Co ciekawe, najistotniejsze zmiany zarysowane decyzjami personalnymi to nowi szefowie dyplomacji (Sikorski zamiast Fotygi) i resortu sprawiedliwości (Ćwiąkalski w miejsce Ziobry). W obu przypadkach istotne dla wizerunku i programu rządu resorty objęły osoby nienależące do wewnętrznego kręgu polityków Platformy. I zupełnie inaczej niż było to w przypadku rządu Marcinkiewicza, gdzie "bezpartyjnymi fachowcami" były osoby trudne do zakwestionowania przez PO (Gęsicka, Meller, Religa) - te nominacje będą ostro atakowane przez opozycję.
W pierwszych miesiącach rządzenia Platforma będzie musiała udowodnić, że zmiana - tak ostro krytykowanej - polityki zagranicznej poprzedniego rządu przynosi rzeczywistą poprawę pozycji Polski na scenie międzynarodowej. Sikorski będzie zapewne szukał jednoznacznego i spektakularnego sukcesu, który potwierdzi jego polityczną pozycję, a Platformie da przekonujący argument w polemice z PiS. Drugi przypadek jest nieco bardziej skomplikowany, bo jeżeli Ćwiąkalski ma nie być obciążeniem dla rządu, musi w jakiś sposób wpisać się w rozbudzone przez Ziobrę nadzieje. Jego krytycyzm wobec stylu sprawowania urzędu przez poprzednika nie ułatwi mu tego zadania.
Niezwykle istotne pytanie dotyczy jednak nie tyle resortów, ile centrum rządu, które weźmie na siebie zadanie, od którego Platforma zaczęła zarys swojego programu wyborczego (Ustrój. Państwo. Obywatel. Samorząd). Zadanie naprawy ustroju państwa i unowocześnienia administracji nie leży bowiem w zakresie kompetencji żadnego z ministrów. Musi je wziąć na siebie ośrodek kierowniczy w rządzie i zwycięskiej partii. Twarzą tego "Pierwszego Programu" musi być premier i lider rządzącego ugrupowania, ale jego menedżerami - osoby, które nie będą tak silnie uwikłane w problemy codziennego rządzenia i konieczność prowadzenia debaty z opozycją. Zapowiadane nominacje Sławomira Nowaka i Tomasza Arabskiego pokazują na razie budowanie wokół premiera silnego ośrodka strategii medialnych. To wydaje się niezbędne, ale nie wystarczające. Jeżeli w pierwszym miesiącu nie powstanie silny - formalnie i politycznie - ośrodek promowania reform o charakterze ustrojowym, to sprawy pójdą zwykłym tokiem i "Pierwszy Program" będziemy mogli uznać za kolejną zmarnowaną szansę polityki państwowej.
Szkoda będzie tym większa, że Platforma bardzo jasno sformułowała diagnozę stanu państwa, ponawiając przy tym apel - wcześniej podnoszony m.in. przez Ludwika Dorna - zbudowania nowej doktryny państwowej. Partia Tuska wyszła zatem z - dominujących w środowiskach liberalnych - intelektualnych okowów administracyjnej ortodoksji i dostrzegła istotę ustrojowego paraliżu. Posługiwanie się pojęciami "doktryny państwowej", "potencjału instytucjonalnego", konstruktywna krytyka korporacji zawodowych połączona z wizją nowego ładu w relacjach między państwem a samorządami - to wszystko wskazywało na ciekawą ewolucję programową.
Program prac rządu nigdy nie jest realizacją z góry zaplanowanej strategii. Znaczna część jego prac przypomina funkcjonowanie pogotowia ratunkowego czy straży pożarnej. Niezwykle istotne jest zatem to, komu przypadnie rozwiązywanie najpoważniejszych konfliktów, których stroną stanie się rząd. Ministrami Kłopotów są zwykle szefowie resortów edukacji, zdrowia czy rolnictwa, a w przypadku tego rządu - także sportu i infrastruktury. Kilometry autostrad będą odliczane z nie mniejszą niż w przypadku poprzednich rządów skrupulatnością, a zegar Euro 2012 będzie odmierzał czas z szybkością dla rządzącej ekipy nie mniej bezwzględną niż najcięższe zarzuty opozycji.
W trzech przypadkach Tusk zdecydował się - dość roztropnie - powierzyć te resorty swoim bliskim współpracownikom z klubu, w czwartym - zaufanego posła oddelegował do rządu PSL. Odpowiedź na pytanie, na ile okażą się oni zręcznymi menedżerami i negocjatorami, poznamy zapewne równie szybko jak w przypadku Sikorskiego i Ćwiąkalskiego. Być może okaże się, że lepiej niż do ław poselskich w podobnych przypadkach sięgać do doświadczonych w pracy z licznym personelem i partnerami społecznymi samorządowców. Misja Katarzyny Hall będzie zatem miała charakter istotnego testu, zwłaszcza że poprzednie przypadki ministrów samorządowców nie pozwalają na sformułowanie jednoznacznej tezy w tej sprawie.
Platforma i PSL zapowiadają w sferze kapitału społecznego podtrzymanie dobrych intencji (a niekiedy także działań) PiS. Najłatwiej będzie to uczynić w uporządkowanej i solidnie prowadzonej polityce kulturalnej i historycznej, w rozpoczętych działaniach w sferze bezpieczeństwa energetycznego czy pewnych elementach polityki rodzinnej.
Ale podtrzymanie programu PiS to stanowczo za mało. Niezwykle ważne będzie zatem ogłoszenie programu rządu w sferach, którymi będą kierować ministrowie Pawlak, Kudrycka, Zdrojewski i szef - zdecydowanie kluczowego - Ministerstwa Rozwoju Regionalnego. Pisząca dużo o "sektorze wiedzy" Platforma powinna udowodnić, że potrafi nie tylko mu schlebiać, ale przede wszystkim korzystać z jego usług.
Zwrot populistyczny, który dokonał się we wszystkich obozach po roku 2001 (od lewicowego populizmu Millera aż po liberalny - Tuska), nie musi bowiem pociągać za sobą zwrotu ku ignorancji w rządzeniu. Program wyborczy PO składał się z niezłej diagnozy i przelicytowanych - jak zwykle - obietnic. Program rządzenia często ignoruje jedno i drugie. Rezygnuje z ambitnych zmian na rzecz doraźnego ratowania skóry. By do końca misji rządu zachować równowagę między jednym a drugim, trzeba rozpocząć od jasnych strategicznych deklaracji. W przeciwnym razie expose staje się ceremonią kilkudziesięciu ukłonów wobec znaczących grup społecznych. Ceremonią bez znaczenia dla losów państwa.