Obecność rosyjskich najemników w stołecznym Chartumie może oznaczać, że Kreml planuje utrzymać 30-letni reżim prezydenta Omara Baszira - pisze gazeta. Na zdjęciach, na które powołuje się "The Times", widać dziesiątki ubranych w moro mężczyzn o europejskich rysach, przewożonych najprawdopodobniej rosyjskimi wojskowymi ciężarówkami. Osoby te według dziennika były w Chartumie w czasie antyrządowych protestów i najcięższych starć demonstrujących z siłami bezpieczeństwa.

Według źródeł opozycyjnych najemnicy tzw. grupy Wagnera, objętej w 2017 r. amerykańskimi sankcjami w związku z udziałem w konflikcie na Ukrainie, w Sudanie prowadzą praktyczne i strategiczne szkolenia służb wywiadu i bezpieczeństwa.

Amerykański Bloomberg wskazywał w listopadzie ubiegłego roku, że firmy takie jak tzw. grupa Wagnera, związane z Jewgienijem Prigożynem, nazywanym przez media "kucharzem Putina", działają już w dziesięciu krajach afrykańskich. Oprócz Sudanu portal wymieniał też: Republikę Środkowoafrykańską, Libię, Madagaskar, Angolę, Gwineę, Gwineę Bissau, Mozambik, Zimbabwe i Demokratyczną Republikę Konga. Jak twierdził Bloomberg, firmy związane z Prigożynem świadczą w Afryce usługi w zakresie ochrony, technologii, wsparcia politycznego w zamian za prawo do wydobycia surowców.

W czerwcu ub.r. pisał o tym też portal The Bell, zwracając uwagę, że firma powiązana z Prigożynem zajmuje się w Sudanie wydobyciem złota. Oficjalnie działalność najemnicza jest w Rosji zakazana.

"The Times" zwraca uwagę, że Rosja planuje rozwijać stosunki z krajami Afryki Subsaharyjskiej w dziedzinie handlu, bezpieczeństwa i obrony. W ostatnich dwóch latach Moskwa współpracowała z Demokratyczną Republiką Konga, Nigerią i Sudanem w dziedzinie energii atomowej. Rosyjskie firmy są zaangażowane w warte 400 mln dolarów przedsięwzięcie w branży wydobycia platyny w Zimbabwe czy budowę elektrowni atomowej w Egipcie. Gazeta przypomina, że Baszir miał zgodzić się na pomoc w wypracowaniu większych wpływów Moskwy w Afryce podczas jednej z wizyt w Rosji.

Początkowo powodem trwających od połowy grudnia protestów w Sudanie były rosnące ceny, a także niedobory żywności i paliw oraz brak dewiz. Protestujący zaczęli stosunkowo szybko żądać również dymisji Baszira. Stało się tak, gdy opinia publiczna została zaalarmowana planami szefa państwa odnośnie do zmian w ustawie zasadniczej, co miałoby mu umożliwić utrzymanie władzy także po zakończeniu obecnej kadencji w 2020 r.

Według sudańskich aktywistów w starciach demonstrujących z siłami bezpieczeństwa w środę w drugim co do wielkości mieście Sudanu, Omdurmanie, zginęły dwie osoby, a osiem zostało rannych. Policja użyła gazu łzawiącego i strzelała w powietrze, by rozproszyć tłum demonstrujących. Wcześniej oficjalne źródła informowały o co najmniej 20 zabitych od rozpoczęcia demonstracji. Organizacja Amnesty International informowała o co najmniej 37 zabitych.

W środę 75-letni Baszir podczas wiecu w Chartumie zapowiedział, że masowe protesty nie skłonią go do oddania władzy i ustąpienia. Każdy, kto miał do czynienia z Baszirem, wie, że on nigdy nie podda się bez dużej walki. Jeżeli w jej ramach będzie musiał zniszczyć swój kraj, tak też będzie. Nie ma dokąd pójść, nie ma nic do stracenia - mówi w rozmowie z "Timesem" proszący o anonimowość analityk.