Oczywiście Rosja jest stosunkowo młodą demokracją i nie ma jeszcze tak stabilnego wyborczego systemu jak inne kraje, na przykład Francja czy Niemcy. Przyznajemy, że podczas głosowania dochodziło do naruszenia prawa, przede wszystkim w republikach Kaukazu Północnego, gdzie przedstawiciele lokalnej administracji mogli wywierać naciski na członków regionalnych komisji wyborczych oraz samych głosujących.

Wiemy również, że startujące w wyborach partie polityczne nie miały równego dostępu do telewizji publicznej - znaczną przewagę w ilości czasu antenowego miała partia władzy Jedna Rosja. Wszystkie te naruszenia prawa i ordynacji wyborczej nie mogły jednak mieć znaczącego wpływu na ostateczny wynik głosowania.

Przesłanie wyborców, jakie płynie z wczorajszej elekcji, jest oczywiste: cała Rosja popiera prezydenta Władimira Putina. I to poparcie nie zmieniło się od czasu ostatnich wyborów prezydenckich. Tak jak w 2004 roku, tak i teraz na Putina zagłosowało 72 procent rosyjskiego społeczeństwa: do ponad 64 procent głosów oddanych na prezydencką partię Jedna Rosja należy bowiem doliczyć 8 procent, które zdobyło związane również z rosyjskim prezydentem ugrupowanie Sprawiedliwa Rosja.

Takie miażdżące zwycięstwo w wyborach zapewni Władimirowi Putinowi skuteczne narzędzie do kontynuowania dotychczasowej polityki, czyli większość parlamentarną. W Rosji nie ma przecież absolutnej władzy prezydenckiej, a każda głowa państwa musi liczyć się z parlamentem - Dumą Państwową, która dysponuje dużymi uprawnieniami. Teraz, po wyborach, te uprawnienia otrzymały partie, które będą kontynuowały dotychczasową politykę Władimira Putina. A nowy szef rządu, niezależnie od tego, kto nim zostanie, z pewnością będzie blisko związany z Putinem.

Te wybory wyraźnie pokazały jedno - spektakularne zwycięstwo idei Wielkiej Rosji. Bo wszystkie partie, które przekroczyły próg wyborczy i weszły do Dumy Państwowej, walczą o mocne i niezależne państwo rosyjskie. Podczas gdy ich prozachodni przeciwnicy ponieśli sromotną porażkę.

Stało się tak bynajmniej nie dlatego, że w Rosji nie ma prozachodnich wyborców; szacuje się przecież, że zacieśnienie współpracy z Zachodem popiera od 10 do 15 procent rosyjskiego społeczeństwa. Większość tych wyborców zagłosowała jednak na partię prezydenta Władimira Putina. Przyczyna jest bardzo prosta: zdeklarowane prozachodnie liberalne partie, takie jak Sojusz Sił Prawicy czy Jabłoko, o wiele mniej liczą się z rosyjskimi obywatelami, czyli własnymi wyborcami, niż z wpływowymi zachodnimi politykami. To one same zepchnęły się na polityczny margines, a naród je tylko przy urnach wyborczych ostatecznie odrzucił.

Rosjanie zagłosowali w tych wyborach za dalszym wzmocnieniem suwerenności Rosji. I doskonale wiedzieli, że może im to zagwarantować jedynie Władimir Putin i jego partia Jedna Rosja. To jedna z przyczyn popularności rosyjskiego prezydenta - jedna, ale nie jedyna. Bo Rosjanom przede wszystkim odpowiada jego styl politycznego przywództwa. Władimir Putin jest młody, doskonale wykształcony, bardzo nowoczesny, a poza tym silny, spokojny i zrównoważony. Te jego cechy bardzo podobają się rosyjskim wyborcom.

Prezydent Putin zaimponował też rodakom głoszoną ideologią, która łączy współczesną liberalną europejskość z patriotyzmem. I kolejny atut - Władimir Putin zwraca się do obywateli używając ich własnego językiem. Prezydent nie jest ani zarozumiałym oligarchą, ani nieprzystępnym urzędnikiem z Kremla.

Poza tym Rosjanie bardzo doceniają dotychczasowe osiągnięcia polityki Władimira Putina. A te można wyliczać długo: zakończenie wojny w Czeczenii, zlikwidowanie anarchii i chaosu, jakie panowały w Rosji w latach 90., stabilny ekonomiczny rozwój, przywrócenie suwerenności kraju i kontroli państwa nad rosyjskimi złożami ropy i gazu.

Władimir Putin od lat bardzo konsekwentnie buduje niezależną i silną Rosję. To nie może podobać się Zachodowi. Wcale się temu nie dziwię, bo przecież nie można być zadowolonym z tego, że ktoś nie chce pokornie iść wytyczoną mu drogą.

Teraz, po wyborach, zachodni przywódcy mają z Rosją niezłą zagwozdkę. Z jednej strony, nie sposób nie przyznać, że Władimir Putin jest u siebie w kraju niekwestionowanym autorytetem, cieszy się poparciem przytłaczającej większości narodu, a wybory odbyły się zgodnie z demokratycznymi standardami. Zachód jednak woli swoją własną wizję Rosji: dzikiej, słabej i buntującej się. Dlatego zwycięży pewnie kompromisowa ocena - wybory rzeczywiście się odbyły, ale nie były do końca wolne.

To doskonały sposób, by uprawomocnić przychylną Zachodowi rosyjską opozycję. To również powód, by kontynuować dotychczasową politykę marginalizowania Rosji i przeciwstawiania się jej. Ale to bardzo niemądra, a wręcz katastrofalna polityka. Zachodnie państwa ze Stanami Zjednoczonymi na czele popełniają jeden błąd za drugim. Wystarczy przypomnieć wojnę w Iraku, nieustanne przygotowania do ataku na Iran czy ogólną militaryzację stosunków międzynarodowych, czego świadectwem są choćby plany rozmieszczenia w Polsce i Czechach elementów tarczy antyrakietowej.

To bardzo jednoznaczna polityka prowadzona przez George’a Busha - najgorszego prezydenta w historiii Stanów Zjednoczonych. Bush co prawda nazywa Władimira Putina swoim przyjacielem, ale to doprawdy nic nie znaczy. Polskę przecież też zalicza do przyjaciół Rosji. I co, wierzycie mu?