Reklama
Mira Suchodolska: Pan nie lubi Polski? „Czułbym się nieszczęśliwy w kraju, z którego prawem i moralnością się nie zgadzam” – powiedział pan w jednym z wywiadów. A jednak spędza pan tu sporo czasu, dlaczego?
Tomasz Vetulani: To było dziewięć lat temu, pewnie chciałem trochę sprowokować. Tak naprawdę od śmierci rodziców żyję w szpagacie pomiędzy Holandią a Krakowem, do którego mam olbrzymi sentyment, to wyjątkowe miasto. No i muszę opiekować się naszym krakowskim mieszkaniem, wcześniej robiła to mama.
Po co panu mieszkanie w Krakowie?
Vetulaniowie zawsze byli z Krakowem związani, dla mnie też jest ważne, aby być mocno w Krakowie zakotwiczonym.
Jak się dorasta w takim domu? U boku wielkiego uczonego, jakim był pana ojciec Jerzy Vetulani?
Dobrze. A mój dom… był inny niż pozostałych dzieciaków. Byłem chyba jedyny w szerokim kręgu kolegów, w którego domu była pomoc domowa. Antosia, starsza kobieta, mieszkała w kuchni za szafą. Została zatrudniona, bo moja babcia ze strony taty była inwalidką wojenną i pomoc była niezbędna. Antosia była prostą, samotną kobietą spod Krakowa i jak to dziś wspominam, nie znosiła robót domowych. To był dramat, aż się serce ściska, bo ona nie miała innego wyjścia – musiała harować, sprzątać u obcych ludzi, śłać łóżka rozbisurmanionym dzieciom, jakimi byliśmy z bratem. Była więc zgorzkniałą kobietą, tak to dzisiaj widzę. Mieszkaliśmy w dużym, ale trochę nieporęcznym mieszkaniu w sześć osób: dziadek Adam, wybitny profesor prawa kościelnego i historyk prawa powszechnego, babcia Irena, biolożka, córka generała Franciszka Latinika, mama i tato, brat i ja, a w kuchni Antosia. Mieliśmy bardzo dobre dzieciństwo. Dziadkowie byli cudowni, dziadek był nam, chłopcom, bardzo życzliwy, a babcię to nawet moja mama – synowa bądź co bądź – słusznie adorowała.
W czasach PRL-u Vetulanich było stać na zatrudnianie pomocy?
Nie byliśmy nigdy bogaci. Nie było samochodu ani jakiejś willi za miastem. W naszym przypadku pomoc była koniecznością, wszystko jest więc kwestią priorytetów. Dziadek nie był po wojnie zamożny. Był pryncypialny, skonfliktowany z ówczesną władzą. Na przykład Henryk Jabłoński, przewodniczący Rady Państwa, był dziadka osobistym wrogiem, który torpedował wszelkie starania o pozwolenie na wyjazdy zagraniczne. Dziadek był odcięty od świata, pozbawiony przywilejów, a na dodatek przez długie lata inwigilowany, co zostało opisane m.in. przez Ryszarda Terleckiego z IPN-u (syna Olgierda, żeby nie było wątpliwości). Nie przelewało się, ale też biedy nie było.
Mówi pan, że byliście z bratem rozbisurmanieni…
Byliśmy wychowywani bezstresowo przez bardzo wykształcone osoby nielubiące dyscypliny, kochające i szanujące dzieci, nie stawiano nam poważnych barier i byliśmy często po prostu nieznośni.
Nigdy nie dostaliście klapsa w tyłek?
Z dzieciństwa przypominam sobie jeden raz, po kompletnie nieudanym pójściu samopas podczas spaceru w górach, skomplikowanej akcji ratunkowej w wykonaniu bardzo zestresowanego taty. W zasadzie tato jednak nie wierzył w dyscyplinę, oczekiwał, że dziecko samo sobie ustawi granice. Moim zdaniem trzeba te granice stawiać. Ale, generalnie, nie mam traumatycznych wspomnień z dzieciństwa.
Był pan synkiem mamusi czy tatusia?
Chciałem być obojga. Mama, bardzo opiekuńcza i nas kochająca, najbardziej chyba jednak kochała tatę. A ojciec był bardzo fajnym tatą, zajmował się nami, jak miał czas. Jego rzeczywiście pochłaniała, tak samo jak dziadka Adama, praca naukowa. Obaj wychodzili wcześnie rano, dziadek na uniwersytet, tata do Instytutu Farmakologii PAN. Tato wracał bardzo późno, zmęczony, często jeszcze pracował po nocach w domu, zasypiając, słyszałem stukotanie maszyny do pisania. Ale wśród tych obowiązków znajdował czas, żeby być dla nas i z nami. Mam takie miłe wspomnienie: siedziałem na parapecie, miałem może sześć lat, gapiłem się na drzewa w parku i się nudziłem. Wymyśliłem, że aby się rozerwać, będę pluł ludziom na głowy. I jak na zawołanie idzie jakiś facet, ucieszyłem się, że mam na kogo pluć. Ale nie naplułem, bo to był tata, który zupełnie nieoczekiwanie pojawił się w domu w środku dnia.