Dziś koronawirus ma się najlepiej tam, gdzie zamiast rozsądku wybrano "grę w kurczaka”, którą w czwartek wiernie odegrali także polscy posłowie.

Reklama

Miłośnicy hollywoodzkich produkcji dla młodzieży dobrze znają ulubioną zabawę amerykańskich nastolatków z IQ sporo niższym od tego, jakim mógł się pochwalić Forrest Gump. Od czasów filmu "Buntownik bez powodu”, z niezapomnianym Jamesem Deanem znana jest ona pod nazwę "game of chicken”. Podstawowa wersja tej gry polega na tym, że dwa samce alfa (ostatnio w imię równouprawnienia płci na polu głupoty zstępowani często przez samice alfa) testują swą odwagę przy pomocy samochodów. Używają ich pędząc na czołowe zderzenie lub w stronę przepaści. Ten, który nie jest wystarczająco głupi i pierwszy naciska hamulec lub skręca, zostaje obdarzony tytułem „kurczaka” (lub jeśli kto woli "cykora”). Taki tytuł owocuje totalną pogardą ze strony nastoletniego stada wskazującego, kto jest jego przywódcą, a kto wypadł z gry o bycie samcem (lub samicą) alfa.

Modelowy pokaz "game of chicken” dały ostatnio hiszpańskie elity. W tym głęboko podzielonym kraju od lata trwa ideowa wojna miedzy coraz bardziej konserwatywną prawicą, a coraz bardziej postępową lewicą. Toczy się ona na wszystkich możliwych obszarach życia społecznego włącznie z religią i historią. Jednym słowem, Hiszpanie bawili się na co dzień tak samo dobrze jak Polacy. Pojawienie się na Półwyspie Iberyjskim koronawirusa z Wuhan umożliwiło zamienienie codziennych igraszek w bardziej ekscytującą „grę w kurczaka”. Skoro zbliżał się Międzynarodowy Dzień Kobiet, to obowiązkiem rządzącego bloku lewicowych ugrupowań było zademonstrowanie prawicy swej siły. Tym bardziej, że rządowa koalicja tworzona przez socjalistów z PSOE, Podemos i komunistyczną drobnicę, posiada w parlamencie znikomą przewagę na konserwatystami oraz radykalnie prawicowym Vox-em. Pokaz siły rozpoczęto od ogłoszenia „ogólnonarodowego strajku kobiet” w proteście przeciwko temu, że zarobki pań są średnio niższe o 15 proc. niż mężczyzn. Jak z dumą donosił "El Pais” ów strajk poparło 82 proc. Hiszpanek. Wedle tej samej gazety ok. 5 mln planowało 8. marca pójść w pochodach, jakie przygotowywano we wszystkich, większych miastach. Nawet piękna Penélope Cruz obiecała odwołać zaplanowane spotkania i stawić w Madrycie, by iść na manifestacji w pierwszym szeregu. Tuż przez 8 marca pojawiły się w Hiszpanii głosy, że gdy liczba zachorowań na COVID-19 rośnie, to skotłowanie ludzi na ulicach miast może przynieść dramatyczne skutki, a z walką o równouprawnienie da się poczekać do wygaśnięcia epidemii. Takie opinie, podobnie jak spostrzeżenie, iż koronawirus może nie być bytem o lewicowych przekonaniach co grozi tym, że zaatakuje organizmy aktywistek i aktywistów, uznawano za prawicową prowokację. Lewica tym bardziej więc musiała okazać, że niczego (a zwłaszcza wirusów) się nie boi.

W odpowiedzi najbardziej ideowa prawica postanowiła udowodnić, że ona też się nie boi ani socjalistów ani chorób. Dlatego na 8 marca Vox zwołał do Madrytu wszystkich swych członków i sympatyków na wielki kongres. W kryterium ulicznym lewica pobiła skrajną prawicę na głowę. Feministyczna manifestacja zgromadziła 120 tys. ludzi, zaś wiec populistów ledwie 10 tys.

Co do koronawirusa, to stawił się równocześnie na obu demonstracjach. Świadczyły o tym najlepiej doniesienia o zachorowaniu, zarówno idącej na czele pochodu pani minister ds. równouprawnienia Irene Montero, jak i lidera Vox-u Santiago Abascala. Do grona zarażonych sukcesywnie dołączali kolejni działacze partyjni z obu obozów, łącznie 52 deputowanych do parlamentu, ich żony, matki, etc.

Gdyby problemy zdrowotne dotknęły jedynie elity politycznej, Hiszpanie nie mieliby większych powodów do zmartwień. Niestety po 8 marca (który zapewnie przejdzie do historii tego kraju, jako data graniczna) epidemia detonowała. Wedle prognoz, opracowanych w tym tygodniu przez śledzących trendy badaczy z Politechniki w Walencji (UPV), które opublikował dziennik „El Mundo”, koronawirusem zarazi się ok. 1,2 mln Hiszpanów. Przy obecnej śmiertelności, wahającej się w okolicach 8-10 proc. chorych, oznacza to w czarnym scenariuszu rychły zgon ok. 100 tys. ludzi. Nawet dużo mniejsza hekatomba zaowocuje po wygaśnięciu epidemii skutkami politycznymi. Zwłaszcza, gdy nałoży się na nią krach gospodarczy.

