Opisałem w nim, jak przez dwanaście miesięcy policjanci z Warszawy prowadzili tajną operację o kryptonimie Rzym. W jej ramach nie spuszczali z oka bardzo ważnej pani minister, której jakiś chuligan podpalił prywatny samochód. Gdy jechała do Szczecina, podążali w ślad za nią. Gdy wchodziła do restauracji, nie spuszczali oka z jej auta.
Na tekst nerwowo zareagowało kierownictwo komendy głównej policji, które właśnie wprowadzało drastyczne oszczędności: wykręcało żarówki w komendach, zabierało funkcjonariuszom czajniki, a radiowozy otrzymywały limity kilometrów, które mogły przejechać podczas służby. "Sprawy ochrony są chronione tajemnicą, zatem nie potwierdzam i nie zaprzeczam" - tłumaczył wiceszef policji Arkadiusz Pawełczyk.
Odpytywany przez dziennikarzy o rozrzutność wicepremier i minister spraw wewnętrznych Grzegorz Schetyna zaprzeczał informacjom DZIENNIKA.
Sama minister Pitera zamilkła. Prawdopodobnie dlatego że zasłynęła udowadnianiem rozrzutności poprzedniej ekipie rządowej. Ministrowi Jarosława Kaczyńskiego wytknęła opłacenie rządową kartą kredytową zakupu dorsza za blisko 9 złotych.
Dlatego tak ucieszył mnie przebieg rozmowy z miłą, wnikliwą oficer z wydziału kontroli komendy stołecznej: "Dzwonię do Pana w związku z ujawnieniem na łamach Faktu ochrony pani minister Julii Pitery. Te informacje są objęte tajemnicą służbową, dlatego proszę mi odpowiedzieć: z kim Pan rozmawiał?" - zaczęła rozmowę.
W taki sposób policyjna biurokracja potwierdziła informacje DZIENNIKA. Obowiązek przeprowadzenia postępowania jest silniejszy niż publiczne słowa wicepremiera, który zaprzeczał naszym informacjom. Krótko mówiąc: niech żyje system!