Rodzice Stefana Michnika byli zaangażowani w działalność komunistyczną. Na ile ich międzywojenna i tuż powojenna działalność wpłynęła na poglądy ich syna i zaangażowanie po stronie systemu?

Reklama

Dr Maciej Korkuć: Stefan Michnik urodził się w 1929 roku. Jego matka, Helena Michnik, związała się już w latach 30. z Ozjaszem Szechterem, który nie był jego biologicznym ojcem. Wspólnie byli zaangażowani w działalność komunistyczną. Wtedy obowiązywała leninowska zasada, że komunista ma tylko jedną ojczyznę – Związek Sowiecki. Dla Szechtera i dla niej agresja sowiecka w 1939 r. była spełnieniem politycznych oczekiwań. Liczyli na dalszą rozbudowę komunistycznego totalitaryzmu, któremu służyli.

Z dzisiejszej perspektywy może być niezrozumiałe, w jaki sposób dwudziestolatek został ważnym sędzią komunistycznego „wymiaru sprawiedliwości”.

Komunizm to system, który nie potrzebuje sprawiedliwości, ale realizacji celów ideologicznych. W Polsce komunizm był narzucony, oparty o terror. Partia potrzebowała ludzi gotowych na realizację wszystkich wytycznych, choćby tych najbardziej okrutnych i krwawych. Ludzie musieli wiedzieć, że władza może zrobić wszystko. Sam Stefan Michnik mówił w swoim czasie, że imponowały mu stalinowskie tezy o „zaostrzaniu walki klasowej”. Był jednym z tych młodych, budujących swoją karierę w stalinowskim państwie, jako bezwzględne narzędzia w ręku partii. Jemu nie było potrzebne prawdziwe, gruntowne wykształcenie prawnicze i wiedza, aby wydawać wyroki śmierci. Orzekając realizował, podobnie jak jemu podobni, polecenia przychodzące „z góry”. Już tzw. Komisja Mazura, funkcjonująca na fali odwilży w 1956 r., stwierdziła, że tacy jak on „sędziowie” mieli świadomość stosowanych tortur i wymuszeń: nie tylko nie mogli nie widzieć bezprawia, lecz przewidywali możliwość przestępczego skutku swojego działania i z tym się godzili. Już wtedy Michnik został zaliczony do grupy sędziów w największym stopniu – jak to delikatnie określano – „łamiących praworządność”.

Wydaje się, że nawet jak na standardy ówczesnego „wymiaru sprawiedliwości” wyroki zapadające w „procesach odpryskowych” i zachowanie Michnika w czasie procesów było niezwykle brutalne. Zdarzało się, że nie dopuszczał do rozpraw formalnych obrońców oskarżonych?

Była wielka różnica między nagłaśnianymi przez propagandę głównymi procesami pokazowymi a tymi cichymi, czy wręcz potajemnymi procesami „odpryskowymi”, w których orzekał m.in. Michnik. W tych drugich szafowano wyrokami śmierci. Nawet nie udawano przestrzegania procedur. Często nawet nie było żadnych obrońców, a wyrokom asystowali tylko funkcjonariusze. Nikt nie zwracał uwagi na tłumaczenia skazanych, którzy odwoływali zeznania wymuszone brutalnymi torturami. Procesy te były lustrzanym odbiciem podobnych praktyk w Związku Sowieckim. Nazywanie tych postępowań „procesami”, a wydających wyroki „sędziami”, to duża umowność: nie miało to nic wspólnego z tym, co w normalnym, wolnym kraju nosi takie miano.

W lipcu minęła 70 rocznica rozpoczęcia „procesu generałów”. Jaką rolę pełnił Michnik w procesach odpryskowych od tego wielkiego procesu pokazowego?

