Sąd odrzucił powództwo ITI i Jana Wejcherta, dotkniętego słowami Antoniego Macierewicza w "Rzeczpospolitej" w lutym ubiegłego roku.

Reklama

Sąd nie zajmował się tym, czy zarzuty stawiane ITI i jej właścicielowi przez Macierewicza były prawdziwe. Uznał, że nie można podważać prawdziwości informacji z dokumentów urzędowych podczas procesu cywilnego. Dlatego jeśli koncern chce udowodnić, że Macierewicz kłamał, musi to zrobić w innym trybie.

Poszło o wywiad, w którym Macierewicz stwierdził: "Raport ujawnia nowe fakty i zeznania, które opisują mechanizm powstawania koncernu medialnego ITI, pokazują, jak był w to zaangażowany Zarząd II Sztabu Generalnego, czyli wywiad komunistyczny".

Likwidator WSI powoływał się przy tym na zeznania Grzegorza Żemka, głównego bohatera afery FOZZ. Obciążył on także właściciela koncernu, Jana Wejcherta, którego miał werbować do specsłużb: "Znał Wejcherta, zwrócił się do niego. Zapytał centralę, czy Wejchert może być. Powiedziano mu, że już z nimi współpracuje i jest dobry. Zaczęli tworzyć koncern medialny".

Prawnik spółki mec. Grzegorz Radwański nie wykluczył odwołania od wyroku. Dodał też, że w sprawie treści raportu z weryfikacji WSI toczy się osobny proces z powództwa ITI przeciwko Skarbowi Państwa (reprezentowanego przez MON). Właśnie tam prawnicy dowodzą, że tezy z raportu autorstwa Macierewicza są kłamstwem.

Sam likwidator WSI stwierdził, że jest to wyrok "jedynie słuszny". "Ja nie mam zamiaru dyskredytować osób, które zdecydowały się na współpracę z Sowietami i WSI, ale jako członek i przewodniczący Komisji Weryfikacyjnej miałem obowiązek ujawniać nazwiska tych, którzy w różnej formie współdziałali z tymi służbami" - dodał.

ITI chciało od likwidatora WSI przeprosin i 100 tysięcy złotych na cele charytatywne.