Iwona Dudzik: Nie kusi pana, by teraz, kiedy w zastępstwie ministra kieruje pan resortem, realizować własne pomysły na służbę zdrowia, inne od programu Zbigniewa
Religi?
Bolesław Piecha: Nie zamierzam nadużywać pełnomocnictw. Będę realizować to, co wcześniej ustaliliśmy. Głównie chodzi o przygotowanie ustaw, m.in. o ZOZ-ach, która
zobowiąże właścicieli szpitali do większej dbałości o placówki, ustawę o spłacie długów szpitali i o koszyku świadczeń gwarantowanych.
Ale jednak pewne tarcia między panem i ministrem Religą istniały, dopiero prezydent panów pogodził.
Do tego nie wracajmy. Ja wcześniej mówiłem o innym systemie, ale przy tworzeniu rządu został obrany jeden kurs i byłbym idiotą, gdybym go teraz kontestował. Dziś nie ma między mną a
ministrem Religą dysonansu. Naprawdę żyjemy w dobrych relacjach, nie żadnych szorstkich.
Kiedy minister wraca?
29 czerwca, by przedstawić koszyk świadczeń gwarantowanych.
Będą rewolucyjne zmiany?
Żadnej rewolucji nie będzie. Koszyk porówna wszystkie metody leczenia i odpowie na pytanie, które z nich są przestarzałe, nieskuteczne i w związku z tym nie powinny być finansowane z
pieniędzy publicznych. Będzie się nieustannie zmieniał wraz z wprowadzaniem nowych metod leczenia.
Opozycja już dziś mówi, że koszyk jest skazany na niepowodzenie, jako nadmiernie rozbudowany. I posądza NFZ o to, że przygotował plan awaryjny na wypadek całkowitej klapy. Ma nim
być zmiana zasad finansowania usług medycznych w przyszłym roku. NFZ zamierza płacić szpitalom według uśrednionych stawek za dane schorzenie, a nie, jak teraz, zgodnie z precyzyjnym
wyliczeniem ceny poszczególnych procedur medycznych.
NFZ musi wprowadzić zmiany, bo obecny system jest zły. Różnica kilkunastu złotych w cenie leczenia np. zapalenia płuc czy noworodków powoduje, że nagle w statystykach mamy epidemię zapalenia
płuc albo nasze noworodki zawsze rodzą się z jakąś patologią. Okazuje się, że szpitale zmieniają rozpoznanie tylko po to, by dostać parę złotych więcej. NFZ już dawno powinien to
zmienić, wprowadzenie koszyka nie ma nic do tego.
Kieruje pan resortem w czasie strajku lekarzy. Zapowiadają, że zwolnią się z pracy i zaczną przyjmować chorych tylko odpłatnie. Zamierza pan temu zapobiec?
W Polsce leczenie na zasadach prywatnych praktyk jest dozwolone i nie zamierzam w to ingerować. A postulatów lekarzy i tak nie spełnimy. Jestem przeciwnikiem tego, by lekarze nie dzielili się na
dobrych i złych, tylko takich za pięć tysięcy brutto oraz siedem i pół. Lekarze chcą systemu wziętego wprost z gospodarki nakazowo-rozdzielczej i są niekonsekwentni. Z jednej strony chcą,
by rząd dał im swobodę, z drugiej chcą gwarancji osobnego strumienia pieniędzy tylko na podwyżki w myl zasady z PRL: "Czy się stoi, czy się leży". Ja tego nie rozumiem.
To jak pan chce powstrzymać falę strajków?
Spektakularnego przełomu nie będzie, bo nie będzie podwyżek. Uruchomiliśmy dodatkowo 850 mln zł, z tego 600 mln trafi do szpitali. W niektórych szpitalach zawieszono strajki, bo dyrektorzy
już policzyli dodatkowe pieniądze i spełnili częściowo postulaty lekarzy. Protesty utrzymują się w szpitalach najbardziej zadłużonych. Tam dyrektorzy robią to, co najłatwiejsze: pokazują
palcem na NFZ i ministerstwo jako tych, którzy mają rozwiązać problemy. Oczywiście, ministerstwo będzie zwiększać pieniądze na ochronę zdrowia. W przyszłym roku będzie to prawie o 6 mld
zł więcej. Nie chcemy jednak, by beneficjentami byli tylko pracownicy służby zdrowia, bo ochrona zdrowia nie jest dla nich, tylko dla pacjentów. A ci oczekują przede wszystkim skrócenia
kolejek i nowocześniejszych metod leczenia.
Co będzie z prywatnymi dodatkowymi ubezpieczeniami? Premier powiedział, że nie zgodzi się na dzielenie pacjentów w szpitalach na lepszych, leczonych za dopłatą, i gorszych, których
na to nie stać.
Nie będzie takich podziałów. Będzie dokładnie opisane, jaki standard należy się wszystkim chorym w ramach ubezpieczenia. Wtedy dopiero będzie można wprowadzić prywatne ubezpieczenia.
Czy w sprawie odpłatnego leczenia odbędzie się referendum?
Być może, gdy dojdzie do totalnego strajku i wszystko się załamie. Wtedy trzeba będzie zapytać Polaków, czy się na to godzą.