Jak już wspomniałem, Michnik należał do tych, którzy byli wprost narzędziem sądowych zbrodni. I mieli świadomość w czym uczestniczą. Michnik uczestniczył w postępowaniach, w wyniku których zamordowano takich ludzi jak mjr Zefiryn Machalla. To był bohater wojny obronnej w 1939 r., który przeszedł przez więzienia NKWD, a po służbie w armii Andersa powrócił do kraju. Jego żony i dzieci nawet nie poinformowano o wyroku śmierci orzeczonym przez „sąd” ze Stefanem Michnikiem w składzie. W przypadku nigdy nie osądzonych uczestników tak okrutnego procederu, który kończył się mordowaniem ludzi, trudno aby obowiązywała dzisiaj pogrzebowa zasada „o zmarłych nic, tylko dobrze”.

Dlaczego więc Michnika nie spotkały jakiekolwiek istotne konsekwencje?

Michnika nieco zdegradowano, przeniesiono na niższy szczebel – odtąd pracował w Wojskowym Sądzie Okręgowym. Wciąż mu było dobrze. Następnie sam odszedł z wojska i został na jakiś czas adwokatem w Warszawie. W 1956 r. nie nastąpiły rozliczenia odpowiadające prawdziwemu wymiarowi udziału różnych ludzi w sądowych zbrodniach. Sam październik 1956 r. nie zmienił istoty totalitaryzmu. Szybko też powrócono do „dokręcania śruby”. Przesunięcia wśród komunistycznych „elit” miały w gruncie rzeczy charakter kosmetyczny i nie naruszyły fundamentów systemu. Zadbano, aby tym ludziom nie stała się krzywda. Prawdziwe kary w gruncie rzeczy wciąż były dla przeciwników politycznych, a nie funkcjonariuszy systemu. Również po 1956 r. było to państwo totalitarne. I tak pozostało aż do 1989 r., choć zmieniała się po czasach stalinizmu skala represywności systemu. Ale istota totalitaryzmu – nie. W komunistycznym państwie nigdy nie zamierzano zrobić zbyt wiele w celu rozliczenia zbrodni władzy i sądów lub chociażby dla ujawnienia pełnej prawdy o nich.

W jaki sposób Michnik po latach tłumaczył popełnione przez siebie zbrodnie sądowe?

Przyznawał, że imponował mu tamten klimat ideologiczny. Szczyt jego kariery w sądownictwie wojskowym nastąpił w okresie, kiedy był przed trzydziestką. Był młodym, ale już dojrzałym człowiekiem, kiedy zdecydował się być narzędziem komunistycznego terroru. I czerpał z tego profity.

Dziś wiele osób zadaje sobie pytanie, dlaczego polski wymiar sprawiedliwości w ostatnich trzydziestu latach nie zdołał rozliczyć Stefana Michnika i wielu podobnych mu funkcjonariuszy systemu. Skąd tak zauważalna nieudolność?

Stefan Michnik to przykład i symbol bezprawia w czasach komunistycznych, ale również symbol bezkarności uczestników zbrodni sądowych i w ogóle zbrodni komunistycznych po 1989 r. To ta sama strona medalu co bezkarność najwyższych funkcjonariuszy systemu, współodpowiedzialnych za państwowy terror „ludzi Moskwy”, takich jak Wojciech Jaruzelski. Brak realnych rozliczeń sprawców zbrodni komunizmu rzuca się cieniem na etos dzisiejszego, niepodległego państwa.

Sam Stefan Michnik w końcu lat sześćdziesiątych wyjechał z Polski – paradoksalnie „w roli ofiary”, w aurze antysemickich nagonek organizowanych przez władze komunistyczne. Te same, którym przez wiele lat służył. W czasach III RP mimo zabiegów strony polskiej Szwecja, która udzieliła mu schronienia, odmawiała realizacji wniosków o deportację. Pozostaje pytanie czy polskie wysiłki w tym kierunku rzeczywiście były podejmowane konsekwentnie. Czy zrobiono wszystko? Można mieć wątpliwości. Wiemy jedno: Stefan Michnik nigdy nie odpowiedział za zbrodnie sądowe.