Nie chodzi wcale o stymulującą rolę przemysłu zbrojeniowego, ale o bezpieczeństwo. Korelacja między prężnymi gospodarkami a siłą militarną jest zbyt oczywista, by ją ignorować. USA, Wielka Brytania, Francja mają nowoczesne armie, a kraje szybko rozwijające się – Chiny, Indie, Brazylia, Turcja – właśnie dofinansowują siły zbrojne. Mniejsi i biedniejsi muszą liczyć albo na sprzyjające okoliczności, albo protekcję potęg. NATO spełniało oba te warunki. Tworzyło bezpieczne otoczenie międzynarodowe, a ponadto było pasem transmisyjnym amerykańskiej potęgi militarnej, która działała kojąco na agresywne zapędy państw trzecich. Pałka jednak ma swój urok, dopóki jej posiadacz jest gotowy użyć tego narzędzia. Kiedy traci taką wolę, staje się ona eksponatem w muzeum wojskowości.

Reklama

Jest wprawdzie stanowczo za wcześnie, by odsyłać NATO na muzealne półki, ale prace nad strategią Paktu pokazały, że zbyt wiele w nim pęknięć, jeśli chodzi o zadania i przyszłość Sojuszu, by traktować go jako spójną siłę gotową do użycia. Za bardzo też deklaracje rozmijają się z możliwościami. W kwaterze głównej Paktu w Brukseli pomnażanie dokumentów, z których niewiele wynika, dorobiło się określenia „ink castles”(zamki z atramentu). Podobnie jak te z piasku efektownie wyglądają, lecz nie spełniają podstawowej funkcji: nikogo nie obronią.

Polska chciałaby najbardziej, by NATO pozostało takie jak w czasach zimnej wojny: zwarte, gotowe do odparcia agresji. To jednak mrzonka, nasze postulaty wobec strategii są więc bardziej realistyczne. Po pierwsze chcemy gwarancji nienaruszalności artykułu piątego traktatu waszyngtońskiego. Mówi on o solidarnej reakcji wszystkich członków w wypadku ataku na jednego z nich. Osiągnęliśmy swoje, artykuł piąty jest głównym bohaterem nowej strategii. Po drugie domagamy się tzw. planów ewentualnościowych na wypadek agresji na Polskę. To także otrzymamy. Gdyby doszło do wojny, ruszy z odsieczą dziewięć dywizji, w tym Amerykanie, Niemcy i Brytyjczycy. Po trzecie oponujemy przeciwko takiej współpracy z Rosją, która rozbijałaby spójność Paktu. Polsce nie podoba się pomysł włączenia Moskwy do natowskiej tarczy antyrakietowej. I to zostanie uwzględnione. Pozostałe nasze postulaty nie mają już tak fundamentalnego charakteru, zostawmy je zatem na boku.

A jak nie pomogą?

Pomimo korzystnej dla nas strategii warto być przygotowanym na ewentualność, że w razie konieczności Pakt jednak nie zadziała. Artykuł piąty obliguje wprawdzie państwa członkowskie do pomocy, ale to rządy decydują, jaka ona będzie i kiedy zostanie udzielona. Może się zdarzyć choćby tak, że po ewentualnym ataku Rosji na Polskę (to dziś jedyny wyobrażalny scenariusz konfliktu) Niemcy, Dania i Holandia uznają, że wystarczy obłożenie Moskwy sankcjami ekonomicznymi albo wysadzenie skromnego desantu w Szczecinie, który będzie za słaby, by w ogóle wejść do walki.

