Taki moment „sprawdzam” nastał właśnie w historii "rosyjskiego NATO”, jak czasem jest nazywana Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB), poza Rosją zrzeszającego Armenię, Białoruś, Kazachstan i Kirgistan. Tegoroczne przewodnictwo w ODKB sprawuje Armenia, rządzona przez premiera Nikola Paszinjana. Pod wieloma względami polityk jest w niej obcym ciałem. Doszedł do władzy w wyniku pokojowej rewolucji, czyli zjawiska, które jest najgorszym koszmarem jego kolegów z ODKB. Na tle Kazachstanu czy Rosji Armenia pozostaje ostoją swobód obywatelskich. Druga taka wyspa wolności, Kirgistan, pod obecnymi rządami Serdara Dżaparowa zsuwa się w światowych rankingach demokracji, a ostatnią nowością z Biszkeku było pozbawienie obywatelstwa i deportowanie do Rosji dziennikarza Bołota Temirowa, redaktora naczelnego serwisu Factcheck.kg.
Reklama
Gdyby Paszinjan miał pełną swobodę, Armenia pewnie wybrałaby Zachód. Ale tak nie jest; Erywań pozostaje skazany na sojusz z Rosją. Jej tradycyjni wrogowie, Turcy, są członkiem NATO, a z Ankarą z kolei jest sprzymierzony Azerbejdżan, z którym Ormianie od odzyskania niepodległości kłócą się o przynależność Górskiego Karabachu. W 2020 r. oba kraje stoczyły o to kolejną wojnę, wówczas jednak działania wojenne nie przelały się na międzynarodowo uznane terytorium Armenii. Odkąd Rosja utknęła na froncie ukraińskim, Azerowie poczynają sobie coraz bardziej buńczucznie. W wyniku działań ich armii pod okupacją Azerbejdżanu znalazło się od tego czasu 140 km kw. Armenii. ODKB nie zareagowała, co nie przeszkadza Moskwie równolegle namawiać młodszych sojuszników do pomocy w kampanii wymierzonej w Ukrainę. Władze w Baku wyczuły krew i wiele wskazuje na to, że konflikt azersko-ormiański będzie miał wkrótce nowe odsłony.
ODKB zaś stanęła na skraju rozpadu, czego najlepszym przykładem był ubiegłotygodniowy szczyt organizacji. Dyktatorzy zwykle intuicyjnie wyczuwają słabość i siłę sąsiadów. Nie inaczej jest z prezydentem Azerbejdżanu İlhamem Aliyevem, który w przeddzień szczytu ODKB powiedział, że blok mu nie zagraża, bo Baku ma w organizacji więcej przyjaciół niż Erywań. Złośliwi z Armenii zareagowali w mgnieniu oka: Aliyev wyraził się nieprecyzyjnie; Armenia w ogóle nie ma przyjaciół w ODKB – skomentował publicysta rosyjskiej „Niezawisimej gaziety” Jurij Roks. Gdy przywódcy ODKB zjeżdżali do Erywania, Baku zorganizowało u siebie Dni NATO, na których państwa Sojuszu reprezentował norweski kontradmirał Gunnstein Bruåsdal, zastępca szefa sztabu sił sojuszniczych w Europie. A bliskie rządowi media, jak „Haqqın”, zastanawiały się, kto powinien „rozbrajać nielegalne formacje zbrojne w Karabachu”, sugerując, że Azerbejdżan może wznowić operację wojskową, ignorując obecność rosyjskich sił pokojowych.
Rosjanie widzą, że ODKB rozłazi się w szwach. Do Erywania wysłali delegację w dawno niewidzianym składzie: z prezydentem Władimirem Putinem, ministrami spraw zagranicznych Siergiejem Ławrowem i obrony Siergiejem Szojgu, sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Nikołajem Patruszewem. Na nowego sekretarza generalnego wybrano silniejszą niż zwykle figurę, Imangalego Tasmagambetowa, który zastąpi Białorusina Stanisłaua Zasia. Zaś był wcześniej tylko sekretarzem łukaszenkowskiej Rady Bezpieczeństwa. Tasmagambetow ma w CV najważniejsze stanowiska w kraju: był premierem, ministrem obrony i szefem administracji prezydenta. Ciekawe zmiany kadrowe przyćmiła sytuacja z zamknięcia szczytu, gdy Paszinjan demonstracyjnie odmówił podpisania bezzębnej w jego przekonaniu deklaracji solidarności z Armenią, nie zważając na frustrację Putina i otwarte połajanki Alaksandra Łukaszenki. Stan ODKB to kolejny symbol słabnącej pozycji Rosji w regionie.
Reklama