznej towarzyszył skokowy wzrost dzietności, nie sposób na pewno powiedzieć. Jednak szansa na rozbawienie Boga robi się całkiem spora.