Juszczenko nie zamierza dyskutować o tym, czy wybory mają się odbyć, czy nie - zarządził nowe głosowanie i nie wycofa się z tego. Jednak w wywiadzie dla niemieckiego dziennika "Die Welt" przyznał, że jest gotów przesunąć termin wyborów, wyznaczonych na 27 maja. Na tym ma właśnie polegać kompromis, który chce zaproponować.
Już wczoraj pojawiła się informacja, że prezydent zgodził się przesunąć termin wyborów na październik. Później jednak Kancelaria Prezydenta zdementowała te informacje. Teraz wiadomo, że właśnie data głosowania będzie kartą przetargową Wiktora Juszczenki w rozmowach z rządzącą koalicją i premierem Wiktorem Janukowyczem.
Juszczenko na konferencji prasowej zapowiedział, że nie zamierza poddawać się szantażowi ze strony premiera. Janukowycz stwierdził, że razem z wyborami parlamentarnymi Ukraińcy powinni wybrać nową głowę państwa. "Nie pójdę na żaden szantaż. Jestem uczciwym obywatelem. Konstytucja jasno mówi o przesłankach przedterminowych wyborów prezydenta. To stan zdrowia i dymisja - a ja jestem zdrowy i nie ustępuję. Kolejna możliwość to impeachment związany ze zdradą stanu. Ja się jej nie dopuściłem" - oświadczył prezydent Ukrainy.
Nie wykluczył natomiast, że przy stole negocjacyjnym usiądą - tak jak w czasie pomarańczowej rewolucji - zagraniczni mediatorzy. Pod jednym warunkiem - zgodzą się na to wszystkie strony. O międzynarodowej pomocy będzie można jednak mówić dopiero, gdy rozwiązane zostaną spory prawne. Wtedy trzecia strona pomoże rozwiązać nieporozumienia polityczne. Juszczenko podziękował też wszystkim, którzy gotowi są przyjechać na Ukrainę i pomóc w rozwiązaniu konfliktu.
Szef rządu stwierdził dziś, że on i jego zwolennicy wystąpili do Juszczenki z apelem o zawieszenie wykonania dekretu do czasu wydania wyroku przez Sąd Konstytucyjny. Ma on stwierdzić, czy zarządzenie prezydenta o rozwiązaniu parlamentu i rozpisaniu nowych wyborów jest zgodne z prawem. A na ulicach od dwóch tygodni trwają protesty. Demonstrują zarówno przeciwnicy rozwiązania parlamentu, jak i zwolennicy prezydenta.