Komisja Europejska, która w niedzielę rozpoczęła urzędowanie, pracuje w niepełnym składzie. Tak zdecydowały kraje członkowskie i europarlament, bo Londyn uporczywie odmawiał przysłania swojego kandydata na komisarza. Brytyjski premier Boris Johnson tłumaczył to zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi. Jak podkreślał, rząd w takich sytuacjach nie powinien podejmować ważnych postanowień, a takim niewątpliwie byłoby wysłanie urzędnika do KE.
Brytyjczyk zresztą nie pozostałby w Brukseli zbyt długo, ponieważ teoretycznie brexit został przeniesiony na koniec stycznia 2020 r. Brak reprezentanta Londynu stał się jednak sporym wyzwaniem politycznym i prawnym dla Wspólnoty. Na przysłanie kandydata na komisarza nalegała nowa przewodnicząca KE Ursula von der Leyen. Kiedy na dwa wysłane przez nią listy w tej sprawie odpowiedź z Londynu nie nadeszła, Komisja Europejska zdecydowała się na uruchomienie procedury o naruszenie przez Wielką Brytanię prawa unijnego. Kiedy do 22 listopada Wielka Brytania nie ustosunkowała się do wniosku, Bruksela skierowała skargę do Trybunału w Luksemburgu.
Na wyjście z instytucjonalnego pata zdecydowała się Rada UE (instytucja składająca się z krajów członkowskich), która dała nowej KE zielone światło do rozpoczęcia prac pomimo nieobecności Brytyjczyka. Rada doszła do wniosku, że niewskazanie przez Wielką Brytanię kandydata na komisarza nie może zaburzać funkcjonowania Unii i jej organów. Dlatego też nie może stanowić przeszkody do powołania nowej KE. Ten wniosek budzi jednak zastrzeżenia.
Jak wskazuje ekspert brukselskiego think tanku European Policy Centre Andrew Duff, Unia Europejska nie jest zobligowana do posiadania liczby komisarzy równej liczbie krajów. Zgodnie z art. 17 Traktatu o UE Komisja Europejska powinna składać się z liczby odpowiadającej dwóm trzecim liczby państw członkowskich, chyba że Rada Europejska zdecyduje inaczej. Tak właśnie się stało w 2013 r., kiedy RE podjęła decyzję o tym, że Komisja składa się z takiej liczby członków, która odpowiada liczbie krajów członkowskich.
– – mówi Andrew Duff. Jak przyznaje, to może stać się polem do kwestionowania decyzji podjętych przez Komisję w niepełnym składzie. – – zaznacza.
W ocenie Artura Nowaka-Fara, znawcy prawa międzynarodowego i byłego wiceministra spraw zagranicznych, Unia Europejska nie mogła jednak podjąć decyzji o zmianie liczby komisarzy, ponieważ oznaczałoby to pozbawienie głosu państwa członkowskiego, którym Wielka Brytania nadal jest. – – podkreśla. W jego ocenie zaskarżenie postanowienia KE w niepełnym składzie do Trybunału Sprawiedliwości byłoby bezskuteczne. – – mówi Artur Nowak-Far.
– – mówi z kolei Agata Gostyńska-Jakubowska z think tanku Centre for European Reform. W ten sposób w jej ocenie nowa KE wyszła naprzeciw wyzwaniom prawnym związanym z decyzją Brytyjczyków o nienominowaniu komisarza.
Jeszcze zanim zdecydowano, że KE rozpocznie pracę 1 grudnia, pojawiły się głosy, by poczekać ze startem dwa miesiące, czyli do wyznaczonej daty brexitu. W tym czasie urzędowałby stary skład komisarzy z Jean-Claude'em Junckerem na czele. – – podkreśla Jakubowska-Gostyńska. To już kolejny raz w ostatnich tygodniach, gdy wewnętrzna sytuacja w jednym kraju utrudnia funkcjonowanie UE. Start nowej KE opóźniały w ubiegłych miesiącach kryzysy rządowe w Rumunii i we Włoszech.
–– mówi Agata Jakubowska-Gostyńska. Tak też tłumaczono podjęcie decyzji o rozpoczęciu prac przez nową KE mimo niepełnego składu. To mogłoby stanowić niebezpieczny precedens, który w przyszłości umożliwiłby szantażowanie Wspólnoty przez jedno, niechętne jej państwo członkowskie. Brak Brytyjczyka i to, w jaki sposób tę sprawę rozwiązano, pokazuje jednak, że sama UE nie do końca jest na takie wyzwania przygotowana.