Jerzy Buzek opowiada w wywiadzie dla "Dziennika Gazety Prawnej", że kilka tygodni temu spotkał się z prezydentem. Rozmowa dotyczyła między innymi traktatu lizbońskiego. I prezydent zapewnił go wówczas, że nie będzie zwlekał ze swoim podpisem po pozytywnej decyzji Irlandczyków.

Szef Kancelarii Prezydenta Władysław Stasiak przyznaje, że prezydent złożył taką deklarację.

Od wielu miesięcy zarówno polscy, jak i zagraniczni politycy wzywali wielokrotnie Lecha Kaczyńskiego do złożenia podpisu pod traktatem lizbońskim. W styczniu tego roku Sejm przyjął nawet specjalną rezolucję wzywającą go do podpisania tego dokumentu.

Z naszych informacji pochodzących z bliskiego otoczenia prezydenta wynika, że Lech Kaczyński może podpisać traktat już 2 października. "Jeśli tylko wynik referendum będzie ewidentny, może to zrobić jeszcze tego samego dnia" - potwierdza współpracownik prezydenta.

A jakie są szanse na to, by w referendum za trzy tygodnie nie powtórzyła się sytuacja z 9 czerwca 2008 roku? Irlandzki minister ds. europejskich Dick Roche jest przekonany, że za ratyfikacją zagłosuje przynajmniej 55 proc. jego rodaków. I ostatnie sondaże dają mu prawo do takiego optymizmu. Według ostatniego badania dla "Sunday Business Post" głosowanie na "tak" deklaruje 52 proc. Irlandczyków, na "nie" chce głosować 25 proc., a 23 proc. wciąż nie ma zdania.

Szanse na poparcie traktatu w Irlandii zwiększyła sama Unia Europejska, dając Dublinowi w czerwcu prawne gwarancje dotyczące m.in. kwestii podatkowych i moralnych. Irlandzka opozycja zapowiedziała, że rezygnuje z prowadzenia kampanii antyrządowej przy okazji referendum. Nikt w Irlandii nie obawia się także wczorajszej deklaracji Declana Ganleya o włączeniu się w kampanię. W czerwcu 2008 roku to właśnie sfinansowanie przez niego akcji "Vote for no" przesądziło o porażce traktatu. Za to do poparcia traktatu Irlandczyków ma namawiać jeszcze Lech Wałęsa. Tym razem nie na zaproszenie Ganleya.

p

Grzegorz Osiecki: Przekonał pan Irlandczyków do poparcia traktatu lizbońskiego?
Jerzy Buzek: Ja tam byłem sześć dni temu. I muszę powiedzieć, że aż jestem zaskoczony. Kiedy tam jechałem, żeby porozmawiać z Irlandczykami o traktacie, to sondaże mówiły, że 46 procent jest za traktatem, a 29 procent przeciw. A dziś widzę wyniki: ponad 60 procent Irlandczyków za traktatem z Lizbony i tylko nieco ponad 20 przeciw. Nie śmiem nawet przypuszczać, że to dlatego, że ja tam byłem, ale mam nadzieję, że jeden czy dwa punkty dodałem. Choć zastrzegałem podczas wizyty, że nie przyjechałem robić kampanii, tylko wyjaśniać wątpliwości. Na tle traktatu są okropne nieporozumienia. Ja podczas spotkań i wystąpień w mediach odpowiadałem na pytania. Zapewniałem, że głosowanie nie dotyczy popularności rządu. Tam rośnie bezrobocie, są trudności gospodarcze. Mówiłem im: głosujecie nad Europą. Na wasz wynik czekają Słoweńcy, Portugalczycy, Szwedzi, Polacy. Wszyscy w Europie.

czytaj dalej


A Polska w którym momencie powinna ratyfikować traktat?
Pan prezydent Lech Kaczyński podpisze go po odpowiedzi "tak" Irlandczyków.

Ma pan taką pewność?
Tak. Rozmawiałem z nim. Tak mnie zapewnił i wierzę panu prezydentowi.

