Jacek Wachowski, profesor nauk humanistycznych, wykłada na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, jest też dyrektorem Centrum Dialogu Europejskiego, prezesem Live Art Foundation. Zajmuje się performatyką, komunikacją społeczną i nowymi technologiami oraz ich wpływem na procesy poznawcze i życie społeczne. Jest autorem licznych publikacji naukowych, w tym m.in. "Poznawanie i komunikowanie. Ja wobec świata, świat wobec Ja, Ja wobec siebie samego".

DGP: "Hen"* – taki zaimek wymyślili sobie Szwedzi, jeśli nie chcą wskazywać na płeć osoby, o której mówią.

Jacek Wachowski: Brzmi jak kolejny wynalazek. Pamiętam, jak po raz pierwszy, na początku lat 90. XX w., pojechałem do Stanów Zjednoczonych i w aplikacjach o pracę, w rubryce "płeć" – obok kobiety i mężczyzny – zobaczyłem: "Trudno powiedzieć". Bardzo mnie to wtedy zdziwiło. W Polsce wciąż może dziwić, choć to przykład sprzed ćwierć wieku. Pokazuje, że w innych rejonach świata stosunek do płci może być odmienny od naszych kulturowych przyzwyczajeń. 

Szwedzkie "hen" ostatecznie do języka oficjalnego trafiło w 2015 r. – co o nas mówi takie językowe nowatorstwo?

Trzy rzeczy. Po pierwsze, że dążymy do upraszczania języka. Po drugie – ważniejsze – że chcemy formuły, w której komfortowo mogliby się poczuć wszyscy, niezależnie od tego, jakie są między nami różnice. Próba wprowadzenia jednolitej kategorii ponadpłciowej jest w gruncie rzeczy przyznaniem nam wszystkim prawa do czucia się ludźmi w najgłębszym wymiarze tego pojęcia. Fakt, że jesteśmy kobietami i mężczyznami ma oczywiście znaczenie, ale w kontekście najważniejszych procesów poznawczych, właściwych dla naszego gatunku, to cecha drugorzędna. Bo przede wszystkim jesteśmy ludźmi. W tym sensie szwedzkie „hen” jest próbą zaakcentowania wspólnoty pierwotnej, organicznej, która nas jako gatunek kreuje i konstytuuje.

A po trzecie?

Szukamy ucieczki.

Od czego?

Od odpowiedzialności przed serią niewygodnych pytań, które np. teraz musimy sobie w Polsce zadać. Bo jesteśmy świadkami nakładania się dwóch procesów: zmian w sferze świadomości społecznej – chodzi tu o naturalne aspiracje kobiet do równorzędnego traktowania, oraz kłopotów gramatycznych – ujawniających głęboką i historyczną dysproporcję między obecnością kobiet i mężczyzn w życiu publicznym, którą język odzwierciedla. Z tego właśnie wynikają wątpliwości: czy o kobiecie piastującej wysokie stanowisko mówić: pani prezes, prezeska czy tylko prezes? Dyrektorka, pani dyrektor czy tylko dyrektor?

Podobnie będzie zresztą z rektorkami, profesorkami, dziekankami…

Dziekanka to nazwa urlopu przyznawanego studentom. Zapewne dlatego część pań na stanowiskach dziekańskich nie chce, żeby je tak nazywać. Uważają, że końcówki żeńskie deprecjonują ich społeczne i zawodowe role. Obniżają prestiż wykonywanych zawodów. Brzmią niedobrze, niepoważnie, mniej dostojnie, a nawet śmiesznie.

*„Hen” w języku szwedzkim początkowo się nie przyjął. Z czasem trafił do obiegu oficjalnego, w tym do pism urzędowych. Dziś nie nasuwa już nawet skojarzeń ze społecznością LGBT, która była gorącym zwolennikiem jego stosowania