Termin, do którego należało dostarczyć wymagane dokumenty do Kancelarii Sejmu, minął 4 grudnia. Nie dotrzymało go 20 obecnych parlamentarzystów - m.in. Janusz Palikot (PO), Paweł Poncyljusz (PiS) i Jerzy Wenderlich (LiD).

Znakomitą większość spóźnialskich stanowią jednak przedstawiciele Samoobrony i LPR, którym nie udało się ponownie zdobyć mandatu. Teoretycznie oni poniosą najdotkliwsze konsekwencje. "Złożenie rozliczenia to warunek wypłacenia odprawy byłemu posłowi" - informuje Izabela Sobolewska z Biura Prasowego Kancelarii Sejmu.

To tylko pozorna niedogodność, że pieniądze zostaną przesłane później. Paradoksalnie, zwłoka przegranym politykom po prostu się opłaca. Jako dobrze zarabiający (do niedawna) ludzie w grudniu zapłaciliby 40 proc. podatku. W styczniu - już tylko 19 proc. Przy odprawie na poziomie 30 tys. zł brutto oznacza to oszczędność ok. 6 tys. zł.

"Naprawdę tak można? Nie wiedziałem. Spóźniłem się, bo byłem chory" - zapewnia Grzegorz Skwierczyński z Samoobrony. Podobnie tłumaczy się w rozmowie z "Newsweekiem" jego partyjna koleżanka, była wicemarszałek Izby Genowefa Wiśniowska.

Dyżurną wymówką w szeregach LPR jest natomiast brak faktur. "Ostatnie właśnie do mnie spłynęły" - mówi Krzysztof Bosak. Szymon Pawłowski z Ligi przekonuje, że gdyby nie problem ze zgromadzeniem wszystkich rachunków, rozliczyłby się już dawno. "Słyszałem od kolegów, że warto pokombinować, ale ja do żadnych wybiegów się nie uciekam. Nie znam się na podatkach" - zaznacza.