Trudniej przekonać Irlandczyków czy prezydenta?
Zobaczymy, co powiedzą Irlandczycy. A jeśli pan prezydent zaraz potem podpisze, to okaże się, że obie rzeczy poszły łatwo.

Kiedy rozmawiał pan z Lechem Kaczyńskim na ten temat?
Parę tygodni temu.

A jeśli chodzi o prezydenta Czech Vaclava Klausa, spodziewa się pan kłopotów?
Nie wiem. To najkrótsza odpowiedź.

A jeśli Irlandczycy powiedzą "nie", jaki jest plan B?
Pozostajemy przy traktacie nicejskim, który nie daje takiej sprawności działania Unii Europejskiej. I to jest ta słabość.

Ale jaki wtedy będzie scenariusz, powstanie nowy traktat?
Tu nie trzeba planu B. Pozostajemy przy traktacie nicejskim, ale to zatrzymanie rozwoju Unii Europejskiej. To wstrzymanie w jakimś sensie powodzenia nas wszystkich.

A co daje dokument lizboński?
Przede wszystkim da obywatelom bezpośredni wpływ na unijne decyzję. Pojawia się pierwszy raz w historii Unii możliwość zgłaszania inicjatywy obywatelskiej. Także parlamenty narodowe będą miały wpływ na działania Unii. Również Parlament Europejski będzie miał znacznie większy wpływ na to, co się dzieje. Będzie miał większe kompetencje przy zatwierdzaniu budżetu. Będzie głosował nad całym budżetem, także na przykład będzie decydował o wydatkach na rolnictwo. To ważne, bo przecież członkowie PE są wybierani w bezpośrednich wyborach. To duża zmiana w porównaniu z tym, co było wcześniej. Takich zmian jest znacznie więcej.

czytaj dalej


Jak w tym wszystkim się mieści uchwała Bundestagu sprzed kilku dni, że niemieckie władze nie mogą zgodzić się na żadne nowe kompetencje Unii, bez powiedzenia „tak” przez niemiecki parlament?
W zasadzie taka reguła już istnieje w niektórych państwach Unii. Na różne nowe rzeczy musiały wyrażać zgodę czy to parlamenty, czy też obywatele w referendum. Tyle że niemiecki parlament powiedział o tym wprost, a nie w domyśle: że chce być konsultowany już w trakcie podejmowania decyzji.

Spodziewa się pan, że podobne rozwiązanie przyjmie nasz parlament?
Nie wiem. Trudno mi powiedzieć. Tego rodzaju sprawy są w kompetencjach parlamentów krajowych.

10 września zapadła decyzja o głosowaniu w sprawie zatwierdzeniu szefa Komisji Europejskiej przez Parlament Europejski. Na ile jest pan pewny, że Manuel Barroso zbierze wymaganą liczbę głosów?
Rzeczywiście, 16 września będziemy głosować i są spore szanse, że pan przewodniczący dostanie spore poparcie w Parlamencie Europejskim. Ale nie chcę się wypowiadać za członków parlamentu, oni podejmują niezależną decyzję. Głosowanie jest tajne. Nie przewidujmy zbyt wiele. Ja wypowiedziałem swoją opinię i przy tym bym pozostał.

Ale wsparł Pan Barroso?
Popieram tę kandydaturę. Bo musimy mieć jak najszybciej szefa Komisji Europejskiej i chcemy, by był jak najsilniejszy. Chcemy, by spełnił oczekiwania obywateli UE. Oni oczekują szybkiego podejmowania konkretnych działań, a bez komisji i PE nie da się tego zrobić. Musimy zajmować się kryzysem. Pobudzić wzrost gospodarczy. Potrzebny jest znacznie lepszy nadzór finansowy, tak aby nie doszło do kolejnego kryzysu w przyszłości. Zasada równej konkurencji musi być pilnowana z żelazną konsekwencją. Musimy działać przeciwko protekcjonizmowi. Europejskie firmy muszą mieć równe szanse. Aby wygrywały najlepsze. To są absolutnie konieczne rzeczy. Musimy dbać też o politykę spójności i o solidarność energetyczną. Decyzje w tych sprawach trzeba podejmować natychmiast, dlatego trzeba szybko i silnej Komisji.

czytaj dalej


A Barroso rzeczywiście to zagwarantuje? Francuzi forsują rozwiązania protekcjonistyczne?
Ale w poprzedniej kadencji sprzeciwiał się takim pomysłom, wspólnie z Czechami i z Polakami. Więc gdy była taka potrzeba, to tak robił.

