Niemcy poprosili Rosjan, żeby zbadali, czy na pokładzie samolotów są ślady trucizny. Jak na razie jednak nikt maszyn nie skontrolował. A winę za to zrzucają na siebie wszyscy po kolei. Linie Aerofłot twierdzą, że dostarczyły samoloty Rosyjskiemu Nadzorowi Transportowemu. Ale ten na razie rozkłada ręce i mówi, że nie dotarła do niego żadna oficjalna prośba z Niemiec.
Niemiecki wątek śledztwa w sprawie Aleksandra Litwinienki rozwija się chyba najszybciej. Niedawno Niemcy ogłosili, że znaleźli u siebie ślady radioaktywnego polonu 210. Potem okazało się, że trucizna była w mieszkaniu Rosjanina Dmitrija Kowtuna, z którym Litwinienko spotkał się 1 listopada, czyli prawdopodobnie w dniu otrucia. W efekcie niemieccy śledczy oskarżyli go o to, że wwiózł truciznę do Niemiec, a potem na Wyspy Brytyjskie. Teraz okazuje się, że polon może być też w samolotach, które latały do Niemiec.
Wcześniej śledczy znaleźli truciznę na pokładzie dwóch maszyn linii British Airways, które kursowały między Londynem a Moskwą. Lekarze zapewniali, że życiu i zdrowiu podróżujących na ich pokładzie pasażerów nic nie zagraża.
Poza tym francuskie MSZ ogłosiło, że badanie na obecność polonu w organizmie przejdzie 25 obywateli Francji, którzy 1 listopada mieszkali w tym samym hotelu, w którym był Litwinienko. Wcześniej śladowe ilości trucizny wykryto u kilku pracowników hotelowego baru. Na szczęście nic im nie grozi.