Według "Wprost", agenci UOP weszli do mieszkania po zatrzymaniu byłego esbeka pod pozorem próby handlu uranem. Rzekoma sprzedaż materiałów radioaktywnych była jednak sfingowana przez urząd, a prawdziwym celem były dokumenty z teczek.
Według tygodnika, dokumenty z teczki Wałęsy wywieziono w wyniku operacji w nieznane miejsce, a materiały z teczek innych osób wykorzystano później m.in. w operacji inwigilacji prawicy. Z kolei sam Kaczmarek dołączył do grona współpracowników Wałęsy - ówczesnego prezydenta.
Kaczmarek - wówczas prokurator rejonowy w Gdyni - nadzorował całą operację i - jak twierdzi "Wprost" - wiedział, że sprawa handlu uranem jest mistyfikacją.
Jednak były minister spraw wewnętrznych twierdzi zupełnie co innego. W TVN24 przyznał, że zna doskonale całą sprawę. "Z perspektywy czasu uważam, że była to prowokacja UOP, ale
wówczas nie miałem o tym pojęcia" - zapewniał. I dodał: "Nie wiedziałem przed akcją o teczkach".
"Wprost" twierdzi, że ma pisma do gdańskiego sądu, które potwierdzają, że Kaczmarek sprzeciwiał się wnioskom obrońców zatrzymanego dawnego oficera SB o zwolnienie go z aresztu.
"Wprost" zaznacza, że całą sprawą zainteresowało się Ministerstwo Sprawiedliwości, z Gdańska ściągnięto dokumenty ze śledztwa i trwa ich analiza. Niewykluczone, że w tej sprawie zostanie podjęte postępowanie - pisze tygodnik.