Zwykle obowiązuje zasada, że w zagranicznych mediach lub na forum międzynarodowych organizacji należy powstrzymywać się przed wypowiedziami stawiającymi w negatywnym świetle państwo polskie i polską scenę polityczną. Są jednak sytuacje, w których krytyka jest mimo wszystko uzasadniona. Jest tak wtedy, gdy przedstawiciele rządu lub członkowie partii rządzących wzywają do łamania prawa europejskiego (na przykład wzywając do przywrócenia kary śmierci) lub gdy naruszają standardy demokratyczne i zasady tolerancji obowiązujące w Unii Europejskiej, pozwalając sobie na wypowiedzi o charakterze ksenofobicznym czy antysemickim. Krytyka podobnych zachowań na forum międzynarodowym nie tylko nie przynosi Polsce szkody, ale jest wręcz konieczna. Zagranicznej opinii publicznej trzeba dać jasno do zrozumienia, że tego typu poglądy nie są podzielane przez całe polskie społeczeństwo i mają one odosobniony charakter.

W takim duchu utrzymane było na przykład oświadczenie ośmiu byłych ministrów spraw zagranicznych. Wynikało ono z troski o Polskę. Chcieliśmy przekazać opinii publicznej w Polsce, ale także w Niemczech i we Francji sygnał, że Polska pragnie utrzymania współpracy w ramach Trójkąta Weimarskiego oraz że leży to w interesie wszystkich trzech krajów i całej Europy. Tego typu deklaracje nie naruszają solidarności narodowej. Przeciwnie: wynikają one właśnie z patriotyzmu i potrzeby ochrony dobrze pojętego interesu narodowego.

Patriotyzmu nie można definiować poprzez stosunek do aktualnych władz Rzeczpospolitej. Zasada "państwo to ja" dzisiaj już nie obowiązuje. Poza tym w państwie demokratycznym nikt nie jest zobowiązany, by przyklaskiwać wszystkim decyzjom prezydenta, premiera czy przedstawicieli rządzących ugrupowań. Wywiad Lecha Wałęsy dla tygodnika "Der Spiegel", artykuł Bronisława Geremka w dzienniku "Die Welt", czy list ministrów spraw zagranicznych miały na celu ochronę dobrego imienia Polski. Te wystąpienia pokazują, że w Polsce są poważne siły polityczne, które myślą inaczej niż obecny prezydent czy premier i nie mogą milczeć w obliczu oczywistych błędów w polityce zagranicznej. Tym bardziej że odkąd Polska stała się członkiem Unii Europejskiej, przyjęliśmy na siebie obowiązki wynikające z prawa europejskiego i nie ma u nas spraw, które nie cieszyłyby się zainteresowaniem naszych unijnych partnerów.

Dziecinadą są opinie, iż przyczyną pogorszenia wizerunku Polski w ciągu ostatniego roku są krytyczne wywiady polskich osobistości życia publicznego w zachodniej prasie. Polska ma złą prasę na skutek wypowiedzi i działań ludzi, którzy rządzą dzisiaj Polską. Konserwatywne rządy nie muszą oznaczać naruszania standardów demokratycznych czy przestrzegania praw człowieka i Polska wcale nie jest krytykowana za to, że władzę przejęli konserwatyści. Unię niepokoi wpływ na władzę w Polsce prawicy ksenofobicznej, nacjonalistycznej, a przede wszystkim antyeuropejskiej.

Obecny rząd nie jest postrzegany w Unii jako poważny partner. Z jednej strony prezentuje on postawę bardzo roszczeniową: domaga się funduszy, poparcia w kwestiach bezpieczeństwa energetycznego czy stosunków z Rosją. Z drugiej strony krytykuje Europę, blokuje porozumienia podatkowe i fuzje bankowe, odrzuca traktat konstytucyjny. Jest to polityka naiwna, niekonsekwentna i w efekcie nieskuteczna. Polska potrzebuje konstruktywnej aktywności na arenie europejskiej, która nie będzie się ograniczać do wyciągania pieniędzy, lecz zaproponuje jakąś strategiczną wizję wspólnoty i miejsca Polski w Europie. W działaniach obecnych władz na arenie europejskiej takiej wizji nie ma. Jest natomiast wiele amatorszczyzny, kompleksów i anachronicznych przesłanek bazujących na XIX-wiecznej wizji stosunków międzypaństwowych. Nie widzę przejawów zrozumienia idei europejskiej i dobrodziejstw integracji gospodarczej. Brakuje świadomości, że polskie interesy najskuteczniej można realizować tylko w ścisłej współpracy z najważniejszymi partnerami europejskimi. Niczego nie wskóramy, brnąc w samoizolację.