Czy jeśli Barroso zostanie wybrany, to możemy być pewni, że dostaniemy którąś z tek gospodarczych?
To kwestia złożonych konsultacji i negocjacji. To zależy, jakich kandydatów zgłoszą inne kraje członkowskie. Może być tak, że będzie mało specjalistów od gospodarki, wtedy ci, którzy są wysoko kwalifikowani z doświadczeniem w zarządzaniu gospodarką czy finansami, mają ogromną szansę na dobrą tekę. Ale może być tak, że większość wysłanych kandydatów będzie miała takie doświadczenie, wtedy będzie trudniej. Dziś niczego nie można przesądzić. Nie ma wątpliwości, że pan przewodniczący Barroso bardzo dobrze rozumie aspiracje krajów Europy Środkowej.

Celujemy w tekę gospodarczą, mówi się o funkcji komisarza do spraw budżetu dla Janusza Lewandowskiego. Na ile będzie ona istotna w tej kadencji?
Oczywiście to bardzo ważna teka. Komisarz do spraw budżetu układa wstępne propozycje budżetowe, to do niego spływają dane ze wszystkich krajów UE. A jeśli chce się je zmienić, to trzeba to uzasadnić, że jego propozycje nie są właściwe. A to już jest trudniejsze. Ale ten komisarz będzie miał ogromny wpływ nie tylko na roczne budżety, ale też na nową unijną perspektywę finansową na lata 2014-2020. A najważniejsze decyzje w tej sprawie będą podejmowane w czasie naszej prezydencji w drugiej połowie 2011 roku. Gdyby Polak był wtedy komisarzem do spraw budżetu, to byłoby to nadzwyczajne złożenie możliwości działań.

Czy w związku z tym realne jest utrzymanie dla nas pozycji kraju, który najwięcej z Unii dostaje?
Zależy od średniego poziomu życia w Polsce w porównaniu ze średnią unijną. O tym decydują liczby. Oczywiście można dokonać pewnych przesunięć budżetu, ale one są stosunkowo niewielkie. Chciałem podkreślić, że ostateczne decyzje podejmuje cała Komisja. Komisarz może czuwać nad tym, żeby nie wprowadzono rozwiązań godzących w nas, ale wyraźnie działać na rzecz kraju, z którego pochodzi, jest mu bardzo trudno.

czytaj dalej


Na ile pana wybór świadczy o pozycji Polski w UE?
Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. To na pewno było uhonorowanie Polski i w ogóle naszych osiągnięć, wielkości naszego kraju wśród nowo przyjętych państw. Wszystko się na to złożyło. Niewątpliwe bardzo duży wpływ na to miała tradycja "Solidarności". Dzisiaj słowo "solidarność" odmienia się przez wszystkie możliwe przypadki, w każdej polityce unijnej. Wymienia się je jako klucz do powodzenia Unii Europejskiej. A to my jesteśmy specjalistami od wprowadzenie tego słowa w życie. Jest wiele elementów potwierdzających, że mamy coraz mocniejszą pozycję. Trudno mówić, że tylko moja nominacja na tym zaważyła.

A jak wyglądają polskie spory polityczne z perspektywy fotela szefa Parlamentu Europejskiego?
Dobrze. W parlamencie nikt się przygląda szczegółowo temu, co się dzieje w krajach członkowskich, chyba że to przekracza standardy. Ale te nie przekraczają, a wiem o tym dobrze, bo na ogół każdą sobotę i niedzielę spędzam w Polsce i mam kontakt z bieżącą polityką.

*Jerzy Buzek, przewodniczący Parlamentu Europejskiego, polityk PO