To już nie są przelewki. Zamieszki przeszły przez całą Gwineę. Protestowali przede wszystkim związkowcy, którzy już mają dość starzejącego się 72-letniego prezydenta Lasanta Conte. Zarzucają mu, że zupełnie nie panuje nad chaosem w kraju, a już w ogóle nie radzi sobie z szalejącą korupcją. A teraz jeszcze na premiera mianował swojego zausznika - członka władz partii rządzącej bardzo blisko związanego z klanem prezydenta.
W starciach z siłami rządowymi zginęło co najmniej 8 osób. Demonstranci wznosili płonące barykady, rzucali kamieniami w policjantów i atakowali lokale instytucji rządowych. Przywódcy związkowi zapowiedzieli wznowienie strajku generalnego zawieszonego w styczniu. Bo warunkiem przerwania protestu było mianowanie premiera zgodnego z "wolą narodu" - jak zapisano wtedy w porozumieniu.
"Musieliśmy zdecydować się nas ogłoszenie stanu wyjątkowego, ponieważ rozwój sytuacji doprowadził praktycznie do wybuchu powstania" - powiedział przedstawiciel władz w stolicy Gwinei - Konakrze.
Ale w Gwinei niespokojnie jest już od dłuższego czasu. W czasie styczniowego strajku zginęło 90 osób. Kraj został sparaliżowany. A teraz znowu jest coraz bliższy wojny domowej.