Plany ewentualnościowe poprawiają nam samopoczucie, ale czy jesteśmy pewni, że wyznaczone jednostki będą w ogóle zdolne do interwencji? Stany Zjednoczone nie postrzegają już Europy jako potencjalnego miejsca konfliktu, dlatego wycofują stąd jednostki bojowe. Według polskich ocen z czterech amerykańskich brygad na Starym Kontynencie jedynie półtorej nadaje się do natychmiastowego działania, choć trzeba pamiętać o potężnym lotnictwie w bazach Ramstein czy Aviano. Z kolei armie Niemiec, Wielkiej Brytanii i innych państw czekają cięcia, które osłabią ich zdolności ekspedycyjne. Nawet przy istnieniu planów ewentualnościowych to wciąż rządy narodowe decydują o użyciu wojsk i mogą ich po prostu nie wysłać.

W czasach zimnej wojny spójność NATO gwarantowały nie plany operacyjne, zjednoczone dowództwo czy standaryzacja broni, ale wspólne zagrożenie. Każdy wiedział, że kiedy ruszą sowieckie armie pancerne, trzeba je zatrzymać na linii Renu, inaczej dojdą do Atlantyku i za Pireneje. Strategia Związku Radzieckiego nie pozostawiała złudzeń, zakładała podbój Europy. W takiej sytuacji żaden z rządów narodowych nie zawahałby się przed użyciem swoich wojsk, dziś przeciwnie, nieliczne zdecydowałyby się na taki krok. Nie czują bowiem żadnego zagrożenia – a jeśli już, to w postaci ataków terrorystycznych czy zakłócenia przepływu surowców energetycznych – polską ostrożność wobec Rosji traktują zaś jak fobię.



I tak przechodzimy do trzeciego punktu. Rosja nie jest postrzegana przez NATO jako wróg, przeciwnie – coraz więcej krajów członkowskich nie sprzeciwia się zawarciu z nią sojuszu strategicznego, a przynajmniej ścisłej współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa. Zarówno sekretarz generalny Paktu, jak i amerykański sekretarz obrony nie wykluczają jej udziału w tarczy antyrakietowej, co byłoby tylko początkiem dalszych związków militarnych Paktu z Rosją. W takiej atmosferze polski plan trzymania Moskwy z dala od NATO może się powieść tylko w krótkiej perspektywie czasowej, w dłuższej jest skazany na porażkę.

Zbroić się

NATO nie jest już mechanizmem, który bezbłędnie zadziała, jeśli dostanie sygnał do akcji. Przeciwnie, to coraz bardziej polityczno-militarny blok Zachodu, dla którego wyzwania przyjdą raczej z szerokiego świata, a nie z Rosji. W takiej sytuacji kraje członkowskie, szczególnie te peryferyjne, o dużym potencjale samodzielności, nie mają wyjścia – muszą rozbudowywać swoje siły zbrojne. W NATO są dokładnie dwa takie państwa: Polska i Turcja. W wypadku konfliktu lądowego oba staną się areną walk. W Turcji wydatki na zbrojenia rosną nie tylko w kwotach bezwzględnych, ale także jako procent PKB, w Polsce z kolei zależą od wzrostu gospodarczego, bowiem przeznaczamy na obronę stały odsetek PKB – 1,95 proc. My wydaliśmy na wojsko w 2009 r., według danych SIPRI, prawie 11 mld dol., Turcja zaś 19 mld (czyli 2,2 proc. PKB). Przeznaczamy na obronę mniej niż mała i zadłużona Grecja, choć jesteśmy bardziej wystawieni na potencjalne zagrożenie.

Polska armia przeszła zmiany, mamy coraz nowocześniejsze uzbrojenie, a kilka projektów realnie zwiększa nasze szanse w starciu z siłami zbrojnymi Rosji, gdyby doszło do najgorszego: rakiety przeciwpancerne Spike, norweskie rakiety przeciwskrętowe NSM, samoloty F-16. Brakuje nam za to nowoczesnego systemu obrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej, zupełnie zaniedbaliśmy obronę terytorialną. Jeśli chcemy zachować prężną gospodarkę, musimy osłonić ją silną armią, która wytrwa w polu, jeśli NATO okaże się jedynie klubem dyskusyjnym. Nie zmieni tego choćby najkorzystniejsza dla nas strategia Paktu. W końcu to tylko papier.