DGP: Idąc do polityki, wydałeś oświadczenie, że kończysz na pewien czas z muzyką. Czy twój tegoroczny powrót na estradę oznacza definitywny koniec z polityką?
Piotr "Liroy" Marzec: Muszę zdementować – nigdy nie zerwałem z muzyką, na pewno nie w sposób ostateczny. Kiedy trafiłem do parlamentu, spiętrzyło się w moim życiu wiele spraw. Doszedłem do wniosku, że skoro mam się zajmować muzyką tylko przy okazji, wolę na jakiś czas o niej nie myśleć. Wiele zajęć odstawiłem na bok, aby skupić się na rzeczach, które były w tamtym czasie do zrobienia. Priorytety wzięły górę. Ale jak tylko znalazłem czas, szedłem do studia coś nagrywać. W odstawkę poszedł zespół, występy na żywo. Prawdę mówiąc, nie ma dnia, żebym nie robił beatów. Nawet przy łóżku mam urządzenie do nagrywania podkładów.
DGP: To się chyba nazywa obsesja.
Nie, to życiowa pasja. Bez muzyki nie potrafię funkcjonować. Ona jest jak spławik, który mnie utrzymuje na powierzchni. Pozwala przytomnie myśleć o tym, co robię. Ale w 2015 r. nie dałbym rady robić wszystkiego naraz.
DGP: Kiedy artysta zdobywa mandat posła lub senatora – jak ty, Paweł Kukiz czy Krzysztof Cugowski – to czy nie ma obawy, że pomyli scenę koncertową z parlamentarną mównicą?