Tymczasem i bez tych nieszczęść przez ostatnie lata Hiszpania balansowała na krawędzi dezintegracji. Poza groźbą odłączenia się Katalonii i aspiracjami Basków, nasilała się równocześnie wojna plemienna między prawicą i lewicą. Obie jej strony wkopały głęboki rów, skutecznie dzielący społeczeństwo. W tle zaś kultywowana jest tradycja prawdziwej wojny domowej, podczas której lewicowi i prawicowi Hiszpanie wyżynali się do upadłego. Zważywszy, że kryzysy zawsze przyśpieszają bieg zdarzeń i potęgują najgorsze trendy, patrząc dziś na Hiszpanię bardzo trudno być optymistą. A przecież wystarczyło choć spróbować minimalizować ryzyko póki to było jeszcze możliwe.

W Polsce na szczęście nadal jest to możliwe, lecz patrząc na poczynania parlamentu, równie trudno o wykrzesanie wielu iskierek optymizmu. Najbliższe miesiące mogą wymagać radykalnych zmian w całym, obowiązującym ustawodawstwie, by państwo na bieżąco dostosowywało się do trwającej burzy. Jakich zmian, tego nikt dziś nie przewidzi. Natomiast do ich wprowadzenia niezbędny jest Sejm i Senat zdolne do pracy. W przypadku Sejmu, by legalnie uchwalić ustawę, potrzebne jest kworum, które wynosi minimum 230 posłów. Taka liczba musi zatem zostać zachowana w miarę dobrym zdrowiu, żeby państwu nie groził paraliż lub konieczność ostatecznego odejścia od zasad demokracji. Minimalizowanie ryzyka na tym obszarze powinno się więc sprowadzać do dbałości, żeby polscy posłowie się nie pozarażali.

Tymczasem w ostatnim tygodniu nad swe zdrowie przedłożyli oni radosną „grę w kurczaka”. Chcąc odkryć, kto ją zaczął należałoby się cofnąć do dnia, w którym młody Jarosław Kaczyński poznał młodego Donalda Tuska. Jednak pozostając przy ostatnim tygodniu, jak pamiętamy pierwotnie posłowie mieli obradować zdalnie. Tak zaproponowali rządzący, a poparła to lewica i PSL. W odpowiedzi politycy Koalicji Obywatelskiej oraz Konfederacji wysunęli argument, że jest to sprzeczne z konstytucją, czym akurat się nikt nie przejął, bo już tyle rzeczy sprzecznych z konstytucją w ostatnich latach zostało zalegalizowane, iż jeszcze jeden przypadek nie czyni większej różnicy. Natomiast całe kierownictwo PiS nie było w stanie zdzierżyć masowej akcji „oni mają cykora”. Kolejni posłowie PO na wyścigi składali internetowe deklaracje, jak bardzo nie boją się przyjść do Sejmu pracować, a wirusów to boją się tylko pisowcy na czele z "mały tchórzem z Żoliborza”. Pod drugiej stronie zawrzało. "To niby my się boimy? My się niczego nie boimy, a zwłaszcza wirusów. Zaraz to udowodnimy”.

Tym sposobem doszło do historycznego posiedzenia Sejmu, podczas którego przyjęto możność zdalnego prowadzenia obrad. Nota bene nadal jest to niezgodne z konstytucją, ponieważ artykuł 109 jasno definiuje, że: "Sejm i Senat obradują na posiedzeniach”, czyli podczas bezpośrednich spotkań. Jednak wszyscy przybyli do sejmowego gmachu czuli się usatysfakcjonowani, gdyż nie o konstytucję szło, lecz udowodnienie wyborcom, że nie jest się "kurczakiem”.

Chcąc mimo wszystko minimalizować ryzyko czwartkowej "gry w kurczaka” należało połączyć ją z zachowaniem surowych norm bezpieczeństwa. Tymczasem to, co działo się na terenie Sejmu mogło przyprawić o atak apopleksji niejednego wirusologa. Posłowie snuli się w maseczkach, albo i bez. Niektórzy zakładali je sobie na czoło lub ucho. Jeśli na jednej ręce mieli gumową rękawiczkę to po to, żeby palcem, odzianym w lateks, dłubać w nosie – itp., itd. Generalnie widać było, jak dobrze się bawią pewni swej nieśmiertelności i nic nie rozumiejący z nowych czasów. Dając wyborcom pokaz iście hiszpańskiej fiesty. Na szczęście wedle obliczeń amerykańskich naukowców średni czas inkubacji wirusa SARS-CoV-2 wynosi 5 dni (maksymalny ok. 14), nadal są więc spore szanse na uchwalenie tarczy antykryzysowej. Co potem? Ano potem może być zabawniej, bo ponoć 10 maja mają być w Polsce jakieś ogólnonarodowe wybory. A kto się ich boi ten